1845
Komnata Sztuk Wszelkich 8
Karolina Gwizdała - `Zimowe refleksje`
Początek roku zawsze skłania do robienia rachunku sumienia i składania postanowień noworocznych. Jednym z punktów na mojej liście jest dbałość o kondycję swojego ciała. Wielu ludzi mówi o mistrzostwie duszy i o tym, jak ważny jest rozwój naszego duchowości, ciało zaś nadal pozostaje w cieniu, co najwyżej rozważa się od czasu do czasu zrzucenie zbędnych kilogramów. Myślę jednak, że dla własnego dobra warto poświęcić nieco uwagi tej świątyni naszej duszy.
Tymczasem na dworze mróz i śnieg, a na obiektach sportowych tłok i brak prywatności. Właściwie można by się zniechęcić, usiąść z kubkiem gorącej herbaty w fotelu i przeczytać jakąś interesującą książkę. Z drugiej strony za kilkanaście lat podniesienie się z owego fotela może okazać się sportem ekstremalnym. A więc do dzieła!
Na dobry początek przydaje się plan działania. Bo niby dlaczego traktować wysiłek fizyczny jako karę za grzechy czy też zło konieczne? Chwila zastanowienia i już pojawia się zielone światło łyżwy. Zawsze je uwielbiałam, niestety, przez wiele lat ograniczałam się tylko do oglądania mistrzostw Europy i świata, zamiast sama się nauczyć jedzić. Teraz jednak poczułam, że nadszedł właściwy czas. Na dnie szafy znalazłam parę dawno zapomnianych figurówek i ruszyłam do boju.
Dzień był mrony, wdychane powietrze miało charakterystyczny zapach, śnieg leżał wszędzie, słowem, obrazek wyciągnięty wprost z baśni Andersena. Założywszy łyżwy powoli skierowałam się w stronę lodowiska, próbując utrzymać równowagę. Z głośnika popłynęła informacja, że można wejść na taflę, bramka otworzyła się i... pierwsze zetknięcie z lodem, pokonanie krótkiego odcinka i chwycenie się bandy. W sumie przez godzinę więcej było śmiechu niż jeżdżenia, ale było warto.
Z drugiej strony to zabawne, do jakich refleksji może skłonić wizyta na lodowisku. Sunąc po tafli pomyślałam sobie, że z jazdą na łyżwach jest trochę tak, jak z podejmowaniem decyzji. Każdy, kto czuje się niepewnie, porusza się bardzo blisko bandy, tak, by w każdej chwili móc się jej uchwycić. Podobnie jest wtedy, gdy pragniemy coś zmienić. Z jednej strony mamy ochotę wypuścić się od razu na sam środek lodowiska, z drugiej zaś paraliżuje nas strach, który zmusza nas do ciągłego powracania na stare, wydeptane już ścieżki, kurczowego trzymania się znanych nam dróg, nawet jeśli tracimy przez to całą przyjemność z jazdy. Jest to naturalny odruch, z którym nie należy zbyt ostro walczyć, lecz raczej dać sobie czas na przezwyciężenie go. A potem, gdy już oswoimy się z nową sytuacją, przestajemy chwytać się bandy za każdym razem, gdy się zachwiejemy, wciąż jednak stawiamy niepewnie kroki w jej pobliżu. Robimy to zapewne dlatego, że daje nam ona poczucie bezpieczeństwa, jej obecność wydaje się chronić nas od upadku. Bo właśnie o to w tym wszystkim chodzi. O dręczące nas wizje niepowodzenia, obawę przed popełnieniem błędu.
Dla poczucia bezpieczeństwa rezygnujemy ze smaku przygody. Nie potrafimy uwolnić się od tego amatorskiego wizjonerstwa, analizowania zysków i strat. Inaczej jest z dziećmi. One nie zastanawiają się nad tym, co może się stać, tylko rzucają się z pełnym zaangażowaniem w sam środek nowego doświadczenia. Wydaje się to zbyt ryzykowne, może nawet nieodpowiedzialne, ale tak trzeba, nie tylko na lodowisku, ale przede wszystkim w życiu. Żyjąc według z góry określonego planu i pozostając ciągle na tych samych torach na własne życzenie odmawiamy sobie tak upragnionych zmian. Ale czy da się całkowicie wyeliminować strach? Nie, dlatego należy się bać i nadal próbować aż do skutku. A w razie upadku? Cóż, najlepiej jest po prostu się podnieść, otrzepać uśmiechnąć do siebie i iść dalej. Ostatecznie okazuje się, że strach przed upadkiem był większy niż jego skutki. Może warto o tym pamiętać gdy następnym razem postanowi się wejść na taflę życia...