Rozdział 1

Rozpacz była dla mnie czymś tak codziennym, że nie przyszło mi do głowy zastanowić się nad tym, że może coś jest ze mną nie tak.

Rozpacz tak wielka, że umierałam w duszy wiele razy i ze zdumieniem odkrywałam fakt, że wciąż żyję.

Otrząsałam się, usiłowałam niezdarnie wstać, ale w każdej sekundzie czułam jak przygniata mnie do ziemi wielki ciężar czegoś, co noszę w sobie, co jest moim  życiem i moim przekleństwem.

 

Przygnębienie, rozpacz, poczucie bezsensu, smutek – a tak naprawdę po prostu ciemność.

Ciemność, która wisiała nade mną jak chmura.

Czasem spadała, a ja wtedy tonęłam we łzach. Ale płakałam tylko tak długo, dopóki starczyło mi sił. Potem zapadałam się w otchłań, w której nie było już nic.

Nie było mnie, nie było świata, nie było ludzi, nie było przyszłości. Nie było nic. Po prostu nic. Była tylko próżnia. Taka jak przed stworzeniem świata. Ciemność i pustka.

 

Teoretycznie żyłam.

Ale byłam jak padlina chwilowo pobudzana do działania, po którym zapadałam się w oceany najczarniejszej otchłani. To było coś więcej niż smutek, rozpacz, przygnębienie czy niechęć.

To był rodzaj śmierci.

 

To był dla mnie stan permanentny.

Innego nie znałam.

 

Chwilową ulgę znajdowałam w alkoholu, ale wiedziałam, że to tylko złudzenie. Alkohol wyzwalał we mnie iluzję lekkości i radości, po której spadałam w przepaść rozpaczy jeszcze głębiej.

Nic nie miało sensu.

Nic nie przynosiło ulgi.

 

Nikomu nic nie mówiłam. Byłam po prostu osobą, która często płacze, z niczego nie jest zadowolona, nie umie się cieszyć, ciągle się z czymś szarpie, a czasem znika w milczeniu i w samotności umiera jeszcze raz.

Żyłam w taki sposób przez dwadzieścia pięć lat.

Nie wiedziałam, że można inaczej.

I ciągle płakałam.

 

Pamiętam, że płakałam pakując się na wyprawę do Ameryki Południowej. Płakałam podczas wyprawy. Płakałam na myśl, że za kilka dni wracam do Polski. Płakałam w samolocie. Płakałam w domu.

Kiedy mój chłopak pytał dlaczego płaczę, nie potrafiłam mu odpowiedzieć. Nie było konkretnego powodu. Po prostu byłam smutna! Miałam wrażenie, że noszę w sobie tak dużo smutku, że on wylewa się ze mnie przez moje oczy.

Ciągle płakałam.

Czasem płakałam przez kilka dni bez przerwy.

 

Zaczęłam płakać kiedy chodziłam do szkoły podstawowej. A potem po prostu płakałam prawie przez cały czas, z krótkimi przystankami na oszołomioną suszę.

Myślę, że znacząco przyczyniłam się do powiększenia zasobu słonych wód w oceanach świata J

 

Tak wyglądało mniej więcej pół mojego dotychczasowego życia.

Rozpacz, poczucie totalnej bezradności, wszechogarniający smutek i chaos, który zalewał mnie jak fala tsunami. Nie było przed nią ucieczki.

Próbowałam wstać, usiłowałam coś robić, coś zacząć, ale wszystko się rozpadało, ginęło, znikało. A ja zostawałam z niczym. Z tą gigantyczną pustką, która wsysała mnie jak kurz, miotała mną w przestrzeni, a potem rzucała bez sił na ziemię.

Więc znów płakałam.

Potem zapadałam się w ciemność.

 

Prowadziłam teoretycznie „normalne życie”.

Byłam niezdolna do konstruktywnego działania.

Chwytałam się tylko skrajności, które były jak krzyk bezsilnej rozpaczy i zawsze kończyły się porażką.

Chodziłam do pracy i spotykałam się z ludźmi, ale w ich obecności automatycznie nakładałam maskę z fałszywym uśmiechem. Myślisz, że ktoś się zorientował? Chyba nie.

 

Z mojej dzisiejszej perspektywy wynika, że większość ludzi w naszej zachodniej cywilizacji cierpi na to samo, co ja wtedy, czyli stan permanentnej depresji, która staje się czymś tak naturalnym, że przestaje się na to zwracać uwagę.

Fragment książki “WYSZŁAM Z NIEMOCY I DEPRESJI. TY TEŻ MOŻESZ“, wyd. Edipresse wrzesień 2016

Książka w promocyjnej cenie

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *