
Jak wyglądało ich wspólne życie dobrze chyba oddaje ten fragment dzienników Davida Livingstone’a: Spędziliśmy rok w małej chatce, przez którą wiał wiatr, w nocy zdmuchując nam świece i zamieniając je we wspaniałe sople, i w której stada much nieustannie przez cały dzień siadały na oczach naszych biednych małych urwisów.
Oboje wiedzieli, że życie w Afryce może być dla dzieci niebezpieczne. Brakowało warzyw i owoców, czasem nawet czystej wody; w przeciwieństwie do tubylców od pokoleń wychowywanych w tropikalnym klimacie z jego chorobami, na wiele z nich nie mieli wrodzonej odporności.
Pewnego razu po kąpieli w jeziorze Ngami córka Agnes i syn Thomas wraz z kilkorgiem miejscowych dzieci dostali gorączki, którą David zdiagnozował jako marsh fever, gorączkę bagienną, znaną wtedy nawet w Anglii. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że jest to w rzeczywistości malaria roznoszona przez komary, przypisywano ją więc wilgotnym wyziewom albo „złemu powietrzu”, z włoskiego mala – złe, aria – powietrze.
W Polsce też kiedyś mieliśmy malarię. Nazywano ją zimnicą od gwałtownych dreszczy, które zwykle jej towarzyszyły. W dawnych zielnikach i podręcznikach medycyny naturalnej zalecano leczenie jej bukszpanem. Nie był to błahy problem; tylko w 1856 roku zanotowano w Polsce ponad tysiąc przypadków tej choroby.
Oto co na temat malarii pisał polski lekarz Tytus Chałubiński w książce wydanej w 1875 roku:
Wśród częstokroć niczem niezakłóconego uczucia zdrowia, o pewnej stałej godzinie zjawia się osłabienie, zmęczenie, z wydatnem najczęściej pragnieniem. Następują ciągoty, ziewanie; czasami darcia w członkach, często ból głowy i wkrótce uczucie ziębienia, zwykle z dreszczami w różnym stopniu, niekiedy z rzucaniem kurczowem całego ciała. Skóra jest zimna, pokryta tak zwaną gęsią skórką. Wewnętrzna ciepłota ciała przeciwnie daleko jest wyższą od prawidłowej. Oddech częsty, krótki. Tętno częste, prędkie, małe. Palce sine, niekiedy woskowo białe; wargi sine; oczy zapadłe; rysy twarzy stają się ostrzejsze, wydzieliny zmniejszone, mocz blady, lecz dość obfity. Wstręt do jadła; często nudności. Śledziona powiększona.
Kto mógł wtedy wiedzieć, że malaria jest roznoszona przez moskity, a nie „zepsute powietrze”? Tak samo jak nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że w słodkiej wodzie malowniczego jeziora, w którym tak cudownie jest się zanurzyć w gorący tropikalny dzień, żyją maleńkie przywry, które są w stanie przewiercić się przez skórę do naczyń krwionośnych?

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z muchą tse-tse. Jej nazwa oznacza po prostu „muchę” w języku tswana. Pierwszym badaczem tego języka był misjonarz Robert Moffat, ojciec Mary, żony Davida Livingstone’a. Nie tylko wszyscy w rodzinie nauczyli się biegle nim mówić, ale przetłumaczyli też najpierw katechizm, a potem całą Biblię. Do dzisiaj językiem tswana – a raczej setswana jak nazywają go miejscowi – mówi ponad osiem milionów ludzi w Botswanie i Południowej Afryce.
Z gorącej i płaskiej sawanny Serengeti w Tanzanii wjechaliśmy w przyjemny cień drzew. Z ulgą wyszłam z samochodu, żeby rozprostować nogi. Stałam przez chwilę wpatrując się w zagajnik akacji, migdałeczników i Velvet bushwillow (Combretum molle), którego angielską nazwę można przetłumaczyć jako „aksamitna wierzba krzewiasta”, choć z wierzbami ma niewiele wspólnego.
I nagle podskoczyłam jak oparzona. Poczułam taki ból, jakby ktoś wbił mi w łydkę rozpaloną do czerwoności grubą igłę. Pomyślałam nawet w pierwszej chwili, że to był wąż, ale okolica była cicha i spokojna jak wcześniej. Nie poruszyło się ani jedno źdźbło trawy. Podniosłam więc znów do oczu aparat fotograficzny i wtedy znów ktoś ugryzł mnie tak żarłocznie i dotkliwie, że krzyknęłam. Tym razem zauważyłam pośpiesznie odlatujący ciemny, czujny, szybki owadzi helikopter.
– Tsêtsê? – powiedział tylko ze współczuciem kierowca.
– Tse-tse! – powtórzyłam za nim ze strachem.
To jeden z takich momentów kiedy uświadamiasz sobie jak kruche jest twoje życie i jak bardzo bezbronny jesteś wobec trypanosomów, mikroskopijnej wielkości pierwotniaków z ich mądrością przetrwania wypracowaną przez trzysta milionów lat.
Pojawiły się na Ziemi prawdopodobnie w karbonie, czyli przedostatnim okresie ery paleozoicznej, wśród lasów i bagien zamieszkałych przez labiryntodonty – pierwsze drapieżne płazy o długości do pięciu metrów i trzymetrowe pelykozaury z wachlarzem na plecach, którym chwytały promienie wschodzącego słońca, żeby rozgrzać ciało. Ich obecność musiała mieć wpływ na rozwój następnych gatunków, w tym także ludzi. Niektórzy naukowcy twierdzą, że przetrwały tylko te hominidy, które stały się odporne na roznoszone przez trypanosomy choroby. Podobnie było z dzikimi zwierzętami, które w cyklu ewolucji wypracowały naturalną odporność, której brakuje zwierzętom udomowionym.

Widziałam wiele wodospadów na świecie. Zazwyczaj jest to rzeka, która dociera do skraju ziemi i zaczyna spadać w przepaść. Ale Wodospady Wiktorii są zupełnie inne. Być może dlatego, ze w Afryce wszystko wydaje się bardziej majestatyczne, tajemnicze, niezwykłe. Tutaj ziemia rozpękła się, część świata runęła w dół i pociągnęła za sobą nieskończony kipiący nurt. Woda jest nie tylko w rzece, na skalnych ścianach i w jeziorze, ale w milionach mikroskopijnych kropelek unoszących się w powietrzu, rzucanych wiatrem w twarze ludzi.
Przemoczona, zdumiona i zachwycona zatrzymałam się w obłokach wodnej pary. Był styczeń, szczyt pory deszczowej. Gorąco, parno, wilgotno. Im więcej deszczu pada, tym większe stają się wodospady. Czasem podczas pory suchej na wysokich skałach zostaje tylko kilka skromnych białych kosmyków. Teraz jednak wody było tak dużo i rwała naprzód z taką mocą i hukiem, rozpryskując się na miliardy drobnych cząsteczek unoszących się w powietrzu w promieniu wielu metrów, że widok był hipnotyzujący.
Jesteśmy niczym wobec potęgi Natury. Ziarnkiem piasku podczas burzy. Kroplą wody w szalejącym sztormie. Zabłąkanym nasionem podczas trzęsienia ziemi.
Tutaj ziemia się otwiera jak wrota do nieznanego świata mocy tak wielkiej, że człowiek w jej obliczu gaśnie jak zapałka.
Jest to też opowieść o wielkiej cierpliwości, przemianie i o tym, że nadzieja i wiara zawsze zwyciężają, nawet jeśli trzeba czekać prawie dwa miliony lat. Rzeka Zambezi płynęła kiedyś na południe wprost do Limpopo. Podczas ruchów mas głazów i ziemi, nurt został odcięty i zaczęło się tworzyć jezioro. Było coraz większe i większe, coraz mocniej napierało na kamienne brzegu, aż wreszcie woda znalazła pierwsze maleńkie ujście, którym zaczęła pędzić znów naprzód, przed siebie. To był początek ogromnego wodospadu, który dzisiaj ma 1708 metrów szerokości i wysokość 108 metrów.

Przeszłam pieszo granicę między Zimbabwe a Zambią. Na moście stoi żółta tablica z napisem You are now entering Zambia: „Wkraczasz teraz na terytorium Zambii”. Nie ma kontroli granicznej, nikt nie sprawdza paszportów. Świadkami są jedynie ogromne tęcze unoszące się nad spienionym nurtem wody w dole. Powietrze jest nasycone kropelkami wody, a kłęby wodnej mgły są czasem tak ogromne, że sięgają prawie kilometra wysokości i całkowicie przesłaniają widok. Nie widać wtedy ani wodospadu, ani skał, ani dżungli, po prostu nic z wyjątkiem białego mokrego powietrza.
Widok był niesamowity. Huczący biały dym unosił się znad spienionej rzeki i zamieniał w chmury. W ciemnozielonej dżungli gęsto pokrywającej góry po obu stronach urwiska spływały następne świetliste wodospady, a z powodu nadzwyczajnej ilości wilgoci roślinność była tak żywa i bujna, jak nigdzie indziej.
Jest sześć otchłani, gorges, a rzeka wije się między nimi zygzakiem jak wąż. Za drugim wąwozem po stromej ścieżce można zejść na sam dół, żeby zobaczyć Punkt Wrzenia, The Boiling Point, niespokojne, głębokie jezioro pełne wirów. Szum wody płynącej przez głazy na brzegu, tajemnicze obłoki wodnej mgły unoszące się w powietrzu, dzika dżungla dookoła, błękitne niebo i jasne promienie zachodzącego słońca.
Jednocześnie spokój i burza, tworzenie i destrukcja, ciepło i chłód, cisza i hałas, zachwyt i lęk. Całe życie jest w tym jednym miejscu. Od chwili narodzin, kiedy jak bezbronny strumyk płyniesz przez kamienie i starasz się znaleźć właściwą drogę. Potem kiedy burzysz się jako nastolatek i chcesz wszystko zrobić po swojemu. I gdy w dorosłości dajesz się porwać nurtowi codzienności, obowiązków i zarabiania pieniędzy po to, żeby je wydawać. I wreszcie gdy w dojrzałym wieku wiesz, że niczego nie musisz i znajdujesz ciszę w przestrzeni swojego kochającego serca.
Bądź jak wodospad, który zawsze znajdzie szczelinę, przez którą będzie płynął dalej. Bądź jak silny baobab, który żyje pięć tysięcy lat. Bądź jak tęcza, która pojawia się w niespodziewanych miejscach i przynosi radość każdemu, kto stanie na jej drodze.
Fragmenty z książki „Na tropach źródła Nilu”, wyd. luty 2025.










Ja jestem zachwycona tym kalendarzem... dla mnie to dziennik. Ilustracje i te kolory naprawdę są piękne, dodające optymizmu. Z tym…
Dziękuje za przepisy. Lubię takie bogate, rozgrzewające jesienne zupy.
dzięki z żółte kartki... One często porządkują moje myśli i emocje. Bądź zdrowa i podróżuj kiedy czujesz taką potrzebę. Pozdrawiam…
Dziękuję za przypomnienie co w życiu jest ważne...Tak niewiele ,a często o tym zapominamy... Przytulam!
Dzień dobry! Bardzo interesująca wycieczka. Wróciliśmy z mężem w kwietniu z Ameryki środkowej (3tyg. 8 krajów ) było super ale…