onet.pl PATRONAT
Dzieła w komnacie
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Komnata sztuk wszelkich

Powrót
Komnata Sztuk Wszelkich 244 - Paulina - "Drogi Umberto"
Drogi Umberto

Twoje ,,Zapiski na pudełku od zapałek” skłoniły mnie do napisania
kolejnego listu relacjonującego mą podróż. Prowadzony wodami Oceanu
Indyjskiego przywędrowałem do kraju eukaliptusa i puszystych torbaczy.
Zawsze fascynowały mnie bogactwa odległych cywilizacji europejskich, jak
również wspaniałe relikty kultury Południowej Ameryki. Nigdy natomiast
nie uwzględniałem w swych planach wyprawy do Australii- oderwanego
koralika Gondwany. Jednak po przybyciu do tego niezidentyfikowanego
administracyjnie pastwa- kontynentu, utwierdziłem się w przekonaniu, iż
warto czasem odbiec od pierwotnych koncepcji. To, co ujrzałem na tej
egzotycznej, koralowej platformie, przewyższyło moje najśmielsze
oczekiwania.

Siedziałem nad brzegiem lazurowego oceanu, upajając się spektaklem
zachodzącego słońca, które powoli skrywało się za ognistą kurtyną.
Chłodne drobinki piasku ocembrowały me stopy, a delikatny monsunowy
wiatr muskał me nozdrza. Pod pachą trzymałem notes z wystającymi
zakładkami: liściem akacji, biletem powrotnym z Brasilii oraz angielskim
znaczkiem. Zamknąłem oczy, by wsłuchać się w pieśń oceanu i umiejętnie
rozciągnąć na sztalugach wyobraźni wcześniej ujrzany krajobraz.

Chłód nocy odesłał mnie do baru, gdzie rozgrzany barwnymi drinkami
czekałem na bufetową znajomość. Podróżując nie starałem się szukać
ludzi, traktowałem ich jako adnotację do swych reporterskich refleksji.
To oni mnie znajdowali. Widząc samotnego fotografa po czterdziestce z
kajecikiem przy boku, przysiadali się zasypując lawiną melancholijnych
historii. Oczywiście nie zawsze tak było. Niektórzy naprawdę zaskakiwali
bogatą osobowością i bagażem doświadczeń.

Tak dawno temu porzuciłem życie rodzinne i etatową pracę, że nie
pamiętam, jak to jest żyć przeciętnymi problemami. Sam nie wiem, kiedy
ze zwykłego ,,zjadacza chleba” przeistoczyłem się w rządnego przygód
wędrowca, dla którego każdy dzień jest celebracją marzeń. Może dlatego
tak trudno jest mi słuchać prozaicznych opowiadań, przesiąkniętych
pospolitymi problemami. Kiedyś także potrzebowałem zrozumienia i tego,
by ktoś posiadał większy tonaż niepowodzeń, niż ja. Teraz wolę słuchać o
pasjach, spełnieniu, wierze i tym, co niesie radość, a nie
malkontenctwo. Takiego też człowieka; pozytywnie nastawionego do świata,
udało mi się spotkać w australijskim barze pod palmami.

Tomasz był Polakiem. Nie dosiadł się sam. Słysząc mój akcent po prostu
podszedł i zapytał, czy mogę zamówić mu kolejkę, gdyż jego zdolności
lingwistyczne kończą się na ok.! Zamówiliśmy kilka drinków i rybę, a
potem popijając tekilę słuchałem jego opowieści.

Tomasz najbardziej kochał córkę i samochody. Jowita podobnie jak tata
lubiła motoryzację, choć on sam nie starał się warunkować jej
zainteresowań. Dziewczyna zawsze była odważna i lubiła wyzwania. Chciała
być podobna do Martyny Wojciechowskiej i pojechać na Dakar. Ojciec
twierdził, że wyścigi nie są sportem dla kobiet. Jednak córka
konsekwentnie realizowała swoje plany.

Kiedyś wystartowała w rajdzie, który odbywał się w Afryce. Trasa była
niebezpieczna, wiodła przez błotniste lasy, okoloną złotymi trawami
sawannę oraz piaszczystą pustynię. Trzeci etap Jowita pokonała bardzo
sprawnie, lecz tuż przed końcem wyścigów na drodze wyrósł potężny
wielbłąd, z którym zderzenia nie przeżyła.

Słuchając opowieści Tomasza wydawało mi się, że przytacza ona fabułę
jakiejś książki, bądź filmu, który w swym dramatyzmie przekraczał
granicę wyobrażalności.

Długo trwaliśmy w milczeniu. Żaden z nas nie miał odwagi przerwać tej
ciszy. Zamiast słowem, wypełniliśmy ją symfonią własnych myśli.
Mechanicznie podnosiłem szklankę z tekilą, czując jak cierpki płyn
spływa do gardła.

-Jak to się stało, że znalazłeś się w Australii?- rzuciłem ostentacyjnie.
-Wiesz, człowiek potrzebuje w życiu celów, choćby po to, by pożegnać
się z dawnymi- stanowczo, oznajmił Tomasz.

Wypowiedź jakże prosta i klarowna, pozbawiona była jednak zbędnych
emocji, które zdawały się przekwitnąć w jego sercu po stracie córki.

-Kiedy Jowita odeszła- ciągnął dalej- czułem, że staję się jak ta
pustynia, na której zginęła. Moje życie wydawało się być złudnym
mirażem, suchą pustynią, na której nie widać odcisków stóp. Jedyne, co
na niej było to wydmy zniechęcenia przesłaniające horyzont. Dlatego
postanowiłem, że udam się w to miejsce, którym sam powoli się staję.
Może wtedy odnajdę sens życia?

- Kontynuuj, to bardzo ciekawe o czym opowiadasz-odrzekłem zafascynowany.

-Miło mi, że tak mówisz, ale to naprawdę nic nadzwyczajnego. Moja
historia w niczym nie przypomina przygód Robinsona Cruzo, ani w połowie
nie jest tak interesująca, jak twoje podróże. Po prostu samotnie na
rowerze pokonałem szlak Canning Stock Route.

-Mówisz o tym tak spokojnie, a przecież nikt wcześniej nie dokonał
podobnej rzeczy. Jak bez pomocy z zewnątrz, bez żadnego nadzoru... ? to
naprawdę niesłychane- kręciłem niedowierzająco głową.

-Rower był specjalnie skonstruowany, a bagaż nie przekraczał pięciu
kilogramów. Jedyne, co posiadałem to namiot, kuchenka, śpiwór, nóż,
leki, aparat fotograficzny, kompas, odbiornik GPS, telefon komórkowy i
maleńki panel słoneczny do ładowania baterii. Wykorzystałem wszystkie
możliwe środki i znajomości zagraniczne, by podróż mogła dojść do
skutku. Nie liczyłem na rozgłos, ani jakiekolwiek wynagrodzenie z tego
tytułu. Dopiero w warunkach całkowitego odosobnienia, z dala od
miejskiej dżungli i europejskiego ferworu, współczesny człowiek potrafi
zrozumieć istotę cierpienia.

Z wielkim zaciekawieniem słuchałem dalszej części tomaszowego
opowiadania i jakkolwiek by rozpatrywać tą historię, jedno jest pewne-
warto upodabniać się do cierpienia. Nie wolno nim żyć, ale na pewno nie
można przed nim uciekać.

P.S: Przesyłam ci muszlę, którą znalazłem spacerując rankiem po plaży.
Przyłóż ją do ucha, mam nadzieję, że podpowie ci jak dalej żyć. Mnie już
udzieliła rady, ale o tym w kolejnym liście...

Maurycy

Powrót