Przeszliśmy między rozpadającymi się kamiennymi domkami i wzdłuż starych szyn prosto do półokrągłego wejścia wyglądającego jak wjazd do tunelu. Był normalny dzień pracy. Młodzi, ubrudzeni pyłem górnicy w kaskach i rękawicach stali przy torach spoglądając w ciemność kopalni, jakby na coś czekali. Po chwili z daleka usłyszeliśmy narastające dudnienie, wszyscy odskoczyli na boki porywając nas ze sobą i w następnym momencie z tunelu wyłonił się ciężki, ogromny wagonik pełen gruzu. Dwóch mężczyzn z trudem popchnęło go dalej.

            – Koka? – zapytał Juan.

            – O tak!! – odrzekłam i nabrałam pełną garść.

            Byliśmy ponad miastem, na wysokości około 4500 metrów i zamierzaliśmy właśnie wejść do wnętrza srebrnej góry uważanej za najbardziej niebezpieczną kopalnię na świecie. Bez koki to by się nie udało.

            Bardzo szybko zapadła całkowita ciemność. Przyświecaliśmy sobie tylko latarkami zamontowanymi na kaskach. Nawet w tym słabym świetle widać było kłęby unoszącego się drobnego pyłu. Chustki na twarz!!!

            I teraz wyobraź sobie. Rozrzedzone górskie powietrze, w którym jest bardzo mało tlenu, a do tego czarne podziemia kopalni, gdzie dociera mało świeżego powietrza i dodatkowo kłębi się pył. Starałam się oddychać jak najwolniej, usiłując powstrzymać dziki wrzask instynktu samozachowawczego alarmującego, że za chwilę zginę z uduszenia, więc powinnam natychmiast stamtąd uciekać.

            Czarny chodnik, czarne ściany, ciemność przed nami i dookoła. Prawie nie ma czym oddychać. Korytarz był tak niski, że wszyscy musieli iść skuleni. Po kilku minutach z przewodnikiem zostały nas tylko trzy osoby. Osiemnastoletni chłopak z niezaspokojoną potrzebą adrenaliny, jego przerażona mama, która za nic w świecie nie chciała puścić go samego, oraz ja, prowadzona ciekawością. Chciałam zobaczyć na własne oczy co to znaczy być górnikiem w kopalni srebra w Potosí. Mieliśmy dotrzeć aż na samo dno i spotkać górników przy pracy.

            Nie było żadnych zabezpieczeń, wentylacji, krótkofalówek, stacji bezpieczeństwa ani elektryczności. Poczułam się jak w czasach inkaskich, kiedy ludzie odważali się wkroczyć w ciemność podziemi i zaufać bogom. Teraz byliśmy dosłownie w objęciach Pachamamy, Matki Ziemi i od niej zależało co się z nami stanie.

            Zatrzymaliśmy się w małej jaskini, gdzie Juan zaczął wyjaśniać proces powstawania rud srebra i sposoby ich wydobycia. Tłumaczyłam jego słowa, ale w końcu zamilkłam. Nie byłam w stanie mówić dalej.

            – Co on powiedział? – dopytywał się chłopak.

            Pokręciłam tylko głową i chwyciłam się za szyję

            – Nie mogę mówić – szepnęłam. – Za mało powietrza.

Czułam się tak, jakbym miała się za chwilę udusić. Z całych sił starałam się zachować spokój. Umysł w takich sytuacjach zaczyna wariować i zmierza prosto w stronę ataku paniki, a w tych okolicznościach byłoby to najgorsze rozwiązanie. Nie tylko dlatego, że beznadziejne, bo nie byłoby skąd uzyskać pomoc, ale też zwiększające zapotrzebowanie na tlen, którego było tak mało, że ledwie zapewniało przetrwanie.

Nie zapytałam wcześniej ile czasu będzie trwała ta wyprawa w głąb kopalni. Teraz nagle uświadomiłam sobie, że minęło około pół godziny, a my wciąż idziemy dalej, głębiej i niżej!!! Dookoła widać było tylko słabe światełka latarek i wszystko pochłaniającą ciemność. Tym wyraźniej rozległo się nagle złowróżbne gruchotanie.

– Wagoniki! – powiedział Juan. – Szybko, pod ściany!

Dudnienie narastało z każdą sekundą. Rozpłaszczyliśmy się na zimnych, twardych, wilgotnych głazach i wpatrywaliśmy szeroko otwartymi oczami w mrok, z którego niespodziewanie wyłoniły się rozpędzone wagony pełne kamiennych okruchów. Minęły nas w pełnym pędzie i znów nastała cisza. Trudno było powstrzymać się przed wyobrażeniem sobie co by się stało gdybyśmy nie zeskoczyli w porę z ich drogi.

– Idziemy? – zapytał Juan i jego oczy znów niespokojnie zabłysły.

Była w nich samotność taka sama, jaką widziałam u innych górników. Pragnienie życia połączone z ciężarem codzienności i nieznośnie trudnym przekonaniem, że tak już będzie zawsze. Nie mieli innego wyjścia. Albo krótkie życie w niebezpiecznej kopalni, albo długie życie w niedostatku i głodzie.

Fragment książki „Ayahuasca. Liana życia”, w której piszę m.in. o wędrówce na dno kopalni Potosi w Boliwii.

Udostępnij na Facebooku!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *