Wywiad dla “Przyjaciółki”

W jakim nastroju wstała pani dzisiaj?

Zawsze budzę się w dobrym, bo dbam o siebie. Śpię długo, w związku z tym zasypiam wcześnie i równie wcześnie wstaję. Nie nastawiam zegarka, chyba że podróżuję i muszę zdążyć na lotnisko na 4.30, bo loty do Ameryki Południowej zwykle startują o 6 rano.

Często nazywa pani Amerykę Południową i amazońską dżunglę swoim domem.

Lubię podróżować i poznawać różne kultury, ale w Amazonii od pierwszej chwili czułam się jak u siebie. Zresztą tutaj, w polskim domu, do którego przeprowadziłam się dwa miesiące temu też jestem u siebie… Choć dżungla jest wyjątkowa.

Dlaczego?

W Amazonii odkryłam, że można żyć w zgodzie ze sobą. Indianie niczego nie udają. Nie grają odważnych, bo po prostu tacy są, a jeśli nie, to zdobywają tę umiejętność i ją pielęgnują. W tamtejszych trudnych warunkach nie da się oszukiwać i dlatego Amazonia jest mi tak bliska. Tam poznałam ludzi, jakimi i my byliśmy dawno temu. Nasza cywilizacja pełna jest przekłamań. Żyjemy w świecie iluzji. Łudzimy się, że ktoś, państwo czy naukowcy, dbają o nas, w związku z czym zwalniamy się z myślenia. Podświadomie rezygnujemy ze swoich praw, z troski o swoje ciało  czy zdrowie, pozwalając innym decydować o tym, co jest dla nas dobre. Ja się na to nie zgadzam.

Nie zgadza się pani na…?

Na kłamstwa i iluzje. Na przykład na fabrycznie robione jedzenie z chemicznym, szkodliwymi dodatkami. Dlatego podejmuję świadome decyzje dotyczące zarówno moich wyborów życiowych, jak i jedzenia czy snu.

Snu?

Rozbawię panią, ale trudno. Zasypiam o ósmej i śpię dziesięć godzin. Tyle mój organizm potrzebuje, żeby się zregenerować. Kiedy śpię krócej, to jestem ciągle głodna, zmęczona, nie mogę się skupić i pracować. Dlatego słucham mojego ciała i śpię tyle, ile potrzebuje.

Już słyszę czytelniczki mówiące, szczęściara, bo nie ma dzieci, męża, nadgodzin i tym podobnych spraw.

Mam dużo obowiązków. Piszę książki i felietony, to wymaga skupienia i natchnienia. Prowadzę program w radiu, który też sama przygotowuję i wymyślam. Organizuję wyprawy, prowadzę profil na Facebooku i stronę internetową. Krok po kroku eliminowałam z mojego życia takie rzeczy, do których nie miałam pełnego przekonania, a zamiast tego całym sercem zajmowałam się tym, co przynosiło mi poczucie spełnienia. Po pewnym czasie zaczęło tez przynosić pieniądze. Teraz czuję się jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie. Piszę, rysuję, podróżuję, prowadzę program w radiu. Karmię się tylko zdrowym jedzeniem, nie palę, nie piję alkoholu, więc praca twórcza przychodzi mi z łatwością.

I to mówi pięćdziesięciolatka.

Chyba coś pani źle policzyła. (śmiech) Czuję się na jakieś 27, może 32 lata. Zresztą nie obchodzę urodzin, nie pamiętam w którym roku pierwszy raz wyjechałam do Ameryki Południowej ani kiedy wzięłam ślub. Proszę nie wierzyć stereotypom na temat wieku. To nieważne. Ważne jest to, żeby umieć cieszyć się z tego, co się ma, myśleć pozytywnie i nie martwić się na zapas. Po prostu żyć. A wracając do mnie, mam teraz więcej pomysłów i energii, niż kiedy miałam 25 lat, bo wtedy nadużywałam alkoholu, seksu, papierosów…

Poszukiwała pani siebie.

Przeważnie się gubiłam. Trwałam w kręgu chwilowych przyjemności, bo wierzyłam w to, co się nam wmawia. Że jeśli czujesz się źle, to powinieneś sięgnąć po batonika, papierosa lub tabletkę i będziesz szczęśliwy.

Mając 32 lata była pani mądrzejsza?

Dopiero zaczynałam rozumieć, na czym polega życie. Do dzisiejszej wiedzy o sobie i świecie dochodziłam etapami, dlatego wiem, co czuje osoba zagubiona, ale też wiem, że można być szczęśliwym.

n Często pytają panią o dzieci.

Nie mam dzieci, bo jakoś nigdy nie pragnęłam tego bardziej niż wyruszyć w następna wyprawę do Amazonii. Niektorzy moi narzeczeni przekonywali, że dziecko byłoby wspaniałym dopełnieniem związku, i nawet przez chwilę zgadzałam się z nimi, ale kiedy potem samej siebie pytałam czy naprawdę tego chcę, to wiedziałam, że nie. I czułam, że nie ma sensu robić czegoś wbrew sobie.

Nie żałowała pani swojej decyzji?

Nigdy. Ciągle byłam i wciąż jestem zajęta robierniem wielu pasjonujących rzeczy, które przynoszą mi radość i spełnienie. Niczego nie żałuję. Uważam, że każde moje doświadczenie było po coś: anoreksja, bulimia, nieudane związki, różne wpadki i dramaty. Od kilku lat zyje jak szczęśliwy singiel i dobrze mi z tym. Kiedyś wchodziłam w związki ze strachu przed samotnością. Ledwie kończyłam jeden, a już zaczynałam rozglądać się za kimś nowym. Mówiłam „kocham cię”, ale w głębi duszy czułam, że oszukuję nas oboje.

Ale wierzy pani w miłość?

Oczywiście! I wierzę w partnerstwo między dwojgiem ludzi, którzy nie wiążą się ze sobą, żeby coś zyskać czy ugrać, ale dlatego, że chcą być ze sobą i szanują się nawzajem.

Podczas wypraw, które pani organizuje mężczyźni nie tracą dla pani głowy?

Zdarzało się, ale czyjeś zainteresowanie nie jest dla mnie jeszcze powodem, żebym chciała z tym kimś być. Przyjemnie jest być adorowanym, ale od sympatii do miłości wiedzie daleka droga.

Po każdej z tych przygód ma pani ochotę napisać książkę?

Tak, ponieważ mam niesamowity dar pakowania się w kłopoty, ale też wydostawania się z nich! I tym dzielę się w każdej z moich książek, a oprócz podroży opisuję także inne swoje doświadczenia, bo trudno jest oddzielić jedno od drugiego. Już pierwsza wyprawa do Amazonii uzmysłowiła mi, że mogę być panią własnego losu. Nie tylko w dżungli. Każdy może zrobić wszystko, czego tylko pragnie, jeśli pokona rządzące nim lęki i zmierzy się z trudną prawdą o sobie. Ja tak zrobiłam.

Czuje pani, że ma misję do spełnienia?

Owszem, mam misję do spełnienia, ale wobec samej siebie. Tak jak każdy inny człowiek. Moja misja to być szczęśliwym człowiekiem. Nie zmieniam nikogo na siłę. Piszę po to, żeby podzielić się moim doświadczeniem, a czytelnicy decydują czy z niego skorzystają.

Rozmawiała: Anna Grzelczak

sierpień 2015

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *