onet.pl PATRONAT
Dzieła w komnacie
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Komnata sztuk wszelkich

Powrót
Komnata Sztuk Wszelkich 7 : Eryk Algo - `Nowy gracz`

26b7 Komnata Sztuk Wszelkich 7
  Eryk Algo - `Nowy Gracz`    

  Rozdział 1 : Lakeside Software (fragment)

  Jasnoblond grubasek siedział za drewnianym biurkiem i palił papierosa. Miał wyraŸne zakola na czole i mocno przerzedzone włosy na czubku głowy, a podwinięte mankiety odsłaniały grube, porośnięte delikatnym puchem przedramiona. Przy uchu trzymał bezprzewodową słuchawkę.
  – Z sierocińca? – zapytał. – Przecież Lakeside to największa dziura w całej Montanie. Nie mogą zwiedzać czegoś innego? W okolicy jest tyle pięknych miejsc.
 
  Panoramiczne okno za jego plecami wycinało w surowym górskim krajobrazie kadr tak idylliczny, że z powodzeniem mógłby stanowić treść tandetnego landszaftu. Po ostatnim zdaniu wolna ręka mężczyzny zatoczyła koło, jakby ten gest mógł przekazać rozmówcy cały urok otoczonego skalistymi szczytami jeziora, a on sam odchylił się do tyłu i kiwając twierdząco głową, położył nogi na biurku.
 
  – Ale ja się przecież nie kłócę, Janet. Proszę cię tylko, żebyś na razie nie łączyła. Po prostu powiedz im, że się zastanowię i oddzwonię. Aha i wpadnij do mnie. – Nie czekając na odpowiedŸ, przerwał połączenie, wcisnął telefon do ładowarki, po czym ciężko opadł na zagłówek i zakładając rękę za głowę, głośno wypuścił dym.
  – Co za dzień – mruknął pod nosem. Trochę medytował nad tym stwierdzeniem, a potem zsunął nogi z blatu i wcisnął guzik interkomu. – Janet. Jeszcze jedno. Na dzisiaj kończę. Nikogo nie przyjmuję i nie łącz więcej telefonów. Żadnych. Rozumiesz? Zanim przyjdziesz, nalej mi burbona z wodą sodową. Może być bez lodu.
  – Bez lodu? – zdziwiła się.
  – Tak. Wystarczy, że ostatnio ty jesteś dla mnie jak lód.

  Siedząca za niewielkim biurkiem dziewczyna wzruszyła ramionami i rozłączyła się. Nosiła proste, rude włosy do ramion. Okulary w cienkich drucianych oprawkach miały zapewne przydać jej powabu intelektualistki, ale nie robiły tego. Na szczęście Janet należała do tego rzadkiego typu kobiet, które pozostają piękne nawet w kreacji ze zgrzebnego wora. Przed nią stał płaski ekran, którego centralną część zajmował otwarty program do komunikacji sieciowej.
  – Ale dlaczego tak wam zależy na tej wycieczce? – wpisała.
  – Sto tysięcy, mało? – Tekst pojawił się prawie natychmiast.
  – Nie o to chodzi. Nawet nie wiem, kim jesteś.
  – Po prostu jestem. Nie proponuję złego nic. Przekonaj Ortegę na wycieczkę i sto tysięcy twoje. Pięć od razu. Jak się nie uda, pięć też twoje.
  – Ale o co chodzi? – wpisała. – I dlaczego tak dziwnie mówisz?
  – Chodzi, żeby zdolne dzieci odwiedziły firmę. Twoją firmę. Mówię normalnie. Ty dziwnie.
  – To dlaczego chcesz mi za to płacić?
  – Bo twój szef nie zgodzi się.
  – Dlaczego?
  – Ta firma to nie to, co się wydaje.

  Janet uniosła brwi i znieruchomiała, ale po sekundzie pomalowane na czerwono paznokcie znów zastukały w klawisze.
  – To pomyłka. Lakeside Software tworzy oprogramowanie do kompresji obrazów.
  – Kompresja obrazów to zasłona. Dymna zasłona. Nie wnikaj w to, Janet. Ty sekretarka. Niech tak pozostanie.
  Dziewczyna odchyliła się do tyłu i przekrzywiła głowę.
  – Jaka zasłona? – wpisała po chwili. – I skąd znasz moje imię?
  – ZgódŸ się, Janet i pięć tysięcy twoje. Reszta po wycieczce. Jak nie, to trudno, ale  Lakeside, małe miasto. Ty marnujesz się, Janet. I twoja uroda tutaj też. Może teraz dobry czas, żeby zmienić? Zmienić życie. Wyjechać gdzieś.
  Oparte o klawiaturę dłonie zastygły, a program komunikacyjny, po jakimś czasie, wyprodukował kolejny strumień znaków.
  – Czas ucieka, Janet. Niedługo nie będzie urody. Trudno wtedy o pracę dla Janet. Ona pielęgniarka. Ona bez dyplomu. Może pieniądze to szansa, żeby grubas przestał pchać łapy pod spódnicę. Spódnicę Janet. Ona przecież nie chce.
  Dziewczyna przysunęła twarz do monitora, jakby nie mogła uwierzyć w własnym oczom.
  – Skąd wiesz o takich rzeczach? – wpisała nerwowo.
  – Jeszcze wiem mało, ale dużo o Janet. Wiem, że nie Janet Braxton. Zmieniła nazwisko. Wiem, że kłamie o rodzicach. Nie zginęły obydwa. Ojciec tylko. Matka wyparła się. Kochanek nie chciał. Janet w sierociniec. Straszna, straszne, ale prawda.
  Potok symboli płynął gdzieś z głębin cyfrowego świata wprost do zacisznego biura w samym sercu skalistej Montany. Tam układał się w wyrazy i zdania. Litery pojawiały się zbyt prędko nawet, gdyby po drugiej stronie, w miejscu oddzielonym od rudowłosej Janet nieodgadłą tajemnicą Sieci, siedział mistrz stanu w pisaniu na czas. Nie zwróciła na to uwagi. Otarła łzę wierzchem dłoni i położyła dłonie na klawiaturze.
  – Czego chcesz?
  – Już mówiłem. Namów Ortegę na wycieczkę. Tylko sześć dzieci. Z sierocińca. Chłopcy. Jutro. Dziewiąta rano. Na pewno dasz radę. Pomóż dzieciom, Janet. Wpisz OK, albo kończę. Wtedy marzenia: pa, pa.
  Położyła ręce na klawiaturze. Kursor migał.
 – OK – wpisała po dłuższej chwili.
  – Dziękuję. – OdpowiedŸ nadeszła natychmiast i zdalny rozmówca rozłączył się. Zaraz po tym zadzwonił telefon. Janet podskoczyła, jakby zobaczyła ducha, ale po sekundzie opanowała się i podniosła słuchawkę.

  – Lakeside Software, słucham.
  – Tu Beatrice Ortega – odpowiedział piskliwy głosik. – Poproszę z mężem.
  – Chwileczkę, sprawdzę czy jest – odparła i zawiesiła połączenie. – Dyrektorze, małżonka. Czy połączyć?
  – Tak. Proszę połączyć, panno Braxton. – Ton polecenia był bardzo oficjalny.
  – Dyrektor na linii, proszę pani. – Janet wcisnęła  klawisz przywracający rozmowę i odłożyła słuchawkę.  Właśnie miała wstać, gdy sygnał obwieścił nadejście nowej poczty. E–mail pochodził z banku i informował, że stan jej konta powiększył się o pięć tysięcy dolarów.
  – Niezłe tempo. – Dziewczyna uśmiechnęła się i ruszyła w kierunku mahoniowego segmentu w rogu sekretariatu. Tam uniosła wieko z cienkich listewek i sięgnęła po karafkę. Butelka była wypełniona do połowy. Postawiła ją na tacy, a obok czystą szklankę i syfon. Następnie w wiszącym na ścianie lustrze poprawiła fryzurę i oglądając się krytycznie, rozpięła guzik niebieskiej bluzki. Czarna koronka stanika wyjrzała spod cienkiego jedwabiu, ale widocznie efekt był zbyt skromny, bo rozchyliła nieco klapy i przez moment patrzyła na siebie uważnie. PóŸniej uśmiechnęła się z zadowoleniem, zdjęła okulary i podnosząc tacę ruszyła w stronę gabinetu. W połowie drogi zatrzymała się w niezdecydowanej pozie i po krótkim namyśle zawróciła do barku. Dostawiła drugą szklankę, a potem sięgnęła jeszcze w głąb biurowej lodówki, wyjęła z niej kubełek z lodem i tak doposażona, ponownie ruszyła do Ortegi.
  Pod drzwiami usłyszała przytłumione odgłosy sprzeczki, więc przystawiła ucho, ale najwyraŸniej na niewiele się to zdało, bo zaraz wróciła za biurko. Odstawiła tacę na bok, a z szuflady wyjęła wygięty w łuk spinacz. Odwróciła interkom i wsunęła go w jedno z gniazdek. Pasował idealnie i skrzynka zaczęła nadawać.
  – Nie przyprowadzaj mi dzieci do pracy, Betty. – W głosie dyrektora pobrzmiewała mieszanka znudzenia i rozdrażnienia. – Czyś ty zwariowała, kobieto?
Nastąpiła chwila ciszy przerywana jedynie krótkimi „mhm” Ortegi.
  – Nie, Betty – odezwał się po jakimś czasie. – To nie jest jedyny sposób, żeby dzieci widywały ojca. Jestem po prostu zaharowany. Wiesz, że robię to dla was, więc przestań. Omówimy to w domu. Teraz mam naradę. Muszę kończyć. Pa.
  Krótki trzask oznajmił zakończenie rozmowy. Janet szybko wyjęła spinacz, schowała go do szuflady, a póŸniej podniosła tacę i ruszyła do gabinetu.

Powrót