onet.pl PATRONAT
Dzieła w komnacie
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Komnata sztuk wszelkich

Powrót
Komnata Sztuk Wszelkich 241 - Sławomir Wysocki - "Wyprawa Sławka"

19 września
Ląduję około 15 w Caracas, odprawa paszportowa, wymiana 800$ na 2 miliony bolivarów (VEB), które mają mi wystarczyć na następne 31 dni.

20 września
Całonocna podróż autobusem z głową przy nawiewie klimatyzatora. Zmieniam plany, najpierw zobaczę Salto Angel więc wybieram się na zorganizowaną wycieczkę. Po negocjacjach płacę 400000 VEB lecąc do Canajmy w jedną stronę. Wycieczkę organizuje biuro Excursiones Kavac – 3 dni, 2 noce. Po przylocie rejs po lagunie i spacer w okolice wodospadów.

21 września
Rankiem wyruszamy pod wodospad, płyniemy Rio Carrao. W godzinach popołudniowych ukazuje się w oddali cienka nitka spadająca z nieba najwyższego wodospadu świata. Godzina marszu przez Selwę i staję przed gigantyczną czerwono-brunatną skałą, pośrodku której z wysokości 979 m uwalnia się potęga przyrody, by jeszcze zanim dotknie ziemi zmienić się w mgłę. Jestem zahipnotyzowany, wiem że wyprawa na szczyt warta będzie wszelkich trudów i wyrzeczeń.

22 września
Poranne pożegnanie w czerwonych promieniach wschodzącego słońca i powrót do Canajmy. Tu czeka mnie przyjemna niespodzianka. W Puerto Ucaimas cumuje curiara indiańskiej rodziny z Kamaraty, lokalnego przewodnika Santosa. Okazuje się, że wyprawa trwa 12 dni więc ustalamy, że powrócimy drogą lądową z Kamaraty do Kavanayen. Po ciężkich pertraktacjach ustalamy cenę na 1 milion VEB. Połowa teraz, połowa przed wyruszeniem w drogą powrotną przez Selwę.

23 września
Noc w obozowisku u podnóża Wei Tepui. Cały dzień płyniemy pod prąd pokonując czterokrotnie wodospady, gdzie curiara wciągana jest pod prąd przy pomocy całej załogi.

24 września
Poznaję codzienne życie Indian Pemon. Dziś jest niedziela. Idę na mszę w misji księży Kapucynów.

25 września
Wyruszamy o świcie, plecak waży ponad 15 kg. Zapasy na 2 tygodnie robią swoje. Odwiedzamy osadą Santa Marta. Tu ciągle nie dotarły zdobycze cywilizacji – prawdziwie zapomniany zakątek świata. Z Uruyaen 4 godziny marszu do Campamento Guaraca.



26 września
Ostro w górę. 8 godzin marszu, którego jedynymi towarzyszami są kolibry i wielkie czarne mrówki nazywane przez indian „24”. Ich ukąszenie powoduje na dobę paraliż kończyny.

27 września
Pobudka o 6 rano. Kolibry budzą mnie ze snu. Jeden zatrzymuje się przed moją twarzą i oddalony na wyciągnięcie ręki przygląda się brodatej postaci. Dzisiaj dojdziemy na szczyt. Ponad godzina ciężkiej wspinaczki po śliskich kamieniach, poco-poco (hiszp. pomalutku). Ciągle w górę, jak z bajki o szklanej górze, bez oglądania się w dół. Jednak gdy sie obejrzałem widok zaparł dech w piersiach – jesteśmy ponad chmurami. Pozostały jeszcze 2h do wejścia na płaskowyż, poco-poco. Przed nami najtrudniejszy odcinek. Poplątane śliskie korzenie drzew wyglądające jak kłębowisko węży. Prawie godzina morderczego marszu. Dochodzimy do pionowej, czerwonej skały Auyan Tepui. Upadek, poważnie rozbiłem sobie kolano i rozdarłem jedyne spodnie. Przed nami kanion La Paloma – wejście na szczyt. Po 20 min pionowej wspinaczki jesteśmy w połowie drogi. Plecak waży chyba ze 100 kg. Zapominam o kolanie, tak bardzo bolą mnie plecy. Kanion Paloma to szczelina między pionowymi skałami Tepui, spowity mgłą wygląda jak brama do piekieł. Pięciokrotnie używamy lin by wdrapać się na wielkie głazy. Znowu upadam na to przeklęte kolano. Czerwona plama na spodniach to nie ślady skał, to krew grupy B RH+. Po godzinie jesteśmy na górze. Krajobraz na szczycie wprost księżycowy, tak mogło wyglądać życie na marsie jeśli kiedykolwiek istniało – czerwone skały pokryte karłowatą, endemiczną roślinnością. Zastanawiam się dlaczego Tepui nazywane są górami stołowymi. Szczyt nie jest płaski.Wyrastają tu nowe łańcuchy górskie i całość poprzecinana jest kanionami głębokimi na kilkanaście metrów.

28 września
Poranek przywitał nas cudowną pogodą. Skały El Oso lśnią w promieniach wschodzącego słońca. Jestem na diabelskiej górze, lecz czuje się jak w raju. Dochodzimy do Rio Dragon. Przed nami pionowe skały o wysokości 200 m -kolejna trudność w drodze do wodospadu. Zachwyca mnie przyroda na szczycie Tepui.W wąwozach rzek wilgotny las tropikalny, a kilkadziesiąt metrów wyżej małe rośliny chwytają się swymi korzeniami każdego kawałka gleby. Wspinamy się na górę. Pokonujemy labirynt i zaczynają się mokradła. Kilometr trasy pokonujemy w 3h. Musimy uważać by nie zapadać się po uda w trzęsawisku.

29 września
Całodzienny marsz do ostatniego obozu z którego wyruszamy do wodospadu. Znowu bagno. Ciągle widać na szlaku obecność moich poprzedników, mimo że rocznie przechodzi tą trasą tylko kilkanaście osób. Zdeptane rośliny, które walczyły o przetrwanie kilkadziesiąt lat, juz nigdy się nie podniosą. Sam przyczyniam się do dewastacji tego wrażliwego ekosystemu.




30 września
Zostawiamy obozowisko i bez obciążenia wyruszamy do Salto Angel. 4h ciężkiej wędrówki i ukazuje się nam kanion Rio Keperpa, na końcu którego wyrywa się na wolność cel mojej przygody. Dochodzimy do wodospadu. Cudowny widok spadającej w dół wody, jestem w miejscu z którego wypływa najwyższy wodospad świata. Widok wart jest wyrzeczeń i trudów. Ja jeszcze tu wrócę! Jest po co żyć!

1 – 4 października
Powrót zajmuje 4 dni. Łatwiej bo w dół i bez obciążenia prowiantem. Powracam do Kamaraty.

5 – 6 października
Odpoczywam po trudach wyprawy. Przygotowuję się do przejścia przez Selwę z Kamaraty do Kavanayen.

7-14 października
Miało być 4 dni, wyszło 8. Santos drugiego dnia pomylił drogę. Straciliśmy ponad 2 dni. Przejście przez Selwę można określić dwoma słowami – zielone piekło. Prowiant skończył się po 4 dniach. Następne dni przetrwaliśmy łowiąc rybki wielkości sardynek. Z polowania nic nie wychodziło - mieliśmy szczęście tylko na początku. Trzykrotnie udało nam się upolować dzikiego ptaka. Po ośmiu dniach dotarliśmy do cywilizacji.

Bilans: przez 3 tygodnie schudłem 12 kg i odbyłem przygodę życia. Warto było!

Wracam do domu z mocnym postanowieniem że tu powrócę.

Powrót