Po drugiej stronie gór

Jeśli jesteś silny, to przetrwasz. A jeśli u drzwi twojego życia stanie przeznaczenie i wezwie cię w podróż do innego świata, to uśmiechnij się do wszystkiego, co było piękne, podziękuj za to i ruszaj dalej na drugą stronę.

            Tak zdarzyło mi się w Peru.

            To była moja pierwsza wyprawa w wysokie góry. Wcześniej zawsze podróżowałam po dżunglach, lasach, dolinach i pagórkach, ale góry omijałam z daleka. Wydawały mi się czymś zupełnie innym, obcym i niepotrzebnym w moim życiu. Kiedy więc dostałam propozycję udziału w wyprawie na szczyt wulkanu Mismi w Peru – 5597 m n.p.m., tylko się roześmiałam i odrzekłam:

            – Dziękuję bardzo. Miło, że o mnie pomyśleliście, ale to jest zupełnie nie moja bajka.

            Teraz zareagowałabym inaczej. Jeśli rzeczywiście dotychczas to nie była „moja bajka”, to teraz mam okazję nauczyć się czegoś nowego! Wchodzę w to! Wtedy jednak moim naturalnym odruchem było wycofać się i wrócić do wilgotnych, gorących tropików dżungli.

– Pojedź z nami – namawiali. – Nie musisz wejść na szczyt. Jeśli będziesz się źle czuła, poczekasz na nas na dole.

Zgodziłam się. To był program z serii „Zdobywcy” realizowany dla telewizji. Dotarliśmy do Peru. Czasu było mało, wszystkim zależało na tym, żeby wykorzystać dobrą pogodę i jak najszybciej zrealizować zdjęcia.

Najważniejsza i najmądrzejsza zasada wędrowania po górach mówi jednak:

– Jeśli chcesz to zrobić dobrze, rób to bez pośpiechu!

Wysokie góry to inna, odrębna rzeczywistość. Powietrze jest rozrzedzone i zawiera mniej tlenu. Twoje płuca przyzwyczajone do oddychania na nizinach nagle zaczynają się dusić. A ponieważ wszystkie komórki w twoim ciele przez cały czas oddychają – i potrzebują do tego tlenu – one też są w stanie szoku.

Kiedy po raz pierwszy wylądowałam w stolicy Ekwadoru, Quito, położonym na wysokości 2850 m n.p.m., nie byłam w stanie wejść po schodach na pierwsze piętro. Zatrzymywałam się co kilka stopni i dyszałam tak ciężko, jakby to było ostatnie podejście na Mount Everest.

Tak właśnie objawia się choroba wysokościowa, czyli reakcja na niewystarczającą ilość tlenu, który jest potrzebny do sprawnego realizowania wszystkich życiowych funkcji. Kiedy tlenu jest mniej niż zwykle, czujesz się tak, jakbyś dostał pałką po głowie.

Chcesz coś powiedzieć, ale z twoich ust wydobywa się tylko bełkot. Chcesz iść prosto, ale stopy kroczą zawiłym zygzakiem. Masz przy tym łupiący ból głowy, cierpisz na bezsenność, niestrawność i osłabienie.

Ale to nie jest wyrok.

Jeżeli tylko dasz swojemu organizmowi szansę, żeby zorientował się w sytuacji i uruchomił swoje wewnętrzne genialne mechanizmy, szybko przystosuje się do nowych warunków, a w miejscu bólu głowy pojawi się niesamowita radość.

Do tego jednak potrzebny jest czas.

Kiedy lądujesz w Cuzco na wysokości 3400 m n.p.m. w górach Peru, oszołomiony organizm nie wie co się dzieje. Usiłujesz nabrać powietrza do płuc, ale czujesz, że nie możesz oddychać, coś cię dławi i leży ciężarem na klatce piersiowej. To właśnie brak tlenu.

Mówiąc dokładniej, jest to względny brak tlenu, bo dla ludzi mieszkających w Cuzco od urodzenia jest go wystarczająco dużo do tego, żeby tańczyć, biegać i pracować. Jest go za mało z twojej perspektywy tylko dlatego, że jesteś przyzwyczajony do tego, że zawsze dotychczas było go więcej.

Dla niektórych osób ta zmiana jest tak szokująca, że zdezorientowany organizm zachowuje się w sposób nieprzewidywalny. Na przykład mają sine usta albo puchną na całej twarzy. Dostają kaszlu, zaczynają wymiotować albo zapadają w dziwną apatię. Dodaj do tego ból głowy, problemy z oddychaniem, szalone bicie serca i totalną niezborność myśli oraz ruchów, wraz z towarzyszącym im obezwładniającym poczuciem beznadziejności, to łatwo sobie wyobrazisz, że jest to bardzo nieprzyjemny stan.

W dodatku nie można w teorii sprawdzić kto jest bardziej podatny na chorobę wysokościową, bo nie ma żadnych przewidywalnych zasad. Zachorować może każdy, nawet najsilniejszy, każda kobieta i każdy mężczyzna, w każdym wieku i każdej kondycji. Jeśli zignorujesz symptomy, brak tlenu może doprowadzić do obrzęku płuc, potem obrzęku mózgu i śmierci.

Są jednak sprawdzone sposoby, żeby szybko wyzdrowieć i powrócić do pełni sił.

Pierwsza i najważniejsza zasada to zjechać w okolicę położoną o około tysiąca metrów niżej. Chodzi o to, żeby dotrzeć do miejsca, gdzie tlenu jest więcej, żeby zmniejszyć szok i dać organizmowi szansę przeorganizowania życiowych priorytetów i zająć się przyśpieszoną produkcją dodatkowych czerwonych ciałek krwi, bo wiadomo, że jeśli będzie ich więcej, to swoją wielką masą wychwycą z rozrzedzonego powietrza więcej tlenu. A kiedy organizm zostanie odpowiednio dotleniony, powrócą wszystkie upośledzone wcześniej funkcje.

Głowa przestanie boleć, trawienie będzie się odbywało prawidłowo, znikną więc mdłości, wymioty i biegunka, dotleniony mózg będzie też lepiej myślał, kojarzył fakty i nadzorował umiejętność mówienia.

Idealnym rozwiązaniem jest spędzić drugą noc w dolinie położonej na wysokości kilometr niższej niż punkt, do którego przyleciałeś, a potem stopniowo przez trzy dni zmieniać wysokość o mniej więcej trzysta metrów dziennie. Kiedy czwartego dnia wrócisz do Cuzco, będziesz się czuł wyśmienicie.

Do tego potrzeba jednak czasu. A my nie mieliśmy go zbyt dużo.

Wylądowaliśmy w Cuzco, a następnie czym prędzej wyruszyliśmy dalej w kierunku wulkanu. Jechaliśmy autobusem przez przełęcz na wysokości prawie pięciu tysięcy metrów. Czułam, że mam coraz mniej siły, w głowie huczał oszałamiający ból, a po policzkach płynęły łzy, których nie mogłam zatrzymać. Nie płakałam ze smutku, tylko po prostu łzy wylewały się ze mnie jakby nagle stało się ich za dużo.

Autobus stanął. Pomyślałam, że świeże powietrze dobrze mi zrobi. Wysiadłam, zrobiłam kilka kroków zygzakiem po asfalcie, a potem poczułam, że robi mi się coraz bardziej słabo, ciemno przed oczami i nie jestem już w stanie utrzymać się na nogach, tym bardziej, że czarny asfalt magnetycznie mnie do siebie przyciągał.

Koledzy z ekipy zebrali mnie z drogi i wsadzili z powrotem do autobusu. Zjechaliśmy niżej. Pamiętam jeszcze tylko tyle, że dwóch chłopaków niosło mnie do pokoju, a moje nogi posłusznie ciągnęły się za mną po ziemi.

Ktoś otworzył pokój, rzucono mnie na łóżko i zostałam sama.

W kurtce, czapce, szaliku i butach. Leżałam na łóżku i nie miałam siły, żeby się ruszyć. Łzy znowu płynęły mi po twarzy, ale znów nie ze smutku, tylko po prostu jakby to była naturalna reakcja organizmu na stan totalnej bezradności, w jakiej się znajdowałam. W sercu nie czułam smutku. Wprost przeciwnie. Te łzy wydawały mi się nawet dość komiczne, a najśmieszniejsze było w nich to, że nie miałam nad nimi żadnej kontroli.

Czułam, że siły odpływają ze mnie coraz bardziej.

Zapadałam się w dziwny, ciemny letarg.

Aż nagle poraziła mnie prawda.

To jest mój ostatni moment tu na Ziemi.

Przyjechałam do Peru, żeby tu już na zawsze zostać.

Każdy oddech był ciężki, trudny i zamiast ulgi przynosił coraz większą pewność, że życia jest we mnie coraz mniej. Nawet kiedy próbowałam odetchnąć głęboko, płuca dławiły się tak, jakby zostały przygniecione poduszką.

A więc to już koniec.

Koniec.

Przez myśl zaczęły mi przebiegać obrazy z przeszłości. Zielony skwar dżungli, twarze przewodników, szkolna ławka, wagary, Beatlesi, pisanie książek, błękitne świty nad Orinoko, wołanie wyjców i najcudowniejsze świergotanie ptaków.

– Ale miałam super życie! – uśmiechnęłam się w myślach. – Jeżeli to ma być koniec, to trudno, niech tak będzie. Warto było przeżyć to wszystko!

Zamknęłam oczy i ogarnęła mnie ciemność.

Obudziłam się przed szóstą rano.

Dotknęłam swojej twarzy i pomyślałam, że chyba wciąż żyję. Doszłam do łazienki, spojrzałam w lustro i zobaczyłam siebie.

            Żyję!!!! Ja wciąż żyję!!!! Hurra!!!!!!

            Wyszłam z pokoju w ciemność, w restauracji hotelowej spotkałam chłopaków z ekipy i po śniadaniu ruszyliśmy dalej. Kilka dni później weszłam na szczyt wulkanu Mismi.

Zakochałam się w górach.

Kiedyś myślałam, że to nie ma sensu.

Po co z takim trudem wspinać się pod górę tylko po to, żeby stanąć na wierzchołku i z wysokości spojrzeć na świat?

A potem jeszcze trzeba zejść w dół!

Dopiero podczas wędrówki na wulkan zrozumiałam, że wcale nie chodzi o zdobycie szczytu.

Najważniejsze jest to wszystko, co dzieje się w człowieku w trakcie drogi. Jak walczy ze słabością ciała i ją przezwycięża, jakie myśli pojawiają się w jego głowie, jak radzi sobie z emocjami i jak fantastycznie odczuwa synergię wszystkich jego życiowych sił, które mobilizują się, żeby wspierać go w osiągnięciu celu.

To jest tak samo jak podczas przeprawy przez dżunglę, tyle tylko że zamiast gorącej, rozbuchanej zielonością wilgotności masz śnieg, lodowaty wiatr i suchą pustkę. To jest tak samo trudne i nieprzewidywalne, i czasem trzeba sięgnąć do najgłębszych zakątków duszy, żeby znaleźć w sobie siłę, upór i odwagę.

Tak wielką, że sam będziesz zdumiony.

Fragment książki “SAMOTNE WYPRAWY” – zobacz więcej

PROMOCJA -11%
PRZECZYTAJ FRAGMENTY
WYDANIE ELEKTRONICZNE, EBOOK

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *