Ta wyprawa zaczyna się w himalajskiej krainy szczęścia w Bhutanie, gdzie na śniadanie jada się czerwony ryż i ziemniaki z serem. Docieramy na bezkresne, puste, dzikie stepy Mongolii, do jurty pod błękitnym niebem. Przy wodospadach Niagara spotykamy Annie Edson Taylor, która w dniu swoich 63. urodzin postanowiła skoczyć z wodospadów w beczce (i ledwie przeżyła). W Wenezueli i Brazylii zatrzymujemy się na Gran Sabanie, Wielkiej Sawannie, gdzie stoją gigantyczne pojedyncze góry zwane tepui, a z jednego z nich – Auyantepui – spada najwyższy wodospad świata, Salto Angel. W Japonii zwiedzamy świątynie zen i piaskowe ogrody, a w Zimbabwe na południu Afryki – niezwykłe, tajemnicze Wielkie Zimbabwe zbudowane z kamieni. I jeszcze przystanek w magicznej Polinezji Francuskiej na Oceanie Spokojnym, w słynnym mieście Mandalay i na najdłuższym drewnianym moście świata U Bein w Birmie.

„Z Bhutanu do Zimbabwe” – jedna z pięciu właśnie wydanych książek podróżniczych w serii „Blondynka w podróży”, bogato ilustrowana fotografiami i rysunkami. Serdecznie polecam!

Oto fragmenty:

W podróży najbardziej niesamowite jest to, że niespodziewanie odkrywasz rzeczy, z których istnienia kompletnie nie zdawałeś sobie sprawy i nie mógłbyś ich sobie nawet wyobrazić. Takie jak na przykład słodki krem z czerwonej fasoli jako nadzienie do pierogów w Chinach albo herbata z chryzantem w Malezji. Wychodzisz rano na ulicę, widzisz ludzi z przezroczystymi butelkami, w których pływają kwiaty i myślisz sobie, że nigdy w życiu nie wpadłbyś na pomysł, że coś takiego można gdzieś na świecie zobaczyć. To są magiczne chwile, które zapisują się w pamięci na zawsze. Dlatego właśnie kocham podróżować. Czasem jednak zdarza się tak, że im dalej docieram, tym bardziej świat usiłuje upodobnić się do miejsca, z którego przybyłam. Tak zdarzyło mi się właśnie w Bhutanie.

Wyobraź sobie potężne góry, tak wielkie, niedostępne i dzikie, że wydają się nie z tego świata. Na białych wierzchołkach leży wieczny śnieg. Po brązowych skałach spływają cienkie ogonki wodospadów. Góry czasem toną w chmurach, a czasem w świetle słońca nabierają odcieni zielonych, niebieskich i żółtych. W dolinach szumią rzeki o nieprawdopodobnie seledynowych wodach. Panuje tak niezwykła himalajska cisza, jaka jest możliwa tylko daleko od ludzkich siedzib. Jeśli usłyszysz ciche kroki, to być może będziesz miał szczęście spotkać takina. Bhutański złoty takin wygląda jak prehistoryczny pies z rogami. Albo jak skrzyżowanie tapira, konia i żubra. Ma złote runo i jest wielki jak byk. Takin ma prawie półtora metra wysokości, może ważyć ponad trzysta kilogramów, odżywia się wyłącznie liśćmi, a jego skóra wydziela oleistą substancję, która pokrywa jego futro jak naturalny płaszcz przeciwdeszczowy.

Niektórzy nazywają go antylopokozą, inni gnukozą albo łosiem ukąszonym przez pszczołę, bo ma duży czarny nos. Te miękkie szerokie nozdrza są specjalnie przez naturę przystosowane do życia na dużych wysokościach, bo dzięki nim zimne powietrze zostaje ogrzane zanim dotrze do płuc, co pomaga w zachowaniu odpowiedniej temperatury ciała. Oddychanie zimnym powietrzem wychłodziłoby go od wewnątrz, a zima w Bhutanie jest długa. W marcu było jeszcze tak zimno, że chodziłam w trzech kurtkach i ciepłym szalu.

Miasto Mandalay leży prawie dokładnie pośrodku Birmy i jest słynne z co najmniej dwóch powodów i dwóch Anglików: Rudyarda Kiplinga, który ponad sto lat temu napisał o nim słynny wiersz oraz Robbie’go Williamsa, który zaśpiewał o nim piosenkę.

Angielski poeta nie przez przypadek interesował się Birmą. Joseph Rudyard Kipling urodził się 30 grudnia 1865 roku w Indiach Brytyjskich, po angielsku zwanych British Raj, czyli Angielskim Królestwem (rāj w języku hindi to królestwo, państwo, imperium), składających się wtedy nie tylko z Indii, ale też Pakistanu i Bangladeszu (1858 – 1947). W wieku osiemnastu lat zaczął pracować w redakcji lokalnej gazety w Lahore, gdzie – jak wspominają koledzy – wyglądał jak dalmatyńczyk, ponieważ pisał ciągle tak zawzięcie i z takim entuzjazmem, że jasne spodnie i kamizelkę miał zawsze poplamione atramentem.

Podczas mroźnych zim w stanie Vermont tuż przy granicy amerykańsko-kanadyjskiej, gdzie mieszkał przez kilka lat po ślubie (1893-1896), wracał myślami do gorących, parnych Indii i zaczął pisać jedną ze swoich najsłynniejszych książek o przygodach chłopca imieniem Mowgli wychowanego przez wilki, czyli „Księgę dżungli”.

Jego żona miała na imię Caroline, wszyscy nazywali ją Carrie i była siostrą amerykańskiego pisarza i wydawcy Charlesa Wolcotta Balestiera. Poznali się w 1890 roku, tym samym, kiedy Kipling napisał słynny wiersz o Mandalay. Widać, że był wtedy zakochany:

Przy starej pagodzie Moulmein, spoglądając leniwie na morze, siedzi birmańska dziewczyna i wiem, że myśli o mnie, bo wiatr poruszający palmami i dzwony pobliskiej świątyni mówią: „Wracaj, angielski żołnierzu, wracaj do Mandalay!” (…) O zachodzie słońca, gdy mgła opadała na ryżowe pola, brała do rąk banjo i śpiewała „Kulla-lolo!” Kładła dłoń na moim ramieniu, przytulała policzek do mojego policzka i razem patrzyliśmy na statki i na słonie w mulistym potoku, a cisza była tak ciężka, że trudno było znaleźć słowa. Tak było na drodze do Mandalay…

Kiedy byłam małą dziewczynką, w domowej bibliotece znalazłam książkę w twardej okładce z wyblakłym rysunkiem i napisem „Takie sobie bajeczki”. To były dżunglowe opowieści Rudyarda Kiplinga, które poruszały wyobraźnię i zabierały mnie z szarej Polski w najdalsze egzotyczne zakątki świata, gdzie tętniło zielone serce tropikalnej puszczy. To było jak blask nowego słońca. Z każdą pożółkłą stroną odkrywałam, że istnieją miejsca zupełnie inne od tego co znam z codzienności, a małe czarne drukowane litery stawały się biletem na niezwykłą podróż w głąb wyobraźni. Zapragnęłam zobaczyć to wszystko na własne oczy. Czy zdziwisz się więc jeśli powiem, że przyjechałam do Birmy specjalnie po to, żeby znaleźć się na drodze do Mandalay i spełnić marzenia z dzieciństwa?…

Umysł wpada w niepokój i panikę nie dlatego, że realnie istnieje wiele nieuniknionych zagrożeń, tylko raczej dlatego, że rozmyśla o nich jako o nieuniknionych niebezpieczeństwach, wprowadzając siebie w spiralę niekontrolowanych myśli i emocji.

Umysł wpada w depresję nie dlatego, że istnienie zapadło się realnie poniżej poziomu morza – dosłownie i w przenośni – tylko raczej dlatego, że przywiązuje się chwilowo do rozpaczliwych, katastroficznych myśli, które tworzą pełne strachu emocje, z których powstają następne mentalne obrazy przerażenia, beznadziei, zatopienia w oceanie smutku.

Źródłem myśli i emocji jest umysł. Filozofia zen proponuje więc, żeby nauczyć się „opróżniania umysłu” wraz ze wszystkimi skonstruowanymi przez niego historiami i iluzjami poprzez skoncentrowanie uwagi na chwili obecnej.

Na przykład usiądź i patrz na ścianę. Nie rozmyślaj o niej, powstrzymaj się od tworzenia następnych historii. Po prostu siedź i trzymaj wzrok na ścianie, puszczając jednocześnie wszystkie myśli.

Albo wyjdź na spacer i idź przed siebie, nie zastanawiając się nad tym dokąd idziesz, po co i dlaczego. Po prostu przesuwaj się w przestrzeni, dostrzegając szelest swoich kroków, dotyk powietrza na skórze, śpiew ptaków, kolor nieba, żeglujące po nim statki chmur.

Albo usiądź, zamknij oczy i obserwuj swój oddech. Poczuj jak napełniasz się powietrzem, a potem je wydychasz i znów wciągasz do płuc życiodajny oddech. Wsłuchaj się w ciszę, pozwól jej przemówić, grać, nadać nowe brzmienie rzeczywistości, w której się znajdujesz.

– Czas nie płynie przez nasze życie. To my płyniemy przez czas – usłyszałam gdzieś kiedyś.

Japoński mnich i filozof Dōgen Zenji z XIII wieku stworzył pojęcie uji tłumaczone jako Bycie Czasu, które sam tak wyjaśniał: Tak zwane „czasami” (uji) oznacza: czas (ji) sam w sobie jest niczym innym jak bytem lub bytami (u), które są niczym innym jak czasem (ji).

Czas istnieje w dosłownym znaczeniu tego słowa. Nie jest koncepcją stworzoną przez ludzki umysł ani podstawą zapisu w kalendarzu. Czas jest istnieniem, oddzielnym bytem, a najbardziej niezwykłe jest w nim to, że choć istnieje niezależnie od wszystkich i wszystkiego, jest z nimi stale, absolutnie i na zawsze połączony. Jak wyjaśnia Dogen w dziele „Oko i Skarbiec Prawdziwego Prawa”:

„Bycie-czasu” oznacza, że czas jest byciem; tj. „czas jest istnieniem, istnienie jest czasem”. Kształt posągu Buddy jest czasem. Czas jest promienną naturą każdej chwili; jest chwilowym, codziennym czasem w teraźniejszości. (…)

Każda rzecz, każda istota na całym świecie jest czasem. Żaden obiekt nie przeszkadza ani nie sprzeciwia się żadnemu innemu obiektowi, ani czas nie może przeszkadzać żadnemu innemu czasowi.

Najważniejsze znaczenie bycia-czasu jest następujące: każda istota na całym świecie jest ze sobą powiązana i nigdy nie może być oddzielona od czasu.

To może brzmieć skomplikowanie, tym bardziej że nikt nie jest do końca pewien jak poprawnie należy przetłumaczyć niedopowiedzenia i gry słów zawarte w oryginalnym dziele, które z każdym kolejnym tłumaczeniem – z japońskiego na angielski, a potem z angielskiego na polski – siłą rzeczy oddala się coraz bardziej od oryginału i traci rozmaite subtelności języka oraz myśli, dostępne jedynie czytelnikowi, który osobiście doświadczył, przemyślał i zrozumiał to, co stara się wyjaśnić oświecony buddyjski mnich.

Dla mnie uji może oznaczać Bycie Czasu, ale też Bycie Czasem w sensie tożsamości, kiedy nie przestając być Człowiekiem, stajesz się także Czasem i doświadczasz swojego człowieczeństwa z zupełnie innej, wielowymiarowej i wiecznej perspektywy. Mam na myśli doświadczenie nie tylko czysto mentalne, ale dosłowne, fizyczne przekraczanie granic pomiędzy sobą a wszystkim. Mówiąc jeszcze bardziej precyzyjnie: nie chodzi o przekraczanie granic, ponieważ żadne granice w rzeczywistości nie istnieją, tylko o doświadczanie jedności i płynne przechodzenie, przenikanie z jednego bytu w inny. Stawanie się trawą, czasem, wiatrem, rzeką, człowiekiem, ptakiem. Nauczyłam się tego będąc dzieckiem, chodząc po łąkach i lasach, słuchając kosów na wiosnę, trzymając w dłoni pachnące zielone jabłko lobo, w ciszy i samotności, z dala od innych ludzi.

Fragmenty z książki „Z Bhutanu do Zimbabwe”, wyd. luty 2026, zobacz więcej

Udostępnij na Facebooku!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *