– Czas nie płynie przez nasze życie. To my płyniemy przez czas – usłyszałam gdzieś kiedyś.

Japoński mnich i filozof Dōgen Zenji z XIII wieku stworzył pojęcie uji tłumaczone jako Bycie Czasu, które sam tak wyjaśniał: „Tak zwane „czasami” (uji) oznacza: czas (ji) sam w sobie jest niczym innym jak bytem lub bytami (u), które są niczym innym jak czasem (ji)”.

Czas istnieje w dosłownym znaczeniu tego słowa. Nie jest koncepcją stworzoną przez ludzki umysł ani podstawą zapisu w kalendarzu. Czas jest istnieniem, oddzielnym bytem, a najbardziej niezwykłe jest w nim to, że choć istnieje niezależnie od wszystkich i wszystkiego, jest z nimi stale, absolutnie i na zawsze połączony. Jak wyjaśnia Dogen w dziele „Oko i Skarbiec Prawdziwego Prawa”:

„„Bycie-czasu” oznacza, że ​​czas jest byciem; tj. „czas jest istnieniem, istnienie jest czasem”. Kształt posągu Buddy jest czasem. Czas jest promienną naturą każdej chwili; jest chwilowym, codziennym czasem w teraźniejszości. (…)

Każda rzecz, każda istota na całym świecie jest czasem. Żaden obiekt nie przeszkadza ani nie sprzeciwia się żadnemu innemu obiektowi, ani czas nie może przeszkadzać żadnemu innemu czasowi.

Najważniejsze znaczenie bycia-czasu jest następujące: każda istota na całym świecie jest ze sobą powiązana i nigdy nie może być oddzielona od czasu.”

To może brzmieć skomplikowanie, tym bardziej, że nikt nie jest do końca pewien jak poprawnie należy przetłumaczyć niedopowiedzenia i gry słów zawarte w oryginalnym dziele, które z każdym kolejnym tłumaczeniem – z japońskiego na angielski, a potem z angielskiego na polski – siłą rzeczy oddala się coraz bardziej od oryginału i traci rozmaite subtelności języka oraz myśli, dostępne jedynie czytelnikowi, który osobiście doświadczył, przemyślał i zrozumiał to, co stara się wyjaśnić oświecony buddyjski mnich.

Dla mnie uji może oznaczać Bycie Czasu, ale też Bycie Czasem w sensie tożsamości, kiedy nie przestając być Człowiekiem, stajesz się także Czasem i doświadczasz swojego człowieczeństwa z zupełnie innej, wielowymiarowej i wiecznej perspektywy. Mam na myśli doświadczenie nie tylko czysto mentalne, ale dosłowne, fizyczne przekraczanie granic pomiędzy sobą a wszystkim. Mówiąc jeszcze bardziej precyzyjnie nie chodzi o przekraczanie granic, ponieważ żadne granice w rzeczywistości nie istnieją, tylko o doświadczanie jedności i płynne przechodzenie, przenikanie z jednego bytu w inny. Stawanie się trawą, czasem, wiatrem, rzeką, człowiekiem, ptakiem. Nauczyłam się tego będąc dzieckiem chodząc po łąkach i lasach, słuchając kosów na wiosnę, trzymając w dłoni pachnące zielone jabłko lobo, w ciszy i samotności, z dala od innych ludzi.

Fragment książki „Z Bhutanu do Zuimbabwe”

Udostępnij na Facebooku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *