Szczęśliwa miłość

Odkąd pamiętam, zawsze chciałam być z kimś.
Bycie z kimś wydawało się najbardziej naturalną i oczywistą rzeczą na świecie.
Każdy był z kimś.

Ludzie ciągle łączyli się w pary. Co chwilę ktoś komuś się oświadczał, było wesele, obrączki, podróż poślubna, a potem wspólny dom, dzieci, codzienność, kłopoty, pretensje, żądania, niespełnione oczekiwania, płacz, kłótnie, rozstania.

Wyrosłam w przeświadczeniu, że będę szczęśliwa dopiero wtedy kiedy ktoś zechce mnie na żonę. I w strachu, że jeśli zostanę starą panną, to zwariuję, bo mówiono mi, że wszystkie stare panny tracą rozum na starość.

Nic więc dziwnego, że bardzo chciałam być z kimś. Potrzebowałam być z kimś. Sama czułam się niepełna, nie w pełni wartościowa, gorsza. Tak jakbym była wybrakowana w porównaniu z tymi, którzy byli w związkach.

Podświadomie uważałam ich za lepszych, ponieważ o ich wartości jasno świadczyło to, że ktoś ich zechciał. Tak mi się wydawało.

Ktoś, kto jest sam, kojarzył mi się z kimś, kto nie został przez nikogo wybrany. Tak samo jak wtedy kiedy dobierają się zawodnicy przeciwnych drużyn. Najpierw wybiera się najlepszych i najsilniejszych. Potem tych trochę gorszych. A potem zostają już tylko tacy, których nikt nie chce. Wybrakowani. Gorsi. Fajtłapy. Tacy, którzy nie umieją złapać piłki i zawsze wszystko psują.
Z tym właśnie kojarzyło mi się bycie singlem. Z byciem kimś poza wyborem. Poza grupą fajniejszych ludzi.

Z takim nastawieniem weszłam w dorosłość.
Skoncentrowałam się na tym, żeby być z kimś. A potem z następnym kimś.
Kiedy tylko kończył się jeden związek, natychmiast szukałam następnego. To był wewnętrzny imperatyw. Wiedziałam, że nie chcę i nie mogę być sama.

Nie pytałam siebie dlaczego tak jest i czy mogłoby być inaczej. Koniecznie był mi potrzebny drugi człowiek i kropka. Byłam przekonana, że tylko w związku jestem w stanie być szczęśliwa.

Najbardziej zabawne w tym wszystkim było to, że w rzeczywistości nigdy nie byłam naprawdę szczęśliwa.
Żaden związek nie dał mi tego, czego potrzebowałam i oczekiwałam. Miałam momenty szczęścia, euforii i zachwytu. Przeplatane równie częstymi momentami rozpaczy, nienawiści, gniewu i łez.

Więc co to było za szczęście?
To był raczej niekończący się emocjonalny rollercoaster, który rzucał mną do góry i w dół, a ja byłam wobec niego kompletnie bezradna.

Gdyby wtedy ktoś mnie zapytał czy to jest miłość, odpowiedziałabym, że tak.
Powiedziałabym, że tak właśnie zawsze jest w miłości – że masz chwile radości i chwile depresji, że czasem jesteście szczęśliwi, a czasem nienawidzicie się wzajemnie i że tak po prostu jest w życiu.
Pamiętam że kiedyś nawet zadano mi takie pytanie w wywiadzie, a ja odrzekłam:
– Prawdziwa miłość istnieje tylko w bajkach. Kiedyś w nią wierzyłam i szukałam jej, teraz wiem, że to niemożliwe. W realnym, codziennym życiu wszystko wygląda inaczej niż w filmach.

Wierzyłam w to kiedy to powiedziałam.
„Prawdziwa miłość” – taka jak z filmu Notting Hill z Julią Roberts i Hugh Grantem wydawała mi się nierealna i niemożliwa do za- istnienia na prawdziwej ziemi wśród prawdziwych, żywych ludzi.

W komedii romantycznej – tak, jak najbardziej. Scenarzysta opisał to, czego sam chciałby doświadczyć w swoim życiu, reżyser też dał się ponieść wyobraźni i powstał film opowiadający o tym jak cudownie ludzie zakochują się w sobie i są ze sobą szczęśliwi.

Ale przecież tak jest tylko w filmach. I w niemądrych romansach.
W prawdziwym życiu jest inaczej. Prawda?

Fragment książki „Jestem szczęśliwym singlem”

ZOBACZ WIĘCEJ FRAGMENTÓW

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *