Komnata Sztuk Wszelkich 252 - RK & Lakota - "Spotkanie Oliwek Floryda 14.04.2007"

Stalowy ptak przeniósł mnie o świcie z Ohio do Północnej Karoliny, a stamtąd kolejnym samolotem udałem się w kierunku Florydy. Po jakimś czasie z okna samolotu dostrzegłem postrzępioną linie brzegowa półwyspu, który swą nazwę zawdzięcza Hiszpanowi. W 1513 roku, oczarowany pięknem wielobarwnych kwiatów podczas trwania Pascua Florida (festiwal kwiatów) nadał właśnie odkrytej krainie nazwę La Florida, czyli Kraj Kwiatów. Hiszpanem tym był konkwistador Juan Ponce de Leon. Osiem lat później przybył ponownie na Florydę z zadaniem podbicia i skolonizowania tej krainy na polecenie swojego króla i tak Floryda stała się na kilka stuleci posiadłością Hiszpanii. Gdybym był malarzem i miał do dyspozycji paletę kolorowych farb i zestaw pędzli, to z przyjemnością namalowałbym Florydę taką, jaka zobaczyłem na własne oczy. Jako, że nie jestem malarzem, spróbuję piórem oddać barwy tego niezwykłego i jedynego w swoim rodzaju stanu USA. Już sam widok z nieba zachwyca różnorodnością kolorów. Wody Zatoki Meksykańskiej wdzierające się w ląd mienią się barwami turkusu, szmaragdu, aż po szafir. Widać z nieba ciemne rzeki, które wiją się jak gigantyczne węże przez zieleń namorzynowych lasów wpadając do Zatoki, a także bagniste zatoczki w odcieniach żółci i brązu.
Zachwycają plaże – długie, wręcz idealnie równej szerokości o pustynnym kolorze. Widzę rzędy maleńkich jachtów przycumowanych do nabrzeży i domy tak małe jak pudelka zapałek. Wreszcie samolot zaczyna lądować. Dostrzegam lotnisko, gdy nagle w niedużej odległości przelatuje drapieżny ptak. Był to z całą pewnością rybołów. Jego biała głowa wyraźnie kontrastowa na tle piór brązowej barwy. Chwile później na podmokłych łąkach tuż obok lotniska widzę brodząca białą czaple. Samolot ląduję w Fort Myers. Wychodzę na zewnątrz lotniska i natychmiast uderza mnie fala gorącego powietrza. Jego zapach i smak można poczuć w ustach. Temperatura nieco poniżej trzydziestu pięciu stopni. Całkiem przyjemna odmiana w stosunku do Ohio, gdzie po krótkim pobycie wiosny powróciła zima, przynosząc chłód, wiatr i deszcz.
Po perypetiach szukania się na lotnisku wreszcie następuje niezwykłe i radosne spotkanie dwóch Oliwek. Po miłym przywitaniu wsiadam do samochodu i wraz z Renatką wyruszam na spotkanie przygody. Jadąc zjadam przepyszne śniadanie, które przygotowała Renatka. O wszystkim pomyślała. W samolocie nie mogłem liczyć na takie wspaniałości. Podawano tylko wodę i colę. Po pewnym czasie jadąc na południe od Fort Myers robimy ostry zakręt na wschód w kierunku Miami. Znajdujemy się na drodze zwanej Aleją Aligatorów. Obok niej ciągną się szerokie kanały, których woda ma ciemnawy kolor. Co czai się w jej odmętach? Nie trudno zgadnąć … Roślinność tuz obok drogi jest bardzo gęsta. Rosną tu sosny, cyprysy, palmy i różne gęste krzewy.
Teren jest zupełnie płaski, bez najmniejszego nawet wzniesienia. Na błękicie nieba, po którym suną białe obłoki dostrzegam kilka czarnych sylwetek dużych ptaków. Mają wielkie skrzydła, których krawędzie są wyraźnie wygięte do góry. Ptaki krążą majestatycznie wypatrując zdobyczy i można odnieść wrażenie, że są to jakieś gatunki orłów. Drapieżcy nie poruszają w ogóle skrzydłami korzystając z dogodnych prądów powietrznych. Co pewien czas robią gwałtowne ruchy, kołyszą się na boki, a gdy odnajdą dogodny wiatr znów spokojnie szybują. Dopiero, gdy zniżają lot, ukazując swe nagie, czerwonawej barwy szyje, rozpoznaje w nich sępy, a dokładniej sępniki różowogłowe zwane też urubu różowogłowymi. Ich olbrzymie ciemne skrzydła są białe na krawędziach. Florydę zamieszkują dwa gatunki sępów Nowego Świata, zupełnie niespokrewnione z tymi ze Starego. Są to wspomniany już sępnik rożowogłowy i mniejszy sępnik czarny lub inaczej urubu czarny, najmniejszy z rodziny kondorów. Co jakiś czas na niebie pojawiają się ci padlinożercy, a w pewnej chwili dostrzegam grupkę sępów ucztujących na poboczu drogi, gdzie właśnie znalazły swój łup. Nagle tuż nad kanałem przelatuje wężówka. Jest to ptak przypominający z wyglądu kormorana, lecz jego dziob jest długi i wyraźnie prosty w odróżnieniu do haczykowato zakończonego dzioba kormorana. Kolejna wężówka siedzi na gałęzi tuż nad woda wypatrując pewnie jakiejś ryby na lunch. Ptaki te polując, często nabijają ryby na swoje ostre dzioby. Swoją nazwę wywodzą od długiej, przypominającej węża szyi, która jako jedyna część ciała wystaje wygięta ponad wodę, gdy wężówka płynie. Pióra tych ptaków nie posiadają ochrony przed przesiąknięciem i stąd ptak nie unosi się zgrabnie nad woda jak wiele innych gatunków. Przemoczone pióra ciążą wężówce i dlatego gdy płynie widać zaledwie jej głowę ponad lustrem wody. Kiedy wychodzi z wody rozpościera swoje skrzydła jak kormoran, aby je wysuszyć na słońcu.
Mniej więcej w połowie drogi do Miami skręcamy na północ i jedziemy niezwykle prosta droga. Po obu jej stronach rozciągają się płaskie łąki, na których co jakiś czas pasą się stada czarnych, brązowych i żółtych krów, cieląt i byków. W oddali widać zarośla i niewielkie drzewa, czasem wystrzeli w gore samotna palma - znak, który mówi, ze jesteśmy na obszarze podzwrotnikowym. Na poboczu drogi dostrzegamy wygrzewającego się na słońcu żółwia wielkości dużej miski. Po 20 milach dwupasmówki wjeżdżamy na teren Rezerwatu Seminolów - Big Cypress. Ten dumny lud indiański żyje tu od stuleci i jest jedynym narodem rdzennych mieszkańców Stanów Zjednoczonych, który nigdy nie podpisał z Amerykanami żadnego oficjalnego aktu kapitulacji, czy układu po stoczonych w pierwszej połowie lat XIX wieku wojnach. Mieszkańcy rezerwatu wywodzą się w prostej linii od grupy Seminolów, która po przegranej walce z armia Stanów Zjednoczonych uniknęła przesiedlenia na Terytorium Indiańskie (obecnie stan Oklahoma, choć w okrojonej wersji w porównaniu do pierwotnego obszaru z XIX wieku) i poprowadzona przez swojego dzielnego wodza schroniła się w niedostępnych bagnach Everglades. Amerykanie przez długie lata nie byli zainteresowani skolonizowaniem bagnistego i niebezpiecznego obszaru i pozostawili Indian w spokoju. Ten niegościnny obszar gdzie nie trudno było zapaść na malarię, czy gorączkę tropikalną dengue, zostać ukąszonym przez węże, czy zjedzonym przez aligatora lub pumę, stał się domem Seminolów i tak jest do dzisiaj. Pierwsze kroki kierujemy do centrum dla gości, a następnie podjeżdżamy do muzeum oddalonego o kilkaset metrów dalej. Gdy przechodzimy przez drewniany most nad stawem z drzew zlatuje grupka ptaków o piórach koloru czerni zmieszanej z granatem i fioletem.
Przypominają nasze kawki, ale są znacznie smuklejsze i oczywiście zupełnie innej barwy. Kilka metrów od wejścia do muzeum dostrzegamy palenisko. Ogień pali się niewielkim płomieniem. Prastarym zwyczajem Seminole w celu rozpalenia ogniska układali cztery długie, drewniane belki tworząc duży krzyż, zapalali w środku ogień, a w miarę spalania się drewna przyciągali belki w kierunku ognia. Zapach dymu jest niezwykle przyjemny. Wchodzimy do wewnątrz. Muzeum jest bardzo nowoczesne i jest tu dużo niezwykłych eksponatów. W pierwszej chwili dostrzegamy figury Seminolów w skali 1:1 poubierane w typowe dla tego ludu stroje. Kobiety z zaplecionymi, kruczoczarnymi włosami noszą długie suknie mieniące się czerwienią, żółcią, granatem i innymi kolorami. Na szyjach mają po kilkanaście naszyjników wykonanych z barwnych korali. Przypomina mi to zwyczaj noszenia naszyjników przez afrykańskie Masajki. W suknie wszyte są srebrne ozdoby. Mężczyźni z niezwykłymi fryzurami na częściowo wygolonych głowach, noszą jasne bawełniane koszule, wysokie mokasyny i niezwykle turbany, w które czasem powtykane maja pióra czapli. Turbany wykonane są z materiału, a kiedyś stosowano do tego celu skory zwierząt. Zwyczaj noszenia turbanów znany był sąsiadom Krików – słynnym Czirokezom. Nosiły je też inne sąsiednie plemiona. Seminole uzyskiwali materiały poprzez handel z białymi, a płacili za nie skórami upolowanych zwierząt i innymi wyrobami. Grupa Seminolów – kobiet i mężczyzn, którzy wyglądają bardzo realistycznie, tańczy Taniec Zielonej Kukurydzy. To bardzo ważna ceremonia dla tego ludu, który oprócz polowań i połowów uzależniony był od uprawy kukurydzy, fasoli, dyni i ziemniaków. Taniec był forma prośby o dobre plony. Znany był ludom z Alabamy i Georgii - Czirokezom i Krikom. To właśnie z tego ostatniego narodu wywodzą się Seminole, którzy naciskani przez białych zawędrowali na południe w poszukiwaniu nowego domu pod koniec XVIII wieku. Teren Florydy, oprócz wybrzeży skolonizowanych przez białych, nie był zamieszkały przez ludzi, ponieważ rdzenni indiańscy mieszkańcy tej krainy zostali praktycznie doszczętnie wyniszczeni przez Hiszpanów lub z powodu chorób, na które nie byli uodpornieni. Kiedy w 1763 roku Anglicy objęli panowanie na Florydzie, ostatnia garstka rdzennych mieszkańców Florydy wyjechała z Hiszpanami na Kubę, której zrzekli się Anglicy. Próżnię pozostawioną przez ludy, które odeszły na zawsze, zapełnili tzw. „seminoli" – wędrowcy, czy też odszczepieńcy w języku Krikow. Wzrok przykuwa niezwykły eksponat. Jest to grzechotka wykonana z kilkunastu małych żółwich skorup, połączonych skórzanymi rzemieniami. Grzechotki te zawiązywane przez kobiety pod kolanami wydawały swoje grzechoczące dźwięki podczas tańca. Są kolejne postacie kobiet, dzieci i mężczyzn. Tu mężczyzna, chłopiec i kobieta grają w popularną grę używając dwóch specjalnych rakiet. Gra przypominająca lacrosse, w którą grały plemiona z północy, była dość brutalna i stąd zwano ją „małym bratem wojny". Celem gry było zdobywanie punktów poprzez trafienie w czubek wysokiego słupa piłką odbijaną rakietkami. W odróżnieniu od lacrosse, używano nie jednej, a dwóch rakietek. Tuż obok kobieta - młoda Indianka trze na wielkiej tarze korzenie dzikiego sagowca, z których otrzymywano skrobię potrzebną do sporządzenia zupy zwanej sofkie. Kolejne postacie fascynują swym realizmem. Młoda kobieta oczyszcza skrobaczką skórę jelenia rozpostartą na specjalnym rusztowaniu. Nieco dalej rodzina Seminolów płynie dłubanką wraz ze swoim skromnym dobytkiem. Tam znów rodzina szykuje się do spożycia kukurydzianych placków, a jeszcze dalej udzielany jest ślub młodej seminolskiej parze. Za każdym razem zachwyca bogactwo kolorów utkanych koszul, sukien czy misternie wyplecionych pasów w wielobarwne geometryczne wzory. Na ścianach wiszą wielkie reprodukcje fotografii z przełomu XIX i XX wieku przedstawiające pojedynczych Seminolów lub całe rodziny.
Seminole wierzą, że ich zwierzęcy przodkowie, kiedy zostali stworzeni mieszkali pod ziemia. Legenda mówi, że pewnego dnia postanowili wyjść na jej powierzchnie. Niestety otwór w ziemi, przez który chcieli się wydostać był bardzo mały. Ani niedźwiedź, ani puma nie dały rady wydostać się na powierzchnie ziemi. Ale ptak poradził sobie i jako pierwszy zobaczył zewnętrzny świat. Seminole po dziś dzień dzielą się na trzy klany: Niedźwiedzia, Pumy i Ptaka i do dziś, choć robią to w żartobliwy sposób, spierają się o to, który klan tak naprawdę wydostał się spod ziemi jako pierwszy. W muzeum wysłuchujemy też mitu o zającu i żółwiu. Ciekawe, ze jest on, jak pamiętam, znany różnym kulturom z różnych zakątków świata. Jeszcze jeden dowód na to jak wiele nas ludzi łączy, a nie dzieli. Zając przechwalał się, ze pokona żółwia w wyścigu. Żółw przystał na zaczepne wyzwanie zająca i rozpoczął się bieg. Zając pokonał pierwszy etap wyścigu pozostawiając żółwia daleko w tyle, lecz gdy dobiegł do pierwszego wzniesienia ujrzał żółwia spokojnie wspinającego się na szczyt. Wyprzedził żółwia i pobiegł dalej, lecz na drugim wzniesieniu znów był żółw, a na trzecim także. W końcu do mety pierwszy przybiegł żółw. Zając był bardzo niepocieszony i smutny. Wtedy nagle pojawiły się trzy żółwie. I tak zając pojął, ze w wyścigu wzięło udział trzech przeciwników przeciwko niemu samemu. Seminole nie chcą za pomocą tej legendy pokazać, ze należy oszukiwać, aby osiągnąć cel, ale wierzą, że wspólnymi siłami można wiele zdziałać. Udowodnili to swoją determinacją i kolektywną pracą. Nie poddali się, choć rząd chciał się ich pozbyć z Everglades, rzucał kłody pod nogi i zaprzestał w latach 50tych udzielać im jakiejkolwiek pomocy. Seminole znaleźli sposób na przetrwanie. Założyli kasyna. Dzięki zgromadzonym zyskom mają pieniądze na szkoły, własną policje i inne sprawy potrzebne społeczności. Gdy przejeżdżamy w drodze powrotnej z rezerwatu obok domów współczesnych Seminolów widzimy, ze wszystko jest tu zadbane. A to, ze jedziemy obok domów tego indiańskiego ludu południowej Florydy zdradzają ustawione obok nich tradycyjne chickee - domy na palach zbudowane z drewnianych bali i zadaszone przy pomocy wysuszonych liści i kory. Nie mając ścian są bardzo przewiewne, dzięki czemu można spędzać czas w cieniu subtropikalnego ciepła. Wracamy w kierunku Alei Aligatorów mając nadzieje, ze znów spotkamy wielkiego żółwia. Niestety żółw gdzieś sobie poszedł.
Aleją Aligatorów jedziemy na wschód i wkrótce docieramy do przedmieść Miami. To właśnie w okolicach Miami w 1498 roku pierwsi Europejczycy ujrzeli Florydę. John i Sebastian Cabot byli odkrywcami Cape Florida na wyspie Key Biscayne leżącej na południe od Miami Beach. W tym czasie tereny południowo-wschodniej Florydy zamieszkiwało indiańskie plemię Tekesta.
Niestety nie przetrwali do dzisiaj, bo już w XVIII wieku doszczętnie wyginęli. Aby dostać się do słynnej Miami Beach wjeżdżamy na imponujących rozmiarów most łączący stały lad z wyspą, na której mieści się plaża. Widoki z mostu są fenomenalne. Widać miasto z jego wysokimi apartamentowcami i biurowcami. Po zatoce suną motorówki zostawiając na błękicie wód zatoki białe smugi. Zatrzymujemy się na chwile na małej wysepce, przez którą biegnie most i podchodzimy do brzegu zatoki o wodzie zielonawej barwy, aby podziwiać piękne widoki. W powietrzu unosi się charakterystyczny zapach słonej morskiej wody. Na szarym piasku leży kilka sporych rozmiarów orzechów kokosowych. Ruszamy dalej i po kilku chwilach znajdujemy się na wyspie gdzie leży Miami Beach. Wszędzie soczysta i bujna roślinność z dominującymi wysokimi palmami o korze szarego koloru, który trochę przypomina beton. Po chwili plaża i Ocean. Piasek jest tu biały, a woda ma turkusowy kolor. Wszechobecny jest zapach olejku do opalania. Ludzi mrowie, zupełnie jak na południu Europy w lipcu czy sierpniu. No cóż, jesteśmy zaledwie dwa stopnie na północ od Zwrotnika Raka ... Stado zabawnych mew przelatuje tuz nad moja głową. Na piasku znajduję duży kremowo-biały odłamek koralowca. Kontynuujemy nasza wyprawę i wjeżdżamy na słynny Ocean Drive. To tu stoi dom Versace i mnóstwo innych ciekawych budowli. Szczególnie interesujące są budynki w stylu art deco. Fasady domów malowane są na pastelowe kolory, biel, róż lub błękit. Wszędzie pełno ludzi, którzy siedzą przy stołach wystawionych na zewnątrz restauracji lub tarasów. W parku tuz obok plaży, gdzie rosną palmy i drzewa o liściach mieniących się czerwienią, żółcią i zielenią, przygrywa uliczna kapela. Jadąc Ocean Drive mijamy kilka zaparkowanych modeli starych samochodów.
Kolejnym mostem wydostajemy się z wyspy, mijając po drodze przepiękne wille położone po prawej stronie tuż nad brzegiem zatoki wśród bujnej, soczystej roślinności. Z okien pędzącego samochodu robimy zdjęcia. Po lewej stronie mostu zacumowane są gigantyczne statki pasażerskie. Ostatni rzut oka na wysokie apartamentowce i biurowce i jesteśmy na drodze wyjazdowej z Miami.
Wjeżdżamy na Szlak Tamiami, wzdłuż którego od strony północnej ciągnie się kanał o wodzie ciemnawej barwy. W pewnej chwili dostrzegam aligatora. Jest to spory, około trzymetrowy okaz, który płynie leniwie, łagodnie poruszając ogonem. Ponad wodę wystaje część jego ogona, grzbietu i połowa wielkiej, spłaszczonej głowy. Szybko docieramy do rezerwatu Indian Mikasuki. Lud ten, tak jak Seminole, wywodzi się od Krików i od ponad półtora wieku zamieszkuje południową Florydę. Parkujemy przed budynkiem stanowiącym wejście na teren rezerwatu, w którym mieści się sklep z pamiątkami. Niestety spóźniliśmy się dziesięć minut i zwiedzanie zostało na ten dzień zakończone. Renatka próbuje przekonać Indiankę, żeby nas wpuściła na teren dla zwiedzających, ale kobieta jest niewzruszona. Dzięki determinacji i niezwykłym argumentom Renatki udaje nam się wejść za bramę prowadzącą do świata Indian Mikasuki. Decyzje o wpuszczeniu nas podejmuje Indianin o długich włosach związanych w warkocz, ciemnej skórze i czarnych oczach. Nie musimy płacić za bilet. Mamy zaledwie piętnaście minut, które wykorzystujemy do maksimum. Mamy okazje zobaczyć indiańskie domostwa podobne do chickee Seminolów. Muzeum jest wprawdzie już zamknięte, ale przez szybę widać potężnego, kilkumetrowego, wypchanego aligatora. Na ścianie wisi portret Osceoli, wielkiego wodza i bojownika o wolność Seminolów, pędzla Catlina. Kilka kroków dalej możemy podziwiać prawdziwe aligatory począwszy od sympatycznych młodych okazów, aż do olbrzymich starszych osobników. Kilka leży leniwie na brzegu wody, inne są w niej zanurzone.
Tkwią w zupełnym bezruchu, ale wiem, ze śledzą każdy nasz ruch. Gady maja charakterystycznie spłaszczone głowy, a zęby ich górnej szczeki zachodzą na dolna szczękę i wystają na wierzch po ich zaciśnięciu. Ta cecha odróżnia aligatory od krokodyli, których zęby wystają zarówno z dolnej jak i górnej szczeki przy zamkniętym pysku. Mamy tez okazje zobaczyć kilka wysuszonych na słońcu, wręcz śnieżnobiałych czaszek tych olbrzymich gadów. W pobliżu ustawiono kilka długich dłubanek, jakimi Indianie pływali po bezkresnych bagnach Everglades.
Kontynuujemy nasza wyprawę, mijając kolejne aligatory pływające w małym jeziorku utworzonym przez kanał płynący wzdłuż Szlaku Tamiami. Na niebie, nad bezkresem łąk szybuje piękny kaniuk biały z rodziny jastrzębiowatych. Jest śnieżnobiały z ciemnymi fragmentami upierzenia, a jego rozwidlony ogon przypomina ogon kani. Po chwili zauważam białą czaplę brodzącą po łące. Przejeżdżamy obok kilku indiańskich osad. W jednej nie szczególnie lubią urzędującego Prezydenta Stanów Zjednoczonych, jak łatwo wywnioskować z dużego napisu tuz obok drogi. Po chwili zatrzymujemy się, aby podziwiać gęsty las rosnący na brzegu kanału. Na powierzchni wody widać lilie wodne, z gałęzi drzew zwisa tzw. hiszpański mech. Roślina ta nie jest klasycznym pasożytem wysysającym soki ze swojego gospodarza, ale może mu szkodzić, ponieważ blokuje dostęp promieni słonecznych do drzewa. Zdarza się, że takie drzewo po jakimś czasie obumiera. W ciemnej wodzie pływają większe i mniejsze ryby. Nagle, tuz naprzeciwko nas, z gęstwiny zarośli po drugiej stronie kanału, rozlega się przeraźliwy ryk - pojedynczy, gardłowy, głośny i dziki. Patrzymy na siebie zaskoczeni i zdziwieni przedziwnym odgłosem. Za chwile słyszymy go ponownie. Ani dzika świnia, ani aligator, żaden ptak, czy jeleń, a nawet Smok Wawelski nie wydają z siebie podobnego dźwięku. Co jakiś czas dziki ryk się powtarza, skierowany prosto do nas, jakby chciał nas przepłoszyć. Rozbawieni Potworem z Eververglades ruszamy w dalsza drogę nie wiedząc, kim jest i co tak naprawdę chciał nam powiedzieć.
Jedziemy naszą trasa mijając znaki ostrzegające przed przekraczającymi drogę pumami. Z Tamiami Trail skręcamy na południe i podążamy w kierunku wyspy Marko. Po obu stronach drogi znajdują się szerokie kanały, w których zanurzone są korzenie mangrowców. Nad ta nieprzebyta gęstwiną górują korony wysokich drzew. Na słupie elektrycznym tuz obok drogi dostrzegam duże gniazdo. Zatrzymujemy się. Na gnieździe siedzi młody rybołów. Po drugiej stronie kanału na gałęzi dorosły osobnik. Rybołów trzyma w szponach dużą upolowana rybę. W świetle powoli zachodzącego słońca wyraźnie widać jego sylwetkę z zakrzywionym dziobem. Jego upierzenie jest charakterystyczne. Młodszy z ptaków chyba wystraszył się dwunogich gości i poderwał z gniazda. On tez trzyma rybę w swoich szponach. Krzykami porozumiewa się ze starszym rybołowem i po chwili ląduje na gałęzi wysokiego drzewa, by spokojnie zająć się swoja rybna kolacja.
Potężnym mostem dojeżdżamy do wyspy Marko, u południowo-zachodniego wybrzeża Florydy. Nad zatoczką przelatują dwa olbrzymie pelikany brunatne. Na wyspie zachwycają wspaniałe rezydencje i nowoczesne hotele. Zielone trawniki i ogrody są doskonale wypielęgnowane. Nad drogą widzimy olbrzymią krwistoczerwoną kulę, która obniża się gwałtownie. To słońce odchodzi na nocny odpoczynek. Wkrótce znika pod taflą wód Zatoki Meksykańskiej. Zapada zmrok, a my podążamy dalej w kierunku Naples, słynnego na całą Amerykę kurortu. Efektowne wielkie rezydencje toną tu w bujnej tropikalnej roślinności. Zachwycają podświetlone fontanny, wystrzeliwujące w gore kaskady wody. Są tu parki i pola golfowe. Jak wiele zmieniło się od czasów, gdy tereny te zamieszkiwało łowieckie plemię Calusa …
Dochodzi godzina 21 i w końcu zatrzymujemy się na północ od Naples w Bonita Springs na pierwszy tego dnia ciepły posiłek. Dopiero teraz, po dwunastu godzinach wyprawy, siedząc przy naszym stoliku w restauracji zaczynamy odczuwać zmęczenie. Zajadam się pysznym makaronem z krewetkami w sosie curry. Potrawa jest genialnie przyrządzona i doprawiona. Po wspaniałej kolacji, Renatka odwozi mnie do hotelu kilka mil od lotniska w Fort Myers. Żegnamy się. Szkoda, że raniutko muszę odlecieć na północ do zimnego Ohio, ale dziękuję za ten jeden wspaniały dzień. Spełniło się marzenie o podróży do krainy Indian, a wszystko to dzięki Renatce, która była wspaniałym towarzyszem podróży i moim przewodnikiem. Wiem też, że do spotkania Oliwek na krańcu Stanów Zjednoczonych nie doszłoby bez Szamanki Beatki i bez tej dobrej, magicznej krainy zwanej Oliwkowem. Kiedy piszę te słowa uśmiecham się i dziękuję Ci Szamanko za stworzenie niezwykłego miejsca, gdzie spotykają się ludzie, którzy umieją marzyć i spełniać swoje marzenia.
A Potwór z Everglades? Już będąc w Ohio i szperając w Internecie natrafiłem na informację o żabie zwanej z angielska pig frog, która wydaje dźwięki przypominające chrząknięcia świni. Coś mi mówi, że właśnie ten płaz jest naszym tajemniczym potworem, zamieszkującym nieprzebytą gęstwinę tuż nad wodą …
By Lakota, kwiecień 2007
