Zatrzymałam się przy wysokiej szafie wbudowanej w mur. Na dziesiątkach półek leżały setki starych, oryginalnych buddyjskich ksiąg. Niektóre sprzed tysiąca lat. Nie zszywano ich ani nie klejono tak jak w naszych współczesnych książkach.

            Mnisi ręcznie przepisywali je na tybetańskim papierze albo liściach palmowych używając czarnego atramentu. Robiono go w klasztorze z sadzy z lampek maślanych albo spalonego drewna, mieszano z wodą i naturalnym klejem, żeby lepiej przyczepiał się do papieru. Do pisania używano pióra z trzciny, bambusa lub drewna albo cienkiego pędzelka.

            – Mogę zobaczyć? – zapytałam nieśmiało.

            Wstrzymałam oddech z wrażenia kiedy mnich ostrożnie wysunął wielką podłużną księgę. Odwinął żółty jedwab i odsunął wierzchnią drewnianą, bogato rzeźbioną deseczkę pełniącą rolę okładki. Karty papieru były luźno ułożone jedna na drugiej, każda miała co najmniej pół metra długości i kilkanaście centymetrów szerokości.

            – Mamy 196 buddyjskich ksiąg – powiedział.

            – Największa miała ponad metr długości i została ukradziona kilka lat temu – uzupełnił Babu. – Podobno znaleziono ją w amerykańskim muzeum.

– Tybetański papier. Złote litery.

Dosłownie złote. Złoto roztarte na proszek i wymieszane z kleistymi wyciągami roślinnymi tworzyło gęstą złotą farbę.

– Mogę zrobić jedno zdjęcie?

– Nie.

            – Mogę dotknąć? – odważyłam się zapytać.

W klasztorze nie wolno robić fotografii, nosić butów ani mieć odsłoniętych ramion czy kolan. Z całą pewnością więc niedozwolone będzie dotykanie bezcennych oryginalnych rękopisów na delikatnym ręcznie robionym papierze.

Mnich skinął przyzwalająco głową.

Na ciemnym tle dużymi złotymi literami były starannie wykaligrafowane trzy słowa w uchen, języku tybetańskim. Pochyliłam się tak nisko, że czułam ich zapach. Delikatnie położyłam na nich palce i poczułam dreszcz na myśl, że dotykam liter napisanych tysiąc lat temu! Była w nich wciąż energia człowieka, który je stworzył wraz z mocą jego umysłu, kiedy w skupieniu powoli przesuwał pędzelkiem po papierze. To wielka odpowiedzialność. Nie wolno się pomylić, bo zmarnowany zostaje wtedy cały arkusz cennego papieru wraz ze złotym atramentem. Przepisywanie sutr traktowano jako praktykę religijną oraz duchową, przybliżającą człowieka do mądrości i oświecenia, wielkie znaczenie miała więc też jakość i dokładność pisma.

Mój mnich bardzo się starał. Złote litery miały niewidoczne z daleka malutkie zdobienia i zakrętasy, tak jakby pisał dłonią, rozumiał umysłem, a sercem pragnął dodać do nich jeszcze coś od siebie. Przesuwałam delikatnie palcem po liniach złotych liter, wzruszona i przejęta, że mogę pisać razem z nim. Wciąż widzę je przed oczami. Gdyby pozwolono mi zrobić zdjęcie, nigdy nie zapamiętałabym ich tak dobrze. Zapisałam je w swoim sercu.

– Co tu jest napisane? – zapytałam w końcu towarzyszącego nam mnicha. – Umiesz to przeczytać?

– Tak – odrzekł i dodaj kilka słów w języku tybetańskim. – To słowo oznacza „Indie”.

– A dalej?

– Indie – są – wielkie – przetłumaczył.

Indie są wielkie! Buddyzm wywodzi się przecież z Indii.

Fragment z książki „Blondynka w Mustangu. Podróż do Królestwa Lo w Himalajach”

Zgodnie z obyczajem zdjęłam buty, weszłam po schodkach, odchyliłam dzi i stanęłam na lodowatej podłodze. Buddyjskie świątynie nie są strzeliste jak kościoły katolickie i nie mają w środku tej ogromnej pustej przestrzeni, od której echem odbijają się kroki i słowa. Raczej odwrotnie: są przytulne i bardzo kolorowe. Z sufitu zwieszają się barwne tkaniny, ściany są pokryte malowidłami przedstawiającymi święte postaci w różnych manifestacjach i wcieleniach, na posągach zawiązane są kolorowe wstążki, wszędzie stoją lampki maślane, czarki z wodą, dzwonki i różne rytualne przedmioty, wiszą ceremonialne trąby i wielkie, intensywnie zielone, płaskie bębny nga z krawędziami pomalowanymi w jaskrawe czerwono-złote wzory.

Przeszłam cicho za czerwone belki podtrzymujące strop. Zatrzymałam się po prawej stronie od pozłacanego posągu Padmasambhavy z wielkimi oczami, przed niepozornym kamiennym wizerunkiem wklejonym w czerwoną ścianę. To najważniejszy i najbardziej niezwykły przedmiot w Lo Gekar.

Mówi się, że nie został stworzony przez żadnego artystę w powszechnym rozumieniu tego słowa, tylko zmaterializował się pod narzędziami w jego dłoniach. Sam powstał albo natchnął swoją wielką mocą artystę, który stał się wykonawcą nie swojego dzieła, lecz większego boskiego zamiaru. Został odkryty, a nie stworzony. I ponieważ nie jest wytworem ludzkiego umysłu, lecz raczej manifestacją Siły Wyższej, posiada nadzwyczajną moc.

Na dworze szalał wiatr rozrzucając zimne krople deszczu i płatki śniegu. Pomyślałam nagle, że to nie przypadek. Pielgrzymi być może czekają na lepszą pogodę, a ja dzięki temu mogę sama chłonąć atmosferę tego miejsca, zatrzymać się przed kamiennym posążkiem wykutym w kamieniu i stanąć z nim twarzą w twarz.

Jest niewielki, niepozorny, łatwo go przeoczyć. Nie jest umieszczony na złotym ołtarzu ani ukryty za szybą. Nigdzie nie było napisane, że nie wolno go dotykać, podniosłam więc dłoń, położyłam ją na kamieniu i zamknęłam oczy. I nagle zobaczyłam długi poskręcany żywy sznur falujący i wijący się w długim korytarzu czasu, prowadzący wprost do miejsca sprzed tysiąca trzystu lat, kiedy medytował tutaj mistrz Padmasambhava. Widziałam jasne światło, z którego wyłoniła się osada złożona z kilku żółtych prostokątnych domów na szczycie wzgórza. Ludzie ubrani na biało patrzyli na mnie i zrozumiałam, że mnie rozpoznają, a ja poczułam nagłą tęsknotę i żal rozłączenia ze świadomością, że w tej chwili nie mogę tam wrócić, bo mam do wykonania zadanie w innym miejscu i czasie.

Oczywiście, to prawda, że ten posążek wykuty w kamieniu ma magiczne właściwości i udziela błogosławieństw. Jest jak pępek świątyni, dzięki któremu można się połączyć ze światem sprzed setek i tysięcy lat.

Czerwone gładkie kolumny przechodziły pod sufitem w szeroko rozbudowane miękkimi łukami kapitele, na których cierpliwy malarz małym pędzelkiem wyrysował kolorowe kwiaty i liście obramowane płynnym złotem. Podobne misterne szlaczki pokrywały też belki, framugi i ramy dziesiątek małych obrazków pokrywających ściany. Czerwony jest kolorem siły duchowej, działania i transformacji, a cała ta buddyjska świątynia była  obrazem nie tylko boskiej mocy, ale też ludzkiej wytrwałości w dążeniu do celu i piękna stworzonego ludzkimi palcami w natchnieniu pochodzącym wprost od Siły Wyższej.

Przysunęłam twarz do ściany tak blisko, że mogłam zobaczyć każdą kreskę postawioną przez malarza, każdy złoty zawijasek wykonany pędzelkiem, wypukły szmaragdowy listek i wilgotną kroplę błękitnej wody. Poczułam zapach ubrania Guru Rinpoche i ziemi pod jego stopami.

Chciałam mu powiedzieć skąd przybywam, ale on wiedział. Chciałam mu zadać pytanie, ale niczego więcej nie potrzebowałam wiedzieć. Widziałam jak zmrużył oczy podparty na wędrownym kiju. Pomyślałam, że chciałabym być tertönem powołanym do odkrycia ukrytego skarbu, ale Padmasambhava powiedział:

– Ty jesteś kimś innym.

I znikł w błysku światła.

Fragment z książki „Blondynka w Mustangu. Podróż do Królestwa Lo w Himalajach”

Diamentowa Sutra pochodzi z 868 r. n.e. i jest najstarszą w całości zachowaną drukowaną książką na świecie. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem ma formę zwoju zadrukowanego metodą drzeworytniczą i znajduje się w Bibliotece Brytyjskiej. Rozpoczyna się od ilustracji przedstawiającej Buddę rozmawiającego z uczniem, a następne pięć metrów zwoju jest zadrukowanych rzędami chińskich znaków.

Diamentowa Sutra ma formę rozmowy Buddy z uczniem o imieniu Subhūti, który zadaje trapiące go pytania, na przykład:

– Jak bodhisattwa powinien kierować swoim umysłem?

– Powinien kultywować umysł, który nigdzie nie mieszka na stałe – odpowiada Budda, co jest genialnym podsumowaniem jego nauk.

Zamieszkanie w jakiejś koncepcji oznacza, że zapuszczamy w niej korzenie, zaczynamy się z nią identyfikować i podświadomie traktować jako jedyną możliwą prawdę, stając się jej niewolnikiem. Dla „umysłu, który nigdzie nie mieszka” wszystko jest możliwe, ponieważ nie istnieją wcześniej wyuczone ograniczenia. To umysł, który jest otwarty, elastyczny, wędrujący i nie przywiązuje się do żadnego miejsca, pojęcia ani miejsca. To utożsamienie wolności, które u przeciętnego człowieka może budzić lęk, ponieważ zwykle czerpiemy złudne poczucie bezpieczeństwa z identyfikowaniem się z określoną religią, ugrupowaniem politycznym albo stylem życia. Jest to zgubne dlatego, że kiedy przywiązujemy się do jakiegoś pojęcia, stajemy się od niego uzależnieni i oddajemy mu odpowiedzialność za swoje życie, co paradoksalnie prowadzi nie do zwiększenia poczucia bezpieczeństwa, ale ciągłego niepokoju i lęku o przyszłość.

Trzy największe prawdy o życiu zawarte w Diamentowej Sutrze brzmią:

1. Nic i nikt nie posiada stałej tożsamości.

2. Mądrość musi iść w parze z działaniem.

3. Zachowaj wolność od wszelkiego przywiązania.

Fragment z książki „Blondynka w Mustangu. Podróż do Królestwa Lo w Himalajach”

Udostępnij na Facebooku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *