Nikt mnie nigdy nie bił, nikt nigdy mnie nie zwymyślał, moja mama do dziś dba o to abym miała co zjeść, aby nie brakowało mi pieniędzy.  Nadmienię, że jestem samodzielną (finansowo), pracującą kobietą. Nigdy nie chodziłam głodna, zawsze miałam się w co ubrać. Jeździliśmy na wakacje – prawie, jak normalna rodzina. Prawie…  Cieszę się, że ma mi kto pomóc, ale jest to pomoc materialna, a ja DZIŚ potrzebuję pomocy emocjonalnej.

 

Ojciec pije od mojego wczesnego dzieciństwa. Pamiętam, kiedy miałam 3-4 lata pod wpływem alkoholowego amoku przewrócił regał, szkła były wszędzie, zbierając je pokaleczyłam ręce. Następnego dnia mama powiedziałam, że był przeciąg. Takich sytuacji było mnóstwo. Cofając się wstecz jestem przekonana, że ojciec bił mamę przed ciąża, w trakcie i długo po . Oczywiście nikt mi tego teraz nie powie i szczerze? Nie jest mi to już do niczego potrzebne, bo napatrzyłam się na przemoc w rodzinie aż nadto. Z przemocy w domu jechałam do przemocy u dziadków, a od nich często do przemocy u chrzestnego. Taki wakacyjny pijacki maraton… Dziś niedowierzam, że nie było nikogo kto by to zatrzymał. I jestem zła, do tego stopnia, że na dzień dzisiejszy nie uważam alkoholizmu, jako choroby, ale jako wybór człowieka. Podświadomie wiem, że jednak tak nie jest, ale gorycz, póki co bierze górę.

 

Dwa miesiące temu napisałam do rodziców list – to było po jednej z wizyt w domu rodzinnym, kiedy moja mama po raz enty zachowała się, jak osoba z objawami schizofrenii: jednego dnia płacząca na ojca, kolejnego usprawiedliwiająca go i nie pamiętająca dnia poprzedniego. Pamiętam, że stanęłam przed nią, patrząc, jak na zjawisko paranormalne i zapytałam, czy ona w ogólne pamięta, jak dzień wcześniej płakała mi do słuchawki? Jej wyraz twarzy był równie zdziwiony jak mój. Opadły mi ręce, ale nie złość. Przelałam na papier to co mnie dręczyło przez lata. Lały się słowa, lały się łzy, napisane słowa nabierają mocy, kiedy piszemy o sobie. Poczułam się tak bezbronna, krucha i bezsilna, że kończąc pisanie nie zaznałam ulgi na którą liczyłam.

Teraz pisząc to nie wierzę, że tak wyglądało moje dzieciństwo, że wokół było tylu dorosłych i nikt, zupełnie nikt nie reagował, takie Ferdydurke w realu – brudy zostawiamy domu… Żałosne, przytłaczające i niszczące. Nie zamierzam już niczego im ułatwiać, boję się, czy wystarczy mi na to siły, ale nie oddam już żadnego dnia na zamiatanie problemów pod dywan. Chcę uratować siebie, chcę być szczęśliwa i mam nadzieję, że uda mi się kiedyś stworzyć szczęśliwy związek, może nawet zbudować rodzinę.

 

Nienawidzę mojego ojca i nie chcę tych uczuć, bo one mnie niszczą i paraliżują i naprawdę uważam, że wybaczenie to cudowna cecha, ale w tej konkretnej sytuacji strach jest tak potężny, że nie mam pomysłu, jak to przekuć w coś dobrego.

 

Dziś uzmysłowiłam sobie, że wciąż jestem tą małą dziewczynką, która boi się reakcji swojego ojca, jego wybuchowości, nieprzewidywalności, która wciąż prosi o uwagę, bo ma coś ważnego do powiedzenia, chce się podzielić uczuciami. W dużej mierze większość moich lęków produkuję ja sama, bo kiedy działy się awantury w moim domu, ja byłam zamknięta w swoim pokoju, więc moja głowa miała całą arenę do wymyślania i produkowania rzeczy, których nie widzi… Zrobiłam sobie tym ogromną krzywdę, nie miałam pojęcia, ale tak się stało. I to nadal trwa. Proszę Boga o sposobność konfrontacji z ojcem, niech da mi taką okazję, a ja zrobię resztę. Ale – właśnie o tę resztę chodzi. Ja , jeżeli tylko opanowałabym strach, mogłabym mu wykrzyczeć nienawiść, to że zniszczył mi swoim nałogiem dzieciństwo, że odebrał mi matkę, która kręciła się zawsze po jego orbicie, że nie pozwolił mi dojrzeć, jako kobieta, bo widziałam nienawiść do żony, do córki. Emocjonalnie w dużej mierze musiałam wychować się sama i to jest strasznie przykre. Abstrahując od tego, że mogłabym to powiedzieć, to: obawiam się, że zaatakowałby mnie  broniąc się przez zarzutami i nie dałby mi wyrazić się do końca – zawsze tak robił, a dwa – Pani Beato, ja nie do końca widzę sens w wykrzyczeniu nienawiści, kiedy chce się wybaczyć. Ja wiem, że nienawiść rujnuje. Ech, a może nienawiść to etap, cel do?

 

Nie jestem w stanie udźwignąć tej sytuacji. Obawiam się, że jeśli nie powiem ojcu co czuję, to nie dam sobie szansy na życie bez lęku, na uwolnienie od strachu przed pozwoleniem sobie na dobrą, uczciwą pracę i zdrowy, szczęśliwy związek.

 

Nie chcę wracać na terapię, bo teraz nie czuję takiej potrzeby, daję sobie wsparcie każdego dnia, teraz jest czas w którym potrzebuję najbardziej siebie, ale boję się, że jeżeli będę zwlekać z wypowiedzeniem tego co czuję, to będę miała negatywne konsekwencje niepodjętych decyzji…

 

Zwyczajnie nie radzę sobie z lękiem o przyszłość.

 

I choć w moim domu wiszą Pani złote myśli, które uwielbiam i którym ufam, to i tak spinam się, oczekuję od siebie i innych, że już coś konkretnego powinno się wydarzyć. To mnie strasznie blokuje i odbiera siły, a na co dzień tryskam energią i zarażam nią innych.

 

Pozdrawiam Panią serdecznie.

Udostępnij na Facebooku!

Jeden komentarz

  1. Paulo, to prawda, nie musisz być ofiarą, możesz być sobą więc bądź Paulą. Beata jest Beatą, ja jestem jakersem, ty bądź Paulą. Jesteś dla siebie najważniejsza a ONI są takimi jakimi są. Ja wiem, tak jak Beata, że można być po prostu sobą, zatroszczyć się o siebie, mieć radość życia w sobie, kochać życie w sobie, być wdzięcznym sobie i życiu w siebie, żyć w zgodzie z sobą, być w prawdzie w sobie i wtedy mieć szacunek dla siebie i wszelkiego jestestwa, być szczęśliwym, realizować marzenia. Tego ci życzę na Nowy Rok. Niech się stale spełnia, stale i ciągle. Kochaj i bądź Kochana. W samej głębi Twego życia jest nieskończone źródło miłości, wiedz o tym. Im więcej jej wydobędziesz na zewnątrz i rozprzestrzenisz we wszystkich kierunkach, tym więcej wróci do Ciebie. Nienawiść??? Co to takiego??? Nie istnieje!
    Jest Miłość 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *