Eki, czyli dworzec

Dwie młode Japonki na recepcji nie odpowiadają.

Przyzwyczaiłam się już do tego. Na początku myślałam, że źle coś mówię albo robię to w niewłaściwy sposób, ale potem zrozumiałam.

Dziewczyny na recepcji – zgodnie z japońskim zwyczajem – nie mówią po angielsku. Kiedy w hotelu pojawia się gajdzin, czyli nie-Japończyk o białej skórze, który wygląda jakby nosił na twarzy banana zamiast ust i radośnie pozdrawia cię w twoim ojczystym języku, to z całą pewnością oznacza, że na jednym pozdrowieniu się nie skończy.

Jeśli mu odpowiesz, możesz wywołać lawinę  przerażających zdarzeń, takich na przykład jak konieczność odpowiedzi na pytanie o lokalny czas, dojazd do miasta albo samopoczucie.

 

Jak wiadomo z doświadczenia, gajdzin miewa kompletnie abstrakcyjne i nieracjonalne potrzeby i nie waha się użyć języka angielskiego, żeby cię nimi obciążyć. Oczywiście, jeśli tylko zorientuje się, że władasz tym językiem choćby w najmniejszym stopniu.

Czyż ja nie tak właśnie się zachowałam dzisiaj rano wychodząc z hotelu?

Zamiast skromnie i po cichu wyjść na ulicę, zatrzymałam się przy recepcji na widok Japonki, z którą poprzedniego wieczoru gawędziłam po angielsku na temat dworca.

Railway station?[1] – zapytałam, wymawiając każdą literę możliwie mocno i wyraźnie.

Opuszczam już nic nie znaczące ozdobniki takie jak „czy wiesz gdzie jest”, „szukam”, albo „chciałabym dojść do”. To tylko komplikuje sytuację.

Japoński shinkansen, fot. Beata Pawlikowska

Spłoszone spojrzenie, panika, drżące dłonie.

Uśmiecham się uspokajająco. Mam ochotę wziąć ją za rękę i zapewnić, że nie mam złych zamiarów, a ona nie musi odpowiadać na moje pytanie jeżeli nie chce, ale wiem, że gdybym tak zrobiła, wprawiłabym ją w jeszcze większy mętlik pełen poczucia winy, strachu i dręczącej świadomości, że nie może mi dać tego, czego ja oczekuję, co dla każdego szanującego się Japończyka – oraz Japonki – jest zbrodnią przeciw ludzkości.

 

Railway station? – powtarzam łagodnie.

Mogłabym spróbować pokazać pociąg, zacząć sapać jak stara lokomotywa i wykonać ramieniem ruch toczących się kół, ale mogłabym tylko doprowadzić do tego, że przerażone i głęboko skonfundowane panie na recepcji w odpowiedzi wezwałyby Straż Pożarną, Pogotowie Ratunkowe i Policję – nie wiedząc która z tych służb jest potrzebna w moim stanie w pierwszej kolejności.

Bo przecież żaden Japończyk nie wie jak wygląda prawdziwa lokomotywa!!! Ani jak rozpędza się powoli, buchając rytmicznie parą z komina, a potem sunie po torach, z mozołem ciągnąc za sobą posłuszne stadko wagonów.

 

Pojęcie pociągu w Japonii jest równoznaczne z shinkansenem – białym, lśniącym, metalowym pociskiem, który pędzi przez Japonię z prędkością do trzystu kilometrów na godzinę.

 

Już myślę, że zrezygnuję z pytania o drogę, gdy nagle w przebłysku olśnienia przypomina się odpowiednie słowo po japońsku:

Eki?[2]

Zdumienie.

Cisza.

Wybałuszone oczy.

 

O co chodzi tej dziwnej osobie, która przybyła z czeluści dziwnego, obcego świata i nęka nas swoim niezrozumiałym zachowaniem, do którego nie potrafimy się odnieść, co wprawia nas w ogromnie niekomfortowe uczucie braku porozumienia, chaosu oraz niespełnionych oczekiwań?

– Eki – powtarzam słabnącym głosem. – Eki?

 Selfie, fot. Beata Pawlikowska

Cisza.

Dwie dziewczyny na recepcji patrzą na mnie jak na byka, który zaplątał się rogami w ogrodzeniu. Z jednej strony chciałby mu pomóc, ale boja się, że jeśli podejdą o krok bliżej, to dostaną rogami byka po brzuchu.

Stoją więc z nieruchomymi twarzami czekając aż jakoś sobie poradzę i zniknę.

Ale ja nie znikam.

Eki – mówię jeszcze raz bezradnie.

Przecież to jest proste słowo!

Dlaczego nikt mnie nie rozumie???

 

Teraz naprawdę czuję się jak byk, i w dodatku taki, który wbiegł do sklepu z japońską porcelaną i zaplątał się między półkami. Każdy ruch grozi katastrofą.

Japonki pochylają się ku sobie i zasłaniając usta jedna szepcze coś do drugiej.

Trwa ciężka cisza.

Druga Japonka kiwa dwa razy głową i nagle odzywa się zniekształconym, dziwnie ściśniętym i zaskakująco akcentowanym, ale jednak angielskim:

Relłi stejszún?

– Yes! – krzyczę zachwycona.  – Railway station! Eki! Gdzie jest?? W którą stronę?

 

Ostatnie słowa dodaję po Polsku, odwracając się wymownie do drzwi i machając bezradnie rękami.

W prawo? W lewo?

Gdzie mam skręcić?

Left – odpowiada jak gdyby nigdy nic Japonka. – W lewo.

 

Dziękuję wylewnie i wycofuję się z ukłonami do drzwi.

I dopiero kiedy jestem na ulicy, dociera do mnie, że zostałam zrozumiana i otrzymałam nawet odpowiedź w języku angielskim, mimo że wydawało się, że żadna z Japonek nie włada tym językiem nawet w najmniejszym, podstawowym stopniu!

Dlaczego nie odpowiedziały mi od razu?

Dlaczego czekały aż spłonę z niepewności, poczucia totalnego wyobcowania, izolacji i kosmicznej bariery wszystkiego, łącznie z językiem, obyczajami, kulturą i chęcią???

 

[1] Railway station – (ang.) Dworzec kolejowy

[2] Eki – (jap.) Dworzec kolejowy

[3] Relłi stejszún – fonetycznie zapisana zniekształcona wymowa angielskiego wyrażenia railway station, którego poprawna wymowa brzmi rejlłej stejszyn.

Fragment książki “BLONDYNKA W JAPONII“, tu znajdziesz w promocyjnej cenie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *