onet.pl PATRONAT
Dzieła w komnacie
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Komnata sztuk wszelkich

Powrót
Komnata Sztuk Wszelkich 34 : Aleksandra Chrząstek - fragment książki

41c6 Komnata Sztuk Wszelkich 34

Aleksandra Chrząstek - fragment książki

- Dziecko kochane, bój się Boga!
- Nie mogę, babciu, nie wierzę...
- A cóż ty gadasz! Przecież wszystko jest zależne od Boga, dzięki Niemu pojawiłaś się na świecie, wszystko dzieje się dzięki Niemu!
- W takim razie  twój Bóg mnie nie kocha, spójrz na moje życie.
- BluŸnisz dziecko, strasznie bluŸnisz...
- Być może, posłuchaj mnie jednak.

FRAGMENT I

Więc, jak wiesz urodziłam się dwadzieścia trzy lata temu, tutaj, w tym domu. Twoja córka, a moja matka zmarła przy porodzie. Wychowywałaś mnie ty, babciu, razem z ojcem, który i tak większość czasu spędzał w pracy. A gdy ożenił się po raz drugi to już w ogóle nie miał dla mnie czasu. Wkrótce jemu i mojej macosze urodziła się córka- Ania. Mimo, że nienawidziłam jej matki, to stała się dla mnie kimś bardzo ważnym...  
 
  Dzięki Tobie wychowana zostałam w wierze chrześcijańskiej, czasami aż nazbyt chrześcijańskiej. Nie rób takiej miny babciu, przecież to właśnie ty prowadzałaś mnie co wieczór do Kościoła, to ty pilnowałaś, abym co rano i co wieczór mówiła paciorki, to ty zapisałaś mnie do kółka różańcowego i do chóru. Ja wiem, że ty chciałaś dobrze, ale chyba właśnie przez to moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Jak tylko wyrwałam się spod twoich opiekuńczych skrzydeł zapomniałam o wszystkich naukach. Zapomniałam o wierze, o przykazaniach, zapomniałam o wszystkim...

  Lecz zacznę od początku. Już pod koniec szkoły podstawowej zaczęłam zauważać inny, wtedy zdawało mi się, że piękniejszy świat. Poznałam Mateusza. Był dla mnie kimś cudownym niepowtarzalnym, ideałem, którego nigdy nie miałam dosięgnąć. Miałam wtedy dwanaście lat. On miał lat szesnaście- po raz drugi powtarzał ósmą klasę. Jak on mi wówczas imponował palił papierosy, bluŸnił, bił się z kim popadło. Gotowa byłam zrobić wszystko dla choć jednego jego spojrzenia, dla choć jednego słowa... Życzliwe przyjaciółki jakimś sposobem doniosły mu o mej miłości i chłopak zaczął się mną bawić. Od czasu do czasu rzucał mi ukradkowe spojrzenia, potrącał mnie, niby niechcący na korytarzu, póŸniej zamienił kilka słów i stało się- zakochałam się w nim bez pamięci. On również okazywał mi uczucie. Zaproponował mi chodzenie. Oczywiście zgodziłam się. Był taki szarmancki, miły, czuły. Dawał mi mnóstwo upominków- od takich drobnych jak stokrotka zerwana na łące
po tak kosztowne jak bransoletki i łańcuszki. Kochana, mówił, kochana, nigdy się nie rozminiemy, zawsze zostaniemy razem. Cieszyłam się jak małe dziecko, zaślepiona moją miłością. Cóż z tego, że przyjazne dusze ostrzegały mnie, mówiły- uważaj na niego, on cię oszukuje, on oszukuje innych ludzi, prezenty kupuje za to, co ukradnie. Nie wierzyłam, nie chciałam wierzyć, nie potrafiłam uświadomić sobie tego, że mój Mateusz jest po prostu przestępcą. Ale w końcu przyszedł kres tej ślepoty. Gdy mój ukochany okradł i pobił moją młodszą siostrę, córkę mojego ojca z drugiego małżeństwa, która wówczas chodziła do drugiej klasy. Stało się to, gdy wracała ze szkoły. Zaproponował jej, że ją odwiezie do domu. Choć była z koleżankami, poznawszy w Mateuszu mojego znajomego, nie zawahała się ani chwili i podążyła razem z nim. Skończyło się na kilku siniakach i wstrząsie psychicznym. Wolę nie myśleć, cóż więcej mogłoby się stać... Ale przeprosił, kupił jej róże. Wybaczyłam mu bez chwili zastanowienia, Ania- nigdy. Dopiero parę miesięcy po tym zdarzeniu, gdy razem spacerowaliśmy w Łazienkach, radykalnie zmieniłam zdanie na jego temat. Miałam wówczas trzynaście lat i jak każde dziecko natychmiast skierowałam swe kroki ku miejscu, gdzie można było karmić karpie.  Oczywiście zapomniałam wziąć ze sobą bułki, ale on pamiętał... PóŸniej zaprosił mnie na lody. I wówczas wszystko zaczęło się. Weszliśmy do Hortex’u.
  Na sali nie było wolnych miejsc, a że Mateusz wiedział, że ja uwielbiam siedzieć na balkonie, zdecydował się znaleŸć tam miejsca. Przy stoliku siedziały dwie starsze panie. Mój kochany bezwzględnie je wyrzucił, grożąc im, że je zamorduje. Kobiety oburzone wezwały kelnera, a ten zadzwonił po policję. Wówczas Mateusz po prostu uciekł zostawiając mnie zupełnie samą wobec rozwścieczonych kobiet. Wtedy coś we mnie pękło, otworzyły mi się oczy. Już wiedziałam, byłam pewna, że to koniec. Jak mogłam być z kimś takim? Jak mogłam być tak ślepa? Zmieszana, jak tylko potrafiłam, przeprosiłam panie, które tam siedziały i uciekłam. Myśląc o tym, co wówczas zrobiłam śmieję się sama z siebie... Następnego dnia Mateusz przyszedł, przeprosił, znów był moim, jedynym, najwspanialszym. Ale nie na długo. Wkrótce zaczął oczekiwać ode mnie dużo więcej, niż mogłam mu dać. Ja byłam jeszcze dzieckiem, on prawie mężczyzną. Zapaliło się we mnie światełko ostrzegawcze, które z dnia na dzień, wraz z jego coraz gorliwszymi namowami, było coraz mocniejsze. Aż w końcu on posunął się za daleko... To znaczy, prawie się posunął, bo uciekłam. Babciu, czy zdajesz sobie sprawę z tego, co ja wtedy przeżyłam? Ile strachu, a póŸniej smutku? A co najdziwniejsze na końcu było mi żal, że się z nim rozstałam, że to już był koniec. Jednak nie mogło być inaczej. To był jeden z wielu momentów w moim życiu, w których wychowanie, które od Ciebie otrzymałam uchroniło mnie przed zrobieniem kolejnego głupstwa. Nie, nie kolejnego, to mógł być pierwszy poważny błąd, którego, wówczas dzięki Tobie i dzięki Bogu, nie popełniłam. Szkoda tylko, że tej wiary nie wystarczyło mi na całe życie, że jej zapas miał się skończyć już po kilkunastu latach.
  Więc znasz już początek, preludium do dramatu, bo mam prawo tak nazwać moje życie. Czy chcesz słuchać dalej? Zaniemówiłaś, babciu? To opowiem Ci więcej...

FRAGMENT 2

Po Mateuszu bardzo długo nie potrafiłam się otrząsnąć. Żyłam jakby w letargu. Nie wiedziałam, co robię, jak robię, czy robię to, co robić powinnam. Ta nieznośna żałość wypełniała mnie całą. Każda cząstka mojego jestestwa chciała jednocześnie krzyczeć z bólu i zamilknąć na zawsze.
  Ale to jeszcze nie był mój czas. Ponad moim życiem uczuciowym była Misja. Misja, którą wyznaczyłam sobie bardzo wcześnie. Nigdy Ci o tym nie mówiłam- zawsze uważałaś, że miejsce kobiety jest w domu, przy mężu i dzieciach. Ale ja chciałam czegoś więcej. Chciałam być
kimś. Ale nie kimś w znaczeniu bogacza czy osoby wpływowej. Chciałam być kimś, kto jest rozpoznawany na ulicach, kto czyni Dobro. Dobro było, przynajmniej w tamtym okresie mojego życia, wartością dla mnie najwyższą, można powiedzieć świętą. Jak miałam te czternaście lat, to myślałam, że świat zbawić jest łatwo. Nie potrafiłam wówczas zastanowić się nad tym, że gdyby możliwe było naprawienie świata, to ktoś uczyniłby to dużo, dużo wcześniej... Miałam tysiące pomysłów, tysiące sposobów na jego poprawę. Tylko nigdy nie zastanowiłam się nad tym, że mimo najlepszych chęci, do realizacji każdego przedsięwzięcie poza zapałem potrzebne są fundusze i choćby odrobina zdrowego rozsądku. Nie miałam ani jednego, ani drugiego. Ale miałam młodość! Żywą, nieokiełznaną, nie schwytaną jeszcze w sidła pieniądza, nie zobowiązującą do niczego młodość! I korzystałam z niej z wszystkich, jakże wielkich sił mojego czternastoletniego ciała i umysłu. Tak, chciałam zbawić świat. Pragnęłam pomagać chorym i biednym, pracować jako pielęgniarka w Republice Południowej Afryki, miałam także okres, w którym marzyłam o byciu sędziną i siedzeniu w todze za taką długą ławą, i wydawaniu sprawiedliwych i pięknie sformułowanych wyroków... Ach, ta młodość.
Jakże to było cudownie być taką naiwną... Jakże wspaniale było nie musieć martwić się o jutro ani o wczoraj, nie zaprzęgać się codziennie w kierat,
jakim jest praca. Zresztą, o czym ja mówię, przecież ja nigdy w życiu nie byłam zmuszona do ciężkiej pracy. Co to było- te kilka tygodni w polu, w młodości, za grosze... Ale z drugiej strony te „grosze” były wówczas dla mnie tysiąckroć ważniejsze od wszystkich innych pieniędzy- tych, które dostawałam od Ciebie czy od ojca, albo też póŸniej tych nielegalnych. Tak babciu, nielegalnych. Dzisiaj wieczorem jeszcze dużo się o swojej wnuczce dowiesz. Czemu tak na mnie patrzysz? Nie patrz tak! Albo patrz, wszystko mi jedno. Wkrótce przecież i tak mnie nie będzie... Chcesz papierosa? Nie, mówisz, nie palisz. Mówisz żebym się tym nie truła. Kochana, to w porównaniu z tym, o czym mam zamiar Ci dziś w nocy opowiedzieć to błahostka, dziecinna zabawka... Zresztą posłuchaj...

FRAGMENT 3

PóŸniej w moim życiu nastał etap licealny. Co prawda nie był to Batory, jednak do najgorszego liceum nie chodziłam. Często się słyszy takie stwierdzenie, że liceum to najwspanialszy okres młodości... Dlaczego
w moim przypadku tak nie było? Owszem, miałam wiele koleżanek, wiele z tych koleżanek nazywało siebie moimi przyjaciółkami. A ja zawsze wśród nich byłam taka straszliwie samotna. Po tym, co przeszłam
z Mateuszem nie potrafiłam nikomu zaufać. Może zaufać to nie jest dobre słowo. Nie potrafiłam nikomu zawierzyć do tego stopnia, żebym mogła komukolwiek powiedzieć wszystko, żebym mogła z kimś porozmawiać
o wszystkim. Od takich błahostek jak- no nie wiem- kosmetyki, aż po tematy dotyczące mojej przeszłości. Potrzebowałam bowiem Prawdziwego Człowieka, Człowieka nie tylko z krwi i kości, ale też z serca i rozumu. Potrzebowałam kogoś. Szukałam. Oczywiście, że szukałam. Ale co mi z tego przyszło... Mój entuzjazm z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok stawał się coraz słabszy. Płomień, który na początku życia płonie w każdym człowieku mocno i jasno, powoli zaczął wygasać. W ogólniaku właśnie zaczęła się moja droga w dół. W dół, który nie pozwala się zatrzymać. Ani zawrócić. W dół, którego dnem jest pustka.
Wówczas również starałam się zrobić wszystko, żeby ludzie z mojego otoczenia akceptowali mnie, uważali za „swoją”. Pragnęłam również być podziwianą, uważaną za nowoczesną. Chociaż w głębi duszy wciąż byłam niewielką, obawiającą się Życia dziewczynką... Każdy dzień traktowałam jak kolejną rundę w jakiejś walce, każde nowe miejsce, w którym przebywałam, jak nową arenę, nowy ring. Nie wiem co spowodowało to moje irracjonalne pragnienie akceptacji- przecież teraz wiem, że człowiek znaczy więcej, gdy jest tym, kim chce być, a nie tym, kim widzą go inni... Ale mniejsza o to...
Ale zacznę Ci, babciu, opowiadać od początku. Pierwsza klasa. Profil humanistyczny. Chciałam wówczas być sędziną. Sprawiedliwość- pamiętasz? Więc chodziłam grzecznie do tej szkoły, pilnie uczyłam się historii, pisałam przepiękne wzruszające prace z polskiego. Pamiętasz, babciu? Byłaś
ich pierwszą recenzentką i cenzorem. A pamiętasz, jak mi kiedyś kazałaś pisać jedną pracę całkiem od nowa? Nie? Miałam kiedyś zadany taki temat: „Co chciałabyś zmienić w swojej szkole?”. Wtedy jeszcze, będąc pod wpływem twoich nauk byłam bardzo wierząca i bardzo żywo i ogniście reagowałam na wszystko, co z tą wiarą było sprzecznego. I właśnie mojej klasie trafiła się taka jedna profesorka od matematyki. Miała męża, dziecko, ale nieopatrznie Amor połączył ją z młodszym od niej o kilkanaście lat człowiekiem, byłym uczniem. Zostawiła dom, rodzinę, dla niego. Byłam tym tak zbulwersowana, że napisałam olbrzymi artykuł na temat deprawacji młodzieży przez nieetyczne zachowanie nauczycieli... I  właśnie to dzieło nie przeszło u ciebie. Powiedziałaś wtedy, że tak nie można, że to nie wypada, że się mogę komuś narazić. Ja jako grzeczna wnuczka nie miałam odwagi ci się sprzeciwić. Choć moje wnętrze, mój umysł,
mój tworzący się wówczas światopogląd buntował się przed tym- napisałam jeszcze raz, ale nie wiem o czym. A ty? Coś o wystroju klas i estetyce szkoły. Jakieś nic nie znaczące bzdury.. Naprawdę tego nie pamiętasz czy nie chcesz pamiętać? Mniejsza z tym. Cóż jeszcze... W pierwszej klasie bardzo wyróżniałam się spośród rówieśniczek. Mówię teraz o wyróżnianiu
się zewnętrznym- byłam dużo wyższa, lepiej rozwinięta fizycznie... Wieloma sposobami starałam się ukryć moją rodzącą się kobiecość. Na dodatek, jak już mówiłam nie byłam akceptowana. To właśnie wtedy po raz pierwszy spróbowałam alkoholu... Nie patrz takim zdziwionym wzrokiem! Tak bardzo zależało mi na wejściu w grupę- ty byś nazwała je rozrywkowymi- koleżanek, że na dyskotece zaproponowałam im, żebyśmy poszły do sklepu po coś do picia. Ja oczywiście miałam na myśli oranżadę albo coś takiego- one znając moją przeszłość... Nie, nie tą prawdziwą, tą wymyśloną. No tak, przecież ty nic nie wiesz... Bo wtedy, w pierwszej klasie stworzyłam sobie inny świat, który uczyniłam moją przeszłością. W nim byłam wulgarna, doskonale znająca życie, pyskata, niegrzeczna. Taką rzeczywistość dawałam moim koleżankom i kolegom... Taki wizerunek tworzyłam na przerwach. Na lekcjach oczywiście zachowywałam się normalnie- w powszechnym rozumieniu tego słowa, to znaczy siedziałam cicho, grzecznie robiłam notatki, zawsze znałam odpowiedzi na pytania. Jednak rzadko się zgłaszałam- przecież to by nie pasowało do postaci zbuntowanej nastolatki. A gdy ktoś zaczynał coś podejrzewać- to znaczy pytał się, czemu na lekcjach nie jestem arogancka i bezczelna- odpowiadałam, że mam za mało szacunku do tych głupich (używałam innego słowa, na p...) nauczycieli, żeby z nimi wchodzić w dyskusje i zazwyczaj mi wierzyli. Wracając do dyskoteki- dziewczyny sądziły, że chcę je namówić na wódkę albo coś takiego, ja zaś nie potrafiłam się wymówić, nie chciałam tego nawet głośno powiedzieć, że ja w rzeczywistości nigdy nie miałam żadnego alkoholu, a co dopiero wódki, w ustach... Więc jakoś uchroniłam się od samego wejścia do sklepu monopolowego, ale przecież nie mogłam odmówić napicia się... I tak to się zaczęło. Oczywiście na początku nie było to ani przyjemne, ani nawet znośne. Lecz z czasem zaczęłam się do tego smaku przyzwyczajać, z czasem nawet go polubiłam, z czasem zaczęło mi go brakować. I już przestałam się wstydzić- wejść do monopolowego i kupić coś. Coś, babciu, bo przecież nie zawsze miałam, miałyśmy, mieliśmy wystarczająco dużo pieniędzy na wódkę. Wkrótce również dowiedziałam się o tych tysiącach „met”. Pytasz się, co to są mety? To są takie miejsca, najczęściej domy prywatne, gdzie można kupić bardzo tani alkohol. Najczęściej spirytus. Nierzadko metylowy. Ale ja przynajmniej tu miałam szczęście i na metanol nigdy nie trafiłam.  To była jednak ciągle pierwsza klasa. Wtedy miałam jeszcze wysoką średnią- coś około 4,5... Ale to miało się szybko skończyć. Szybko moja wiedza z podstawówki miała przestać wystarczać.

Powrót