19a4
Komnata Sztuk Wszelkich 54
Seweryn Topczewski - "Wyprawa"
Wczoraj rano o 6.00 zapakowaliśmy się z kolegą w pociąg I wyruszyliśmy na Dolny ląsk. Telepało nami 2.5 godziny, po których zaliczyliśmy przesiadkę we Wrocławiu, I bujaliśmy się kolejne 50 minut. Trzeba było dotrzeć do firmy, która miała coś co budziło nasze zainteresowanie
.
Wysiedliśmy na stacji typu tory w trawie. Jak wszyscy, którzy wylegli z pociągu ruszyliśmy w stronę metalowych schodów spiętych ze sobą stalowym mostem sięgającym na wszystkie dwa perony, I opadającym swobodnie po obu stronach stacji. Za bardzo nie wiedzieliśmy, w która stronę mamy się udać. Najprościej było kogoś zapytać o drogę.
- Tam, prosto odparł zagadnięty przeze mnie mężczyzna niech panowie idą razem za nami, bo my właśnie w tamtą stronę.
Ucieszyliśmy się, ze nie będziemy musieli nigdzie błądzić I za parę minut będziemy na miejscy. Ruszyliśmy śmiało za dwoma mężczyznami. Idąc po moście uwagę naszą przykuł miarowo powtarzający się dwięk: pi, pi, pi, pi
Obaj równocześnie podnieśliśmy głowy do góry, a po chwili spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo. Pod miarowymi krokami ludzi idących po moście w lampie oświetleniowej mostu bujała się nie dokręcona żarówka oczekująca odpowiedniego momentu, żeby komuś wpaść prosto na głowę w chwili, gdy zacznie schodzić po schodach.
Zaraz po zejściu ze schodów kończących się po drugiej stronie ulicy podmiejski gwar pozostał za nami ustępując miejsca zieleni rozświetlonego słońcem lasu.
Tędy będzie bliżej poinformował nas drugi z prowadzących nasz mężczyzn ulicą by panowie szli dwa razy dłużej.
Skinęliśmy głowami podążaliśmy za nimi nadal. cieżka zrobiła się wąska I piaszczysta. Pośród gałęzi przedzierały się świetliste promienie słońca. Błogość przyrody wdzierała się w nasze zmysły świergotem pochowanych w wysokiej części lasu ptaków, które przyzwyczajone do wędrujących w dole ludzi nie zwracając na nich uwagi koncertowały pełną siłą swoich gardeł. Coś cudownego, pomyślałem, po tym telepaniu pociągiem
..
Skręcaliśmy chyba z pięć czy sześć razy cały czas trzymając się leśnej ścieżki. Po drodze minęliśmy jakieś ruiny, utkwione niczym budowle Azteków w mroku dżungli, a kawałek dalej okopcone mury przepalonej stodoły, które raczej nie dawały nam żadnego skojarzenia. Ten inny świat zahipnotyzował nas duchem odkrywców podążających za przewodnikiem czyli tubylcem. Co jakiś czas przekładaliśmy tylko torby w z jednego ramienia na drugie, dziarsko maszerując przed siebie
I nagle słodka dżungla urwała się niczym skarpa, a w jej miejscu wyrosła betonowa wioska białych ludzi. Nasi przewodnicy spojrzeli na nas uśmiechając się pod nosem.
My do tych bloków, a panowie niech idą lekko w prawo, I to już będzie tam
- po czym poszli w lewo I wniknęli do najbliższych drzwi jednej z betonowych chat typowych dla typowego osiedla. My zostaliśmy sami. Dzieci wesoło krzyczały bawiąc się na placu pobliskiego przedszkola. Uczucie błogości zostało gdzieś za nami. Ponownie pojawił się niepokój I niepewność. Kształt wioski nie wskazywał na to, żeby mógł się w niej znajdować interesujący nas obiekt przemysłowy.
- Przepraszam panią zagadnąłem przechodzącą nieopodal kobietę którędy do zakładu ROKITA?
Kobieta spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Tak ogromnego zdziwienia nie widziałem jeszcze w niczyich oczach.
- To panowie muszą się wrócić I przejść na drugą stronę mostu. I dodała - Ktoś panów le skierował.
- Wręcz nas tu przyprowadził odparłem
- Niech mi panowie wierzą, pracuję tam to wiem gdzie to jest. przekonywała nas To na pewno jest tam!!
Wszystkie możliwe części ciała opadły nam bezradnie na asfalt wydając jęk zdruzgotania. Po 25 minutach szybkiego marszu byliśmy dalej od celu podróżny niż w chwili opuszczenia telepiącego się pociągu
odwróciliśmy się na pięcie I ruszyliśmy z powrotem tą samą ścieżką przez dżunglę. Po paru krokach w gęstwinie stwierdziliśmy, że nie mamy pewności co do tego czy to aby na pewno ta sama ścieżka ale jak się okazało to była ta. Most ponownie przywitał nas piskiem żarówki oraz miarowym zgrzytem bujających się lamp rozdygotanych tętnem naszych stóp. Dziesięć minut od drugiej strony mostu byliśmy u celu podróży. Do głowy przyszło mi tylko jedno od lat cytowane stwierdzenie: W tak pięknych okolicznościach przyrody I niepowtarzalnych
.