Wywiad dla portalu WP.pl

 

Kobieta.wp.pl: Po przeczytaniu „Największych kłamstw naszej cywilizacji”, pani najnowszej książki, mam wrażenie, że po okresie spokoju znowu zaczyna się pani buntować, jak w młodości…

Beata Pawlikowska: Myślę, że to nie jest bunt. Bunt i kontestacja to jest coś innego niż głośne mówienie prawdy. Bunt to doszukiwanie się jakichś wad, nawet trochę na siłę, żeby zaznaczyć swoją obecność. Żeby dać ujście swojemu wewnętrznemu niepokojowi albo poczuciu, że świat nie jest dla mnie taki, jaki chciałabym mieć. A mówienie prawdy nie ma nic wspólnego z tym, jak ja się czuję w moim życiu. Jest tylko głośnym powiedzeniem rzeczy, które są prawdziwe i z których być może ludzie nie zdają sobie sprawy. A to, że nie zdają sobie z tego sprawy może mieć dla nich bardzo daleko idące i bardzo szkodliwe konsekwencje.

Czytając tę książkę, człowiek ciągle sobie powtarza „No tak! Że też tego wcześniej nie zauważyłem! Byłem głupi, że się dałem nabrać”. Całość ma dosyć pesymistyczny wydźwięk…

Dlatego na końcu piszę, że kończę przygotowywać następny tom, który na pewno będzie bardziej optymistyczny. To prawda, jeżeli zbiera się w jednej książce informacje o różnych kłamstwach, które nas otaczają i są ukryte w różnych przekazach marketingowych, to rzeczywiście trudno, żeby taka książka była pogodna. Ale taka jest cena tego, że mówi się prawdę.

Kiedy poczuła się pani najbardziej oszukana?

Nie czuję się oszukana, raczej czuję się zdumiona, że w ogóle takie rzeczy istnieją i że to jest możliwe. Że legalnie, oficjalnie istnieją rzeczy, o których każdy człowiek –  gdyby wiedział, jakie są naprawdę – powiedziałby, że są złe i nie mają racji bytu. A jednak one istnieją, a istnieją dlatego, że ukrywają się pod różnymi przykrywkami. I to mnie właśnie zdumiało.

Przed naszą rozmową wrzuciła pani na swój blog pewną myśl. Przytoczę fragment: „Cały świat jest tak zbudowany, żeby się naprawiać i dążyć do zachowania równowagi. Wystarczy poczuć, że jest się jego częścią”. Ale kiedy czytam „Największe kłamstwa naszej cywilizacji” wcale nie czuję, że chcę być jego częścią…

To są dwie różne rzeczy. Kiedy piszę o tym, że nasz świat dąży do utrzymania równowagi, to nie mam na myśli tego, co ludzie robią w tym świecie, tylko myślę o tym, jaki ten świat jest ze swojej natury, którą dyktuje przyroda, siły natury, wszechświat. A to, co robią ludzie w tym świecie, to jest zupełnie inna rzecz. To oni właśnie tworzą te kłamstwa.

A jeśli nie tu, i nie teraz, to kiedy i gdzie chciałaby pani żyć?

Nie powiedziałam, że nie chciałabym żyć tu i teraz! Uważam, że żyję w fantastycznym miejscu, w fantastycznym czasie. Nie czuję żalu, że chciałabym żyć w innym momencie, albo innym miejscu. Poza tym czuję się wolna i wiem, że mogę wybrać. Gdybym chciała mieszkac gdzieś indziej, to po prostu tam bym się przeprowadziła. Ale ja wybieram życie tutaj. A czas, w którym przyszło mi żyć? Na pewno ma to jakiś sens i ja to akceptuję. Tak jest dla mnie najlepiej, jak może być. Jestem szczęśliwa, że mam rozum i że jestem w stanie tę naszą cywilizację zobaczyć taką, jaką ona jest naprawdę.

Kiedy zrozumiała pani, że to, co się je, jest ważne?

Kilka lat temu, kiedy zaczęłam zwracać uwagę na to, jak mój organizm reaguje na różne rzeczy, które jem. Zorientowałam się, że po niektórych rzeczach organizm jest silniejszy, a po innych jest słabszy. Po niektórych rzeczach czuję się lepiej, czuję się szczęśliwa, a po innych moja skóra staje się brzydka, dostaję wyprysków. Wydaje mi się, że wcześniej też to widziałam i nawet byłam w stanie połączyć te rzeczy jako źródło i konsekwencję, ale jakoś to się nie przekładało na praktykę. Pamiętam, że już wiele lat temu wiedziałam, że jeżeli zjem chińską zupkę z proszku, to następnego dnia będę miała wypryski na twarzy. Ale uznałam, że tak po prostu musi być. A dopiero potem pomyślałam:  „Ale zaraz! Jeżeli ja po tej chińskiej zupie mam wypryski, to znaczy, że coś w tej zupie jest nie tak. W takim razie sprawdzę, co w tej zupie jest i dlaczego moja skóra reaguje w ten sposób”. Kiedy to sprawdziłam, to podjęłam jedyną z mojego punktu widzenia racjonalną decyzję, że natychmiast przestaję jeść jakiekolwiek rzeczy z proszku, z plastikowego kubka albo inne gotowe do spożycia i zawierające wiele chemicznych substancji, bo teraz już wiem, one mają negatywny wpływ na organizm, nie tylko na ciało, ale i na umysł i duszę też.

 

A czy poza naszą zachodnią cywilizacją, podczas swoich wypraw, natknęła się pani na coś, czego nigdy w życiu by pani nie zjadła?

Nie. Tym bardziej, że takie najdziwniejsze rzeczy jada się zwykle wtedy, kiedy nie ma nic innego do jedzenia. Człowiek wtedy nie ma wyboru. Moje podróże zabierają mnie daleko w świat. Jak już gdzieś jadę, to lubię się zagubić i dotrzeć  na koniec świata. Zdarza się, że podczas takiej wyprawy cierpię głód. Ten, kto nigdy nie był tak naprawdę głodny tego nie zrozumie, ale ja myślałam kiedyś, że umrę z głodu i wtedy nie ma się żadnych obiekcji i żadnych wątpliwości, czy coś zjeść czy nie, tylko po prostu zjada się to po to, żeby mieć siłę do życia. Na przykład żywe larwy, krowie oczy, żywe mrówki, węże, szczury, krokodyle,  nietoperze, żółwie, małpy, tapiry. Ale chcę podkreślić, że nie jadłam tego z głupiej ciekawości i nie z pustoty, i nie dlatego, że to była atrakcja turystyczna, ale dlatego, że nic innego do jedzenia nie było, a ja byłam bardzo, bardzo głodna. Nie miałam wyboru. I nawet wtedy, kiedy byłam już wegetarianką, zdarzały się sytuacje, że nie było do jedzenia nic oprócz mięsa i ja wtedy je jadłam bez wyrzutów sumienia. W podróży tak czasem jest. Trzeba umieć dostosować się elastycznie do sytuacji. Albo umrzeć.

 

Do Polski powoli docierają tzw. superfoods: np. jagody Goi, nasiona chia. Pani pewnie spotkała się już z nimi znacznie wcześniej. Czy pani też uważa ja za takie superjedzenie?

Mamy dookoła siebie tysiące polskich superfoods i nie trzeba szukać jagód Goi czy nasion chia, które w Polsce są bardzo drogie. Mamy na przykład nasz fantastyczny polski rumianek, który jest tak łatwo dostępny, tak powszechny i tak znany w Polsce, że nikt o nim nie mówi „superfood”, a naprawdę nim jest. Uważam, że wszystko, co mamy w naszej szerokości geograficznej, co żywiło naszych przodków, chroniło ich przed rakiem i innymi chorobami, to są nasze własne superfoods. Mam na myśli choćby takie fantastyczne rzeczy jak proso i kasza jaglana, maliny, czarne jagody, czereśnie, czarnuszka i inne polskie zioła. Te nasze polskie superfoods są najbardziej kompatybilne z naszymi organizmami. Powinniśmy po nie sięgać znacznie częściej niż do egzotycznych i z daleka sprowadzanych rzeczy, o których pisze się w gazetach.

A w kolejnej książce z cyklu „W dżungli zdrowia”, która ma ukazać się na początku czerwca, pisze pani  o „Największych skarbach naszej cywilizacji”. Co pani do nich zalicza?

Kaszę jaglaną, gryczaną i jęczmienną, soczewicę, fasolę i inne warzywa strączkowe, rumianek, marchewkę, arbuzy, winogrona, kapustę, orzechy, migdały i wiele innych. Piszę też o kilku rzeczy spoza naszej szerokości geograficznej – peruwiańskiej kaszy quinoa, yerba mate i awokado. Piszę też o najstarszych odmianach pszenicy: samopszy i płaskurce, które znów są uprawiane w Polsce na plantacjach ekologicznych i o moim ukochanym zielonym groszku. Już niedługo zacznie się na niego sezon i wtedy zrobię sobie jedno z moich ulubionych dań, czyli kaszę jaglaną z zielonym groszkiem. To jest genialne danie na maj. Z bardzo prostymi przyprawami, bez żadnych specjalnych dodatków – jedynie trochę naci pietruszki, mały kawałeczek pomidora, ze dwa listki laurowe, szczypta soli i już, nic więcej nie trzeba. To jest pyszne, polecam!

Maj 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *