Komnata Sztuk Wszelkich 16 : Daniel Cz. - "Dawno temu w serca głębinach"
4984
Komnata Sztuk Wszelkich 16
Daniel Cz - fragment książki Dawno temu w serca głębinach
Rozdział drugi - Poszukiwania
Tydzień pierwszy
Spaceruję po parku, jest wspaniały, słoneczny dzień. Mimo, że słońce dosyć mocno świeci, nie odczuwa się upału. Drzewa szumią pod wpływem delikatnego wiatru a wkoło rozlega się kojący śpiew ptaków. Spokój, który jest tutaj wręcz namacalny, w dziwny sposób jednoczy się z całym tym radosnym zamieszaniem, tętniącego życiem otoczenia. Tak wiele jest tutaj sprzeczności. Cierpienie i radość, walka o byt przeplata się z codzienną beztroską a słoneczne smugi życia na chodniku z cieniem zadumy drzew. Niczego nie ma zanadto i niczego nie brakuje. Żadne uczucie nie jest tutaj dominujące, wszystko się równoważy tak jakby uzupełnianie wzajemne, stanowiło sens sam w sobie i było motorem napędzającym dla każdej z tych sił. Prawdę powiedziawszy ciężko mi jest jednoznacznie stwierdzić skąd bierze się to wyciszenie... nutka zadumy, którą otacza mnie natura.
Zaprawdę symbioza jest bardzo ważna dla prawdziwego szczęścia. Nie można popadać w żadne skrajności i zapominać o przeciwstawnych doznaniach. Taka postawa jest pierwszym, chociaż nieświadomym, objawem nieszczęśliwego życia. Nie można być tylko racjonalistą lub wyłącznie marzycielem i idealistą. Każda z tych form ma swoje plusy i minusy. Każda coś wnosi do naszego życia, buduje na swój sposób naszą osobowość. Jedna rzecz jest jak jedna z witamin, które są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Jeżeli mamy nadmiar jednego składnika a brak nam innego na pewno nie będziemy dobrze się rozwijali. Uczmy się od własnej materii, własnych ciał, niech one pokażą nam jak być w pełni zaspokojonym, stać się częścią świata.
To wszystko jest właśnie w tym wspaniałym parku, w tym dniu, w którym z uśmiechem na ustach posuwam się, krok za krokiem, w nieznane. Nigdy wcześniej tutaj nie byłem. To dziwne, że moje ścieżki nie zbiegły się nigdy z tym miejscem. Nie zastanawiam się jednak nad tym, żeby nie uronić ani kropli z tego, co mnie otacza.
Przepełnia mnie radosne i rześkie uczucie wspólnoty. Mam wrażenie jakbym był częścią tego cudownego mikro-świata, częścią natury, która niczym ośmiornica oplata mnie swoimi mackami i pochłania zarówno ciało, jak i duszę. Bez najmniejszego sprzeciwu oddaję się w jej zbawienne, uspokajające władanie. Nigdy wcześniej tego tak nie odbierałem. Nie sądziłem, że życie może być tak fascynujące. Drobne fragmenty rzeczywistości, ignorowane i dotąd niezauważane, w tej właśnie chwili nabierają sensu, materii, wręcz miłosnego znaczenia. Och, żeby tak móc trwać w tym momencie aż po nieskończoność świata, bez zmian, tylko ta minuta, ta godzina, ten krajobraz i ja... nic poza tym...
Chociaż nie... przydałaby mi się w tej chwili jakaś bratnia, kobieca duszyczka. Namacalna istota, którą mógłbym objąć, przytulić, pocałować. Pochłaniać zachłannie jej spojrzenie, słyszeć galop rozszalałego serca i przyspieszony oddech. Trzymać dłoń w jej dłoni i czuć się czyjś. Tak, właśnie tego chyba w tej chwili najbardziej mi brakuje, świadomości, że jestem częścią historii jakiejś osoby, własnością ukochanej. To takie niesamowite, móc stanąć naprzeciw ludzkości i powiedzieć moja dziewczyna, żona, mój skarb a potem usłyszeć w odpowiedzi to jej chłopak, jej mąż. Mój, moja, jakże zaborcze są to słowa a jednocześnie tak bardzo kojąco działające na serce i napawające taką dumą, sentymentem, siłą. Brakuje mi tego teraz, och jak bardzo brakuje... Człowiek to zachłanna istota.
Wychodzę z gęstwiny drzew i staję nad brzegiem jeziorka. Mała wysepka na środku, spowita poranną mgłą unoszącą się jeszcze delikatnie nad taflą wody, nadaje całej scenerii wyraz tajemniczości. Po mojej lewej stronie, dwoje staruszków karmi podpływające łabędzie, z prawej natomiast wytrwały wędkarz bez ustanku wpatruje się w kołyszący się leniwie spławik. Każda z tych istot ma w tej chwili swoje pragnienia. Mam wrażenie jakby ich cele łączyły się tutaj w jedno wielkie marzenie... marzenie uśmiechniętej przeszłości. Tak, to marzenie jest chyba w życiu najważniejsze. Niestety często ludzie o tym zapominają i większą część tego zajmują im gorzkie łzy wspomnień i niespełnienia. Człowiek pragnie przeważnie wielkiej miłości, dobrego wykształcenia, dalekich podróży, mnóstwa pieniędzy i wspaniałego domu. Wszystko przelicza na ilość a ilość kojarzy wprost proporcjonalnie z jakością. Tak bardzo jest pochłonięty dążeniem do zaspokojenia tych marzeń, że zapomina o wielkiej tajemnicy wiecznego uśmiechu. A tak mało potrzeba do bycia szczęśliwym... wystarczy jeden nakarmiony łabęd, spokojne oczekiwanie na poruszenie się spławika i zaścielona mgłą tajemnicza wyspa... tylko tyle.
Postanawiam usiąść na chwilę na ławce i sycić zmysły tym widokiem. Oddając się tak czarowi przyrody i własnym kontemplacjom nie zauważam zupełnie nieznajomej pani, która przysiada obok. Odczuwam czyjąś obecność jednak to uczucie interpretuję jako świadectwo tego, co dzieje się wokół mnie, przejaw tętniącego zewsząd życia.
Z zadumy wyrywa mnie niespodziewanie głos. Jest spokojny, dojrzały, ale jednocześnie dwięczny, młodzieńczy i pełen energii. Odwracam głowę i ku swojemu zdziwieniu dostrzegam kobiecą postać, na drugim końcu mojej przystani. Jedno spojrzenie wystarczy, aby stwierdzić, że jest niesamowicie atrakcyjna. Szczupłe, lekko opalone ciało oplata kusa, zwiewna, letnia sukienka a długie kasztanowe włosy, co jakiś czas podskakują na wietrze, pląsając niczym rusałki w leśnej gęstwinie. Nasz wzrok spotyka się i hipnotyczne spojrzenie brązowo szklistych oczu w jednej sekundzie podbija moje serce. Zaczynam prowadzić z tajemniczą nieznajomą pogawędkę, banalną rozmowę dwóch obcych sobie istot, jednak ta chwila staje się najważniejszą rzeczą w mojej dotychczasowej egzystencji. Każde słowo tej kobiety przeszywa mnie na wskroś a dwięk głosu niczym deszcz meteorów, bombarduje moje zmysły.
Pogrążeni w dyskusji, mimowolnie coraz bliżej przysuwamy się do siebie, aż w końcu nasze ciała wchodzą z sobą w bezpośredni kontakt fizyczny. Czuję się zupełnie swobodnie, tak jakbym znał tą osobę od urodzenia a mimo to dotyk jej ramienia rozpala krew w moich żyłach. Postanawiam posunąć się dalej, obejmując moją rozmówczynię. Jest to trochę karkołomny zabieg, gdyż zbyt mało się znamy i nie wiem jak może ona zareagować, jednak ta niesamowita wię, którą odczuwam od chwili spotkania, dodaje mi siły. I znowu intuicja mnie nie zawodzi, dziewczyna nie reaguje negatywnie na mój gest. Wręcz przeciwnie, przysuwa się do mnie jeszcze bliżej i opiera głowę na moim torsie. Ach! Cóż za radość! Co za szczęście! Znalazłem swoją drugą połówkę, wiem o tym, czuję to całym ciałem, całą duszą. Jakiż wspaniały to dzień! Czuję jej oddech a nasze usta nieuchronnie zaczynają zmierzać ku poznaniu. Jeszcze chwila, jeszcze moment i...
Ostry dwięk dzwonka niczym syrena alarmowa, rozlega się gdzieś w przestworzach. Jest nieznośny, piskliwy i nieustępujący. Staram się nie myśleć o nim, odrzucić jego brzmienie powracając do przerwanej czynności. Zaczyna dziać się jednak coś dziwnego, niedobrego. Całe piękno powoli zanika a moja ukochana odchodzi, rozmywając się przede mną jak zwykłe widmo.
W jednej sekundzie czar pryska i pojawiam się na moim oddziale, w szpitalu, podczas akcji reanimacyjnej. Co się stało? Jakim cudem się tu znalazłem? Odpowiedzi na te pytania przychodzą błyskawicznie, gdyż piskliwy sygnał coraz donośniej rozbrzmiewa, zmieniając sceny podobnie do pilot od telewizora, błyskawicznie zmieniającego kanały telewizyjne. Nie potrafię zlokalizować miejsca, z którego dochodzi ten przejmujący dreszczem dwięk. Mam wrażenie, jakby pochodził z mojej głowy. Wydobywał się z wnętrza i uchodził przez uszy, rozrywając przy tym bębenki. Nagle przed moimi oczyma pojawia się ciemność, czarna dziura a potem... brzeg poduszki.
- A niech to szlak! tłucze mi się po rozespanej głowie To był tylko sen. Na zbyt wczesną godzinę nastawiłem budzik. Żeby tak parę minut póniej zadzwonił, pewnie pocałowałbym tą kobietę, a tak? To było takie piękne marzenie, muszę tam wrócić, choć na chwilę. Wiem, wyłączę ten przeklęty dzwonek, w końcu ma on funkcję powtarzania i znowu się włączy za dziewięć minut. Ja w tym czasie postaram się odtworzyć swoją wizję. Może się uda? Tak, tak, to dobry pomysł.
Ręka po omacku szuka tego nieproszonego gościa, ale jakoś nie może na niego natrafić.
- Szybciej, bo całkowicie mnie rozbudzi. Gdzie ten drań jest?! w sercu pojawia się wściekłość zaraz roztrzaskam go o ścianę!!!... Mam!
W końcu trafiam na denerwujący przedmiot i uciszam go. Nasuwam na siebie kołdrę i odpływam do innego świata. Nie udaje mi się jednak odnaleć tej kobiety, tak naprawdę to nic mi się nie śni, zupełna pustka.
- Znowu tan budzik! To już minęło dziewięć minut?! Niemożliwe, chyba się zepsuł.
Jeszcze raz go wyłączam i kolejny raz oddaję się w ramiona Orfeusza. Przy którejś z kolei pobudce, postanawiam zacząć zbierać się powoli do wstania, przecież nie mogę zbyt długo zwlekać, bo spónię się do pracy.
- Najpierw się pomodlę - To dobry pomysł, bo nie trzeba tak od razu wyskakiwać spod cieplutkiej kołderki ależ ja mam dzisiaj genialne pomysły!
Obracam się na brzuch i podkurczam nogi. Niestety, głowa niczym ciężki głaz, ciągle spoczywa na poduszce. Klęcząc w takiej pozycji próbuję bezskutecznie zebrać myśli do modlitwy.
- Eeeee..... taaaam! Jeszcze chwilkę się zdrzemnę. Tak na pewno nie zaśpię, przecież nie można odejść w głęboki sen, klęcząc z głową na poduszce, to niemożliwe pocieszam się i jednocześnie próbuję usprawiedliwić.
Okazało się jednak, że można spać w takiej pozycji. Jedynie przypadek sprawił, że udało mi się wstać przed siódmą, mimo to wiedziałem, że na czas nie zdążę do szpitala. Gdy dotarło do mnie wreszcie, która jest godzina i jak mało brakuje do ostatniego dzwonka, zerwałem się z łóżka jak oparzony. W ciągu paru minut byłem po porannej toalecie i ubrany zbiegałem po schodach do kuchni, zrobić sobie śniadanie. Wiedziałem, że nie mam szans być na czas, ale chciałem tak wygospodarować najbliższe minuty, żeby moje spónienie było minimalne, prawie niezauważalne.
- Jak mogłem do tego stopnia przekroczyć tą barierę punktualności? Znowu się spónię, już któryś raz z rzędu. Cały dyżur będę czuł się jak potępieniec i pracą starał się zagłuszyć poczucie winy.
Takie przeświadczenie, że się zawiodło już od samego początku, strasznie tłamsi osobowość. Nigdy nie potrafiłem po czymś takim w wystarczający sposób walczyć o swoje racje lub dobitnie podkreślać wagę swoich wypowiedzi. W końcu już na samym początku nie sprawdziłem się i moje koleżanki musiały za mnie odwalać brudną robotę. Nie potrafiłem stanąć w opozycji, zwłaszcza, jeśli dotyczyło to naszych pielęgniarskich obowiązków i nawet jak się z czymś nie zgadzałem, przytakiwałem, czując na sobie piętno porannego spónienia.
- Dlaczego znowu mi się to przydarzyło? Jakieś głupie fantazje senne wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem, ale z drugiej strony to był taki piękny, cudowny, niepowtarzalny sen.
Nie miałem jednak ochoty teraz o tym rozmyślać. Każda minuta nieubłaganie ścigała mnie i ten upływ czasu doprowadzał moje serce prawie do furii. Biegnąc na przystanek zastanawiałem się nad rozkładem jazdy. Nigdy nie spisałem go sobie i tak naprawdę nie byłem pewien, o której mam autobus. Miałem jednak nadzieję, że nie będę długo czekał, bo przecież było tuż przed siódmą i raczej w tych godzinach środki lokomocji dosyć często kursowały. Będąc na przystanku, jeszcze raz sprawdziłem czy wszystko mam, mundurek, klucze, śniadanie... cale szczęście o niczym nie zapomniałem.
Na oddział wpadłem lekko zdyszany, kilkudziesięciometrowym sprintem. Było już pięć minut po rozpoczęciu dyżuru a jeszcze musiałem się przebrać w szatni. Na korytarzu, co jakiś czas trafiałem na koleżanki, które mimo mojego spónienia witały się ze mną serdecznie. Nie dodawało mi to zbytniej otuchy, poza tym wiedziałem, że czeka mnie jeszcze przeprawa z oddziałową. Wpadłem w końcu do przebieralni, błyskawicznie zrzuciłem ubranie i nałożyłem uniform. Gotowy do pracy pognałem na swoją salę.
Przeważnie wybierałem znajdującą się na końcu naszego oddziału dwójkę, czyli sale przeznaczoną do przyjęcia dwóch chorych. Nikt nie lubił tam siedzieć, bo trzeba było przeważnie być tam samemu, często nie było z kim porozmawiać, jeśli coś nagle się stało osoba pracująca, na początku, była zdana również na własne siły. Ja jednak przepadałem za tą samotnią, uwielbiałem poczucie odpowiedzialności i władzy... w końcu rządziłem tam, pełną gębą. Potrzebowałem też czasami spokoju dla moich rozmyślań. Rozmów nigdy mi nie brakowało, bo zawsze coś zawiało mnie albo do kuchni, gdzie siedziały salowe, albo do dyżurki pielęgniarskiej.
Kuchnia była zaraz za ścianą mojej ulubionej sali, praktycznie szklane drzwi i szeroki przedsionek sprawiały, że miało się wrażenie jakby obydwa pomieszczenia były z sobą połączone. Do dyżurki natomiast był kawałek, dziesięć kroków, jednak z powodu tego, że będąc w dyżurce nie mogłem obserwować pacjentów, bywałem tam tylko przelotem. Wystarczyło mi to zupełnie, parę minut rozmowy i czułem energię na kolejne godziny. Nie potrzebowałem ciągłej dyskusji, wystarczyło parę chwil, od czasu do czasu. Tak naprawdę ciągłe towarzystwo strasznie mnie męczyło, czułem się śpiący a czasami wręcz rozdrażniony. Ciężko skupić się na pogawędce, jeśli umysł pochłonięty jest marzeniami, fantazjami czy rozmyślaniami o sensie życia lub drugiej połówce pomarańczy. Gdy co chwilę ktoś wytrącał mnie z mojego świata, denerwowałem się i uciekałem gdzieś w zaciszny kąt. W tej pustelni miałem to, co najbardziej ceniłem... święty spokój.
- No, jesteś wreszcie koleżanka z grupy zmarszczyła brwi, jednak zaraz uśmiech rozjaśnił jej twarz Chod, zdam ci pacjentów.
- Jestem, jestem odpowiedziałem z takim samym promiennym uśmiechem trochę zaspałem... jak zawsze zresztą.
Lubiłem tą dziewczynę, podobnie jak całą grupę. Była strasznie zwariowana i zakręcona a jednocześnie miała w sobie nutkę spokoju, dumy i wrażliwości. Zawsze wolałem kobiety od mężczyzn. Z facetami nie potrafiłem się dogadać. Nie znosiłem nigdy cwaniactwa, przekleństw i popisywania się. Poza tym męskie rozmowy były bardzo płytkie. Przedstawiciele mojej płci nadawali się świetnie na prywatki, bo potrafili szybko rozbawić towarzystwo. Niestety... poza prywatkami byli tacy sami, tak samo rozmawiali i miało się czasem wrażenie, że nie są zdolni do wyższych uczuć. Sfera psychiki była poza ich zasięgiem a próba sprowokowania poważniejszej, szczerej rozmowy zawsze kończyła się wybuchem śmiechu lub ignoranckimi odpowiedziami.
Nie lubiłem też jak mówili o swoich dziewczynach lub kobietach, które spotkali na swojej drodze. Jedyne podobieństwo, jakie z nimi miałem, to dziecinność. Mężczyni naprawdę są jak dzieci. Wystarczy aparat cyfrowy, komórka lub zegarek z dużą ilością bajer a już cieszą się jak pięciolatkowie. Zawsze powtarzałem sobie, że ja taki nie będę... ale wystarczył jakiś gadżet a już piszczałem z radości. Piszczałem, to zbyt delikatne słowo.
Wszedłem na salę i usiadłem za pulpitem. Przed sobą widziałem dwóch, nieprzytomnych ludzi, zaintubowanych i podłączonych do aparatury kontrolującej oddech i krążenie. Całe szczęście, że było tylko dwóch. Po mojej lewej ręce, za szybą widać było puste łóżko. Mieliśmy tam izolatkę, na której trzymaliśmy przeważnie pacjentów długoterminowych lub takich, którzy ze względu na specyfikę choroby, szczególnie wymagali odosobnienia.
Z jednej strony cieszyło mnie puste łóżko, z drugiej sprawiło, że poczułem pewnego rodzaju dyskomfort. Wolałem już pełny oddział niż wolne, zapełniane podczas dyżurów miejsca. Bieganie, krzyki, gorączkowe przygotowania, to było normalne. Jeśli na dyżurze był przyjazny nam, czyli pielęgniarkom, lekarz, opanowany, ale jednocześnie ludzki, wszystko przebiegało składnie. Całe zamieszanie oraz napięcie spowodowane bardzo ciężkim przypadkiem, który był akurat przyjmowany na nasz oddział, nie wyprowadzało człowieka z równowagi, tylko motywowało do składnej pracy i szybkich reakcji. Mózg pracował na pełnych obrotach a porządna dawka adrenaliny dodawała skrzydeł i chęci do działania. Inaczej sytuacja się przedstawiała, gdy przy przyjęciu mieliśmy lekarza niepewnego, nerwowego, wrednego lub wręcz chamskiego dla personelu niższego.