Niespodziewanie też dotarła do mnie pewna niesamowita i zachwycająca prawda. Ludzie w Stanach Zjednoczonych nie przechodzą na emeryturę! Owszem, mogą zakończyć regularną pracę zawodową w pełnym wymiarze godzin, oficjalnie przejść na emeryturę i otrzymywać odpowiednie świadczenia, ale nie usuwają się wtedy w cień, nie znikają z widoku publicznego, nie zamykają się w domach z wnukami! Wprost przeciwnie. Szukają dodatkowego zajęcia, bo chcą uczestniczyć w społeczności, chcą być aktywni, nie chcą w przenośni kończyć swojego życia.

Pamiętam, czytałam badania naukowe o „złożonej relacji” między zdrowiem a emeryturą, stwierdzające, że przejście na emeryturę może się wiązać ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia chorób układu krwionośnego i innych przewlekłych chorób, a inne badania wskazywały na to, że u osób na pełnej emeryturze wzrastają problemy z poruszaniem się i zdrowiem psychicznym. To ma wielki sens! Kiedy jesteś w pracy, stajesz się częścią większej społeczności, czujesz się potrzebny, ważny, czasem może nawet niezastąpiony. Dzień, kiedy odbierasz zaświadczenie o zakończeniu kariery zawodowej może podświadomie zostać odczytany jako informacja, że od dzisiaj jesteś zbędny jak zepsuty odkurzacz, który owszem, służył nam wiernie przez wiele lat, ale teraz jako archaiczny zostanie zastąpiony nowszym modelem. Nic dziwnego, że można wtedy stracić motywację i radość.

Im bardziej oddalasz się od aktywnego rytmu życia, tym trudniej będzie wykrzesać w sobie chęć na spróbowanie czegoś nowego. Im mocniej zapadasz w bezruch, tym bardziej gaśnie wewnętrzna iskra. Może się wtedy wydawać, że życie nie ma sensu, ale w rzeczywistości życie wciąż ma sens dla tych, którzy się z niego nie wycofali. 

Tak robi się w Ameryce. Rok później w parku narodowym Yosemite w Kalifornii dołączyłam do grupy turystów, którzy z przewodnikiem mieli wyruszyć na zwiedzanie kilku stanowisk archeologicznych. Staliśmy pod dużą mapą regionu, gdy nagle żwawym krokiem przemaszerował przed nami stuletni… serio, nie mogę przecież użyć tu słowa „staruszek”! To był krzepki, szczupły, niewysoki mężczyzna ubrany w koszulę i spodnie safari, w traperskich butach. Wyglądał jak harcerz, miał miłą, uśmiechniętą twarz i z werwą zaczął opowiadać o tym jak w pobliskich górach Sierra Nevada przez długie lata panował spokój i cisza. Nagle w 1848 roku rozpoczęła się gorączka złota. Ze wszystkich stron – statkami, pociągiem i na piechotę przybywali spragnieni bogactwa poszukiwacze złota. Szybko powstały pierwsze miasta, takie jak Sonora, Big Oak Flat i Mariposa[1].

– Chodźmy! – przewodnik wskazał na ścieżkę i rześkim krokiem ruszył naprzód.

Widać było, że pasjonuje się historią i przyrodą. Z ożywieniem wyjaśniał, że ludzie mieszkali w Yosemite już osiem tysięcy lat temu, znaleziono ślady ziaren mielonych między kamieniami, a także oszczepów i broni atlatl.

– Jakiej broni? – zapytał ktoś z grupy.

Przewodnik tylko na to czekał. Prawdopodobnie opowiadał tę historię setki razy wcześniej, ale tamtego dnia brzmiała tak, jakby dzielił się nią po raz pierwszy. Miał w sobie pasję, ciekawość świata i radość.

– Słowo atlatl pochodzi z języka nahuatl używanego przez?… – zawiesił głos.

– Azteków – podpowiedziałam.

– Brawo! Aztekowie przejęli sztukę stosowania atlatl od wcześniejszych kultur i jest to kawałek wydrążonego drewna z hakowatym zakończeniem umożliwiający rzucenie oszczepem dalej niż z ręki. Najstarsze znalezione atlatl pochodzą z kultury solutrejskiej i zostały znalezione w?…

– We Francji? – podsunął ktoś nieśmiało.

– Skąd pani wie?

– Jestem tłumaczką języka francuskiego, obiło mi się o uszy.

– Brawo! Z kultury solutrejskiej z górnego paleolitu, jakieś dwadzieścia tysięcy lat temu.

Z pasją opowiadał o tym, że Indianie mieszkający w Dolinie Yosemite nazywali ją Ahwahnee, czyli „miejsce otwarte jak usta”, a plemię nosiło nazwę Ahwahneechee. Chętnie odpowiadał na pytania i widać było, że jest zafascynowany tematem i chętnie daje z siebie dużo więcej niż wymagają obowiązki przewodnika. Nie wiem ile zarabiał i czy w ogóle dostawał pieniądze za tę pracę. Wiem jednak na pewno, że zyskiwał w ten sposób dużo więcej niż da się policzyć w dolarach. Miał w życiu cel i pasję. Praca przewodnika zmuszała go też do nieustannej aktywności fizycznej i umysłowej. Czuł się potrzebny i ważny, miał kontakt z innymi ludźmi, z którymi żartował i którzy go z uwagą słuchali, zaciekawieni opowieściami o Indianach, gorączce złota i tajemnicach przyrody.

To jest prawdziwe życie!

Nieważne ile masz lat ani czym zajmowałeś się wcześniej, zawsze warto szukać tego, co przyniesie nową inspirację do rozwoju.

Fragment książki „Ayahuasca. Liana życia”. #fragmentksiążki #pasjażycia #inspiracja #BlondynkawPodróży #BeataPawlikowska


[1] Big Oak Flat dosłownie oznacza „Wielki Dąb”. Osada została tak nazwana na cześć wielkiego dębu, który miał pień o średnicy prawie trzech i pół metra (11 stóp, czyli 3.3528 metra). Mariposa po hiszpańsku znaczy Motyl. Sonora to słowo pochodzące z hiszpańskiego, gdzie znaczy „donośny, dźwięczny”, w przenośni: „O przyjemnym brzmieniu”. Jest to też popularne imię dla dziewczynek.

Udostępnij na Facebooku!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *