Pewnego dnia przygotowując audycję o najpiękniejszych wodospadach świata przeczytałam, że do Wodospadów Wiktorii w Afryce można dojechać pociągiem z Bulawayo w Zimbabwe. Mój cały świat zatrzymał się w jednej chwili.

Znasz to uczucie? Niespodziewanie dowiadujesz się o istnieniu czegoś, co brzmi jak marzenie, jest jak dźwięk trąbki rozlegający się nieoczekiwanie na lodowej pustyni, jak kropla słodyczy, która spływa wprost do twojego serca. Nie możesz jej zignorować. Wiesz, że to jest coś, co odmieni twoje życie i pojawia się w tobie szalona myśl i równie szalone pragnienie, żeby zobaczyć to na własne oczy. Tak się właśnie wtedy poczułam.

Bulawayo leży w Zimbabwe na południu Afryki. A kiedy wiele lat później przeczytałam, że z miasta Bulawayo lokalny pociąg jedzie przez całą noc na zachód, aż do wodospadów Wiktorii, wiedziałam, że nadszedł moment, żeby spełnić to marzenie.

Obudziłam się nagle w środku nocy. Pociąg stał cicho w ciemności, tak jakby usiłował się w nią wtopić i zniknąć.

Bilet na pociąg do Victoria Falls można kupić tylko w dniu wyjazdu, przyszłam więc rano na ładny i dość pusty dworzec w Bulawayo. Brązowe ściany z cegły, żółte łuki, czerwona podłoga i niebieskie donice z zielonymi roślinami. Ciepły, pogodny dzień. Marzycielskie stukotanie kół po torach. Z radosnym oczekiwaniem ustawiłam się w kolejce do jedynego otwartego okienka. Przeczytałam gdzieś, że przedziały w klasie kuszetek są podwójne, więc można ewentualnie wykupić obie kuszetki, żeby mieć przedział dla siebie i tak postanowiłam zrobić.

Kiedy wieczorem wróciłam na dworzec, mój pociąg już czekał. To znaczy tak mi powiedziano. Wyszłam na peron. Zmrużyłam oczy. Pewnie źle coś przeczytałam albo zabłądziłam, ponieważ przy peronie pierwszym   obecna była tylko ogromna afrykańska noc. Rozejrzałam się na wszystkie strony, przewierciłam oczami ciemność, tak jakby pociąg był szpilką, która mogła się przypadkiem zagubić między drewnianymi podporami torów. Pociągu nie było.

– Pociąg jest przy peronie pierwszym! – oświadczył z niewzruszoną pewnością konduktor na dworcu.

Wyszłam z powrotem w noc. Stałam na peronie pierwszym bez cienia wątpliwości. I równie niewątpliwie ani po jednej, ani po drugiej stronie nie było nawet cienia pociągu, ani jednego wagonu, nawet jednego koła! Spocona i nie ukrywam, że lekko zaniepokojona podrzuciłam na ramionach plecak i pomaszerowałam znów na dworzec. Czy ja mam jechać niewidzialnym pociągiem, który „stoi przy peronie pierwszym” mimo że z całą pewnością wcale go tam nie ma?!

– Pociąg stoi przy peronie pierwszym! – oznajmił konduktor.

Oto zagadka. Jestem sama w Afryce, mam bilet na pociąg, wszyscy mówią, że „pociąg stoi przy peronie pierwszym”, ja też stoję na peronie pierwszym i oprócz milczącej ciemności nie ma na nim nic oprócz mnie i mojego plecaka. Coś w trawach  cmoka, szeleści i poświstuje, wiatr szepce w liściach drzew. Przyszłam na dworzec z dużym zapasem czasu, mam jeszcze godzinę na znalezienie niewidzialnego pociągu, dziwne tylko jest to, że… Nagle poczułam dotknięcie.

Ktoś zobaczył chyba, że chodzę powrotem na peron i bezradnie rozglądam się w poszukiwaniu zagubionego pociągu.

– Bulawayo? Tam – wskazał ramieniem w noc.

Daleko, daleko na horyzoncie błyskało blade światełko. Mogło być latarką lub sygnalizatorem, mogło być oczami hieny albo lwa, mogło też być… Tylną lampą mojego pociągu! Tak daleko, że wydawało się zagubione na sawannie. Oto mój uciekający pociąg, który najwyraźniej z ważnych powodów nie chciał zatrzymać się przy dworcu i czekał cierpliwie na swoich pasażerów w dzikości pól.

Znalazłam mój przedział C1126 z metalową umywalką marki Birmingham, z której od wieków nie wypłynęła ani jedna kropla wody. Usiadłam na koi, przeszczęśliwa, że spełniam moje marzenie i wyruszam właśnie nocnym pociągiem z Bulawayo do Victoria Falls. Przez jakiś czas czytałam książkę o historii ludzkości w Afryce, aż w końcu, utulona spokojnym turkotaniem kół, zasnęłam.

Obudziła mnie cisza. Pociąg stał w milczeniu otoczony wielką afrykańską nocą. Do celu mieliśmy dojechać o dziewiątej rano, czyli w świetle dnia. Przysunęłam twarz do okna i nagle zobaczyłam coś tak niezwykłego, że wciąż mam tę scenę przed oczami.

W ciemności nieruchomo stała kobieta otulona w długie szaty. Za nią w pewnej odległości kołysały się białe krowy, a po lewej stronie błyskały małe płomyki ogniska, przy którym siedziało kilku mężczyzn. Spojrzałam do góry i nagle cały mój świat się zatrzymał.

Czasem nieoczekiwanie zdarzają się takie chwile, o których wiesz, że zapamiętasz je do końca życia. Momenty, w których niespodziewanie świat odkrywa przed tobą ziarno prawdy, daje ci dostęp do nieskończoności i porywa do niej twoją duszę.

Niektórzy ludzie poszukują mistycznych doświadczeń w psychodelicznych roślinach albo fizycznych rytuałach zmieniających działanie organizmu. Ale codziennie żyjemy mistycznym życiem w mistycznej rzeczywistości, tyle że straciliśmy zdolność do postrzegania jej niezwykłości, bo przyzwyczailiśmy się do cudów i uważamy je za „normalność”. Ale gdyby zabrać człowiekowi cudy oddychania, trawienia, połączeń między komórkami, tkankami i kośćmi, przesyłania impulsów nerwowych, zdolność widzenia, słyszenia i czucia, zdolność myślenia i podejmowania decyzji, zostałaby tylko kupka skóry, mięśni i krwi.

Życie samo w sobie jest mistyczne. I czasem, w momentach nadzwyczajnego rozświetlenia, pokazuje nam dalsze plany, niewidzialne wcześniej płaszczyzny i wymiary, dopuszczając na chwilę do Wielkiej Tajemnicy. To był właśnie taki moment.

Nad czarną afrykańską sawanną zobaczyłam ogromną, szeroką wstęgę Drogi Mlecznej, która jak połyskująca rzeka płynęła przez niebo.

– Oto wieczność – pomyślałam. – Szukałaś Afryki, oto Afryka.

W antykwariacie w Harare kupiłam książkę o historii ludzkości. Chciałam zrozumieć kim jesteśmy, skąd pochodzimy, jak, gdzie i kiedy zaczęliśmy się zmieniać.

            Dziesięć tysięcy lat temu skończyła się ostatnia epoka lodowcowa. Kanada, część Stanów Zjednoczonych, Skandynawia, część Anglii, Niemiec, Polski i Rosji były całkowicie pokryte lodem. W Ameryce Południowej i Afryce w cieniu gór też leżał lód, a temperatura była o kilka stopni niższa niż dzisiaj. Niedługo później dzięki długim deszczom pustynia Sahara zamieniła się w zieloną krainę pełną jezior, drzew i krzewów, wśród których rosły dzikie zboża, takie jak brachiaria, sorgo i urochloa. Nowy i syty dom znaleźli tu ludzie, którzy przybywali z zatłoczonej doliny Nilu. W Oazie Fajum znaleziono pozostałości pszenicy płaskurki I jęczmienia pochodzące z ok. 4500 r p.n.e. Wtedy mniej więcej ludzie zaczęli zajmować się rolnictwem i zamiast nieustannie wędrować w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia, zaczęli prowadzić bardziej osiadły tryb życia i uprawiać ziemię.

            Ale jeszcze wcześniej, mniej więcej dwa miliony lat temu, nasi przodkowie zaczęli wytwarzać pierwsze narzędzia. Prawdopodobnie w tym samym czasie ludzie nauczyli się korzystać z ognia, dzięki czemu mogli ogrzać się w nocy, ugotować jedzenie i odstraszyć dzikie zwierzęta. Przez most kontynentalny w południowym Lewancie (na terenie dzisiejszej Palestyny, Izraela i Jordanii) wędrowali dalej na wschód i północ, zasiedlając stopniowo pozostałe kontynenty. W północnej dolinie Jordanu na linii brzegowej starożytnego jeziora Hula naukowcy znaleźli pozostałości ich jedzenia: nie tylko ryb i żab, ale także niedźwiedzi, słoni, hipopotama, nosorożca i antylop pochodzące z ok. 780 000 lat temu.  

            Ta smukła, milcząca kobieta stojąca bez ruchu w ciemności nocy na sawannie pod lśniącą wstęgą Drogi Mlecznej wyglądała jak żywy obraz sprzed dwóch milionów lat. I może naprawdę nim była.

Fragment z książki „Na tropach źródła Nilu”

Udostępnij na Facebooku!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *