W cieniu kokosowych palm

Nad brzegiem stały dwie szeleszczące palmy kokosowe, a przy nich – dwa drewniane siedziska. Idealnie dla nas.
Był wczesny wieczór. Tropikalny, gorący, cichy jak cała wioska.
To bardzo tajemnicza sprawa. Wszyscy upierali się, że nie ma wolnych pokoi, a jednak w całej wiosce nie spotkaliśmy ani jednego turysty i ani jednego tubylca! Z wyjątkiem kilku chłopców grających w piłkę na boisku. Czynny był tylko jeden bar z dwoma stolikami.
W naszym hotelu też podobno było pełno, tylko czego?… Pustki i milczenia? Byliśmy sami na całej plaży. Między drzewami wisiał samotny hamak. Na piasku stały dwa puste leżaki. Trzepotały i szeptały liście palm kokosowych.
 
Siedzieliśmy przez chwilę patrząc w niebo, a potem zapytałam:
– Czy jest coś takiego, o czym zawsze marzyłeś przez całe życie, ale czego jeszcze nigdy nie udało ci się osiągnąć?
– Spotkać kogoś, kto byłby moim  partnerem w życiu – odrzekł bez namysłu Danny. – Zakochać się.
Z nieba urwała się nagle gwiazda i spadała prosto na nas.
– Serio? – powiedziałam, ale nie wiem czy powiedziałam do siebie, do gwiazdy, czy do niego.
– Spadająca gwiazda?! – zdumiał się Danny.
 
Wydawało się, że jeśli wyciągnę rękę, to jej dotknę. Była tak wielka i tak blisko.
– Wczoraj w nocy kiedy wracałem do hotelu, też spadały gwiazdy – przypomniał sobie. – I nie działał internet, więc nie mogłem kupić biletu na samolot.
Poruszyłam brwiami. 
– Właściciel hotelu oglądał włoski western spaghetti! – uzupełnił Danny. – I zużył cały limit przesyłu danych!
– To cię martwi? – zażartowałam.
– Nie – odrzekł miękko.
 
– Czy jest jeszcze coś? – przypomniałam sobie. – Jeszcze coś, o czym zawsze marzyłeś? Co było dla ciebie najważniejsze?
– Być kierowcą samochodu wyścigowego – odrzekł Danny. – I śpiewać w kapeli rockowej. A ty?
– Ja… – zawahałam się. – Ja po prostu zawsze chciałam być szczęśliwa. Nie dopisywałam do tego żadnych konkretów. Po prostu chciałam czuć szczęście. …No i – dodałam po chwili – zawsze chciałam śpiewać w zespole muzyki son na Kubie.
– Son?… To kubańska muzyka?
– Kubańska. Połączenie hiszpańskiej gitary i afrykańskich instrumentów perkusyjnych, z lekko jazzowym feelingiem. Byłeś na Kubie?
– Niestety, jak wiesz, mój kraj jak dotąd nie miał zbyt dobrych relacji z Kubą. Może teraz to się zmieni.
– Kuba jest piękna. Ma w sobie coś niezwykłego.
 
Liście na palmach kokosowych trzepotały jak marakasy, cykady szeleściły jak szczotki na jazzowej perkusji, a my rozmawialiśmy o marzeniach, o życiu, o tym co jest ważne, a co ostatecznie nie przechodzi próby czasu. I o tym jak każde z nas zmieniło się pod wpływem podróżowania.
 
Szum morza brzmiał jak wezwanie do przygody. Na granatowym niebie pojawiły się miliony gwiazd. Wraz z nimi z ciemności wyłoniły się ukradkiem złaknione krwi paszcze.
Atak był misternie przygotowany na tę godzinę zmierzchu, kiedy ciepłokrwiste istoty czują się odrobinę zagubione pomiędzy dniem a nocą. Zapewne od pewnego czasu byliśmy obserwowani.
Wyobraź sobie. Jedyne dwie żywe istoty w garifuńskiej wiosce na Karaibach. Dopóki było jasno i gorąco, napastnicy przygotowywali broń. Kiedy tylko zgasło światło słońca, kapitan dał tajemny znak, po którym nastąpił zmasowany desant wszystkich głodnych moskitów z całej okolicy. Może nawet z całych Karaibów.
– Au! Au! Au! – wołał Danny, oganiając się przed komarami i podskakując na drewnianej leżance.
– Au! Au! – dodawałam.
– Uciekajmy stąd! – zawołaliśmy w końcu i popędziliśmy do pokoju.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *