Miałam marzenie

Dawno, dawno temu, w pewnym szarym mieście w Polsce czasów komunistycznych pewna dziewczyna siedziała w szkolnej ławce i wzdychała. Patrzyła w okno zamiast na tablicę i wyobrażała sobie jak niezwykły musi być świat. Ponieważ w tamtych czasach nie było jeszcze internetu, a w telewizji pokazywano tylko programu zaakceptowane przez dwa publiczne kanały kontrolowane przez rząd, dostęp do informacji był ograniczony.

            Z jednej strony można powiedzieć, że to źle, to utrudnia rozwój i naukę, ale z drugiej strony kiedy coś jest trudniej dostępne, staje się dużo bardziej cenne i wartościowe.

Tak jak wtedy, kiedy masz nieograniczony dostęp do wszystkich możliwych rodzajów jedzenia. W każdym sklepie masz do wyboru wiele rodzajów czekolady, ciastek, kaszy, ryżu, warzyw, owoców i przypraw. Możesz kupić ile chcesz i zjeść do syta. Wszystkiego jest tak dużo i w tak wielkiej obfitości, że przestajesz zwracać na to uwagę i nie stanowi to dla ciebie wyjątkowej wartości.

            Zupełnie inaczej jednak jest wtedy, kiedy zdobycie czegoś do jedzenia wiąże się z pewnym wysiłkiem. Kiedy w sklepie jest tylko to co jest, a nie to, co byś chciał. Kiedy są ograniczenia, braki, i kiedy nie ma pewności, że będziesz mógł ugotować i zjeść wszystko, na co masz ochotę. Wtedy zaczynasz doceniać to, co udaje ci się zdobyć. Smakujesz to jak skarb, pamiętasz o tym przez wiele następnych dni, marzysz o tym, że może znów będziesz miał takie szczęście i trafisz na to, co lubisz.

            Tak samo jest z wiedzą.

            Kiedy miałam szesnaście lat, nie było skąd dowiedzieć się jak jest gdzieś daleko w świecie. Na pożółkłych kartkach encyklopedii hasła były krótkie i ogólnikowe. W podręczniku geografii zamiast fascynujących opowieści o tym jak żyją ludzie innych plemion podawano suche fakty dotyczące wydobycia węgla brunatnego i rodzajów gleb.

            Dlatego każda ciekawa informacja, która przedostawała się za Żelazną Kurtynę, do szarej i płaskiej rzeczywistości, była jak cudownie migoczący, kolorowy motyl. Rozbudzała wyobraźnię i rozpalała pragnienia. Chciałam za nią biec za siedem rzek i siedem oceanów.

            Pewnego dnia usłyszałam dwa niezwykłe słowa: Mauna Kea. Brzmiały dla mnie jak magiczne zaklęcie. Mauna Kea. Biała Góra. Wulkan na Hawajach. Najwyższa góra na świecie.

            Zaraz. Jak to „najwyższa na świecie”?

            Przecież każde dziecko wie, że najwyższy jest Mt. Everest z 8848 m n.p.m.! Tak nas uczono w szkole! Pamiętam nawet klasówkę z geografii, kiedy trzeba było poprawnie wpisać jego wysokość.

            Wszystko jednak zależy od tego jaką definicję przyjmiemy dla pomiaru wysokości danej góry. Czy należy zawsze zmierzyć ją całą? Czy też może tylko jakąś część spełniającą określone wymagania?

            Góra jest taka jaka jest, prawda? Nie każda góra rośnie tak, żeby jej pomiar był łatwy i mieścił się w światowych standardach.    

Jak należy się w takim razie zachować w sytuacji, kiedy góra wyrasta z dna oceanu? Czyli mówiąc inaczej – zaczyna się poniżej poziomu powierzchni ziemi. Czy należy ją brać pod uwagę? A dlaczego nie? Kto powiedział, że góra musi zaczynać się od wysokości zero?

Mauna Kea jest najwyższą górą na świecie.

Mierzona od podstawy ma ponad 10 000 metrów wysokości.

Zaczyna się na dnie oceanu. Prawie połowa góry wystaje ponad jego powierzchnię. Jest dla Hawajczyków świętym miejscem.

Tylko tyle wiedziałam. I ze wszystkich sił zapragnęłam tam dotrzeć.

Miałam szesnaście lat. Buntowałam się przeciwko wszystkiemu, co widziałam dookoła. Uciekałam ze szkoły i z domu, nie chciałam się uczyć, nie chciałam być dorosła, bo dorośli dookoła mnie wydawali się smutni i nieszczęśliwi.

Ja chciałam czegoś innego. Chciałam kolorów, pasji, marzeń i spełnienia.

I chociaż nie miałam pieniędzy ani majętnych krewnych, i chociaż nie miałam paszportu, który w tamtych czasach był przechowywany na posterunku milicji, i chociaż nie można było swobodnie podróżować ani nawet kontaktować się ze światem, ja postanowiłam, że pewnego dnia pojadę na Hawaje i wejdę na szczyt najwyższej góry świata.

Nieważne kiedy. Bo przecież wiadomo, że życie ma swój własny plan i czasem trzeba cierpliwie czekać aż nadejdzie odpowiedni moment.

Czekałam więc.

Zaczęłam pisać opowiadania i malować. Pisałam o miejscach, które były wtedy dla mnie totalnie niedostępne. Rysowałam je z wyobraźni.

Moja wyprawa na szczyt najwyższej góry świata Mauna Kea była być może na razie niemożliwa do zorganizowania, ale mogłam – i chciałam – zrealizować ją w takim wymiarze, jaki był dla mnie dostępny. W wyobraźni. Napisałam więc opowiadanie pt. „Mauna Kea”.

I czekałam cierpliwie.

Wiele lat.

Bo nawet kiedy już zaczęłam podróżować, nie od razu wyruszyłam na Hawaje.

Ale w końcu przyszedł ten moment.

Mniej więcej trzydzieści lat po tym kiedy usłyszałam nazwę Mauna Kea po raz pierwszy. Ruszam w drogę!

Fragment książki “BLONDYNKA NA HAWAJACH”

Książka do słuchania, audiobook

Wydanie elektroniczne, ebook

Tradycyjna ksiązka papierowa

Więcej fragmentów do czytania i oglądania

Komentarze

  1. Teraz ja też sobie zapamiętam – Manua Kea. Pierwszy raz przeczytałam o niej otwierając maila od Beaty Pawlikowskiej … 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *