|
|
Komnata Sztuk Wszelkich 238: Maurycy - „Drogi Umberto!”

Asuncion 11.02.2007 Drogi Umberto!
Moja dwumiesięczna eskapada po Ameryce Łacińskiej sprawiła, że zatęskniłem za wygodami jakie serwuje cywilizacja europejska. Owszem, jako reporter i podróżnik winienem przywyknąć do lokalnych niedogodności. Jednak fala niepowodzeń, jak spłynęła na mnie w ostatnim czasie, wprawiła mnie w kasandryczny nastrój. Przed tygodniem otrzymałem telefon od prezesa firmy, subwencjonującej moją wyprawę, który odmówił dalszego sponsoringu. Jak w perspektywie ogólnego pesymizmu i całkowitego braku funduszy znaleźć energię do dalszej wędrówki?
Nie pozostaje mi nic innego jak zatrudnić się, jako miejscowy kupiec lub rzemieślnik. W najgorszym wypadku sprzedam swojego Roamera, którego nabyłem będąc na delegacji w Oslo. Nie dostanę za niego kroci, ale w moim położeniu każde peso się liczy. Z moim wykształceniem nie sądzę, aby ktoś chciał mnie zatrudnić. Jak do tej pory zawód( bynajmniej nie chodzi o dziennikarstwo) nie przynosił mi korzyści materialnych, ale dzięki niemu udało mi się przeżyć. Pozwól, że opowiem ci tę nieprawdopodobną historię.
Właśnie przemierzałem ezoteryczną puszczę Amazońską. Ta niebezpieczna kraina, pełna dzikich zwierząt i mrocznych odgłosów dochodzących z wnętrza lasu, kryła w sobie wiele tajemnic. Wilgotne powietrze przecinał gwar szczebiotliwych ptaków oraz innych stworzeń, które nie są jeszcze znane nauce. Świadomość przebywania z tak wieloma gatunkami roślin, zwierząt i różnorodnymi krajobrazami wprawiła mnie w nastrój fascynacji, a zarazem strachu.
Najbardziej jednak obawiałem się spotkania z tubylcami, gdyż wkraczając w sferę ich mentalności, mógłbym być przez nich nieopatrznie zrozumiany. Bynajmniej nie przyszedłem z nimi walczyć, jedynie przekonać się na ile bohaterowie ,,Gwiazdy Mohawka są ich odzwierciedleniem.
Niewątpliwie podróż w głąb Amazońskiej dżungli okazała się największym wyzwaniem, a zarazem życiowym doświadczeniem. Najbardziej obawiałem się szmaragdowego węża boa, którego nazwa bynajmniej nie obrazowała jego naturalnego kamuflażu.
Ogrom piękna jaki otaczał mnie z wszech stron sprawił, iż nie odczuwałem jarzma codziennych problemów. W tym niebywałym chaosie dało się zauważyć pewną chronologię. Barwy i dźwięki układały się w jedną mozaikę krajobrazu. Różnorodny świat dżungli stanowił jakoby komórkę, przeprowadzającą metabolizm Ziemi, gdzie trująca materia z cywilizowanych kontynentów przemieniała się w pozytywną energię. Liście, światło, woda i dźwięk połączone lianami i epifitami, niczym siateczką śródplazmatyczną tworzyły jedną komórkę.
Moją uwagę przykuł sympatyczny czepiak czarny. Widząc akrobatyczny talent małpy postanowiłem zrobić jej kilka zdjęć. Niestety zwierzę widząc błysk flesza, natychmiast zeskoczyło z drzewa i zabrało aparat, znikając w czeluściach dżungli. Niestety podczas upadku uderzyłem głową w kamień i straciłem przytomność. Jak zwykle moja samotna podróż okazała się nierozsądną decyzją.
Otworzyłem oczy i ujrzałem nad sobą barwne twarze Indian, którzy mieli na głowach pióropusze, a w uszach zielone kolczyki również z ptasich piór. Do połowy gołe, muskularne ciała wskazywały ich tężyznę fizyczną. Odczułem pieczenie w okolicach stóp i nadgarstków. Okazało się, że zostałem skrępowany. Wcale nie miałem do nich żalu. W końcu to ja byłem przybyszem, który wkroczył na ich teren.
Dreszcz przeszedł mi po plecach, gdy ujrzałem dzidy oraz inne narzędzia walki. W każdej chwili ogniści przyjaciele mogli ich użyć. Na szczęście w tym momencie byli zajęci zupełnie czymś innym. Właśnie trwały obrzędy religijne. Tubylcy klęczeli wokół drewnianego kloca i składali ofiary z płodów ziemi. Następnie wódz odmówił jakąś modlitwę, a pozostali uczestnicy rytuału osypywali stopy popiołem.
Odetchnąłem z ulgą, kiedy ceremonia się zakończyła. Obawiałem się, że to właśnie ja zostanę złożony na ofiarnym ołtarzu. Język, jakim posługiwali się tubylcy był bardzo podobny do guarami, którym biegle operowałem. Rytuały Indian wiązały się oczywiście z legendą. Otóż Bóg Światła Itache chcąc, by w dżungli panowała jasność, kazał wyciąć okoliczne drzewa. Gdy tylko podniósł do góry topór, jego ciało poczęło drętwieć, aż cała postać zamieniła się w kawałek drewna. Od tamtej pory składane są ofiary z gałązek drzew i krzewów.
Wódz plemienia oznajmił, iż Bóg domaga się ofiary. Jeżeli biały człowiek, czyli ja nie ożywi zaklętego bóstwa, wówczas zginie. Pomyślałem, Boże pozwolisz, abym zginął w tej dzikiej przestrzeni? Czy dopuścisz, bym został spoliczkowany przez rękę tego świata, który tak bardzo zrozumiałem i pokochałem?!
Wolałem zginąć we własnym gąszczu domów i ludzi, gdzie papierowe krople deszczu miażdżyły biednych, gdzie blask neonów oślepiał płaczące w parku latarnie, gdzie wszyscy rzucali w siebie dzidami.
Powiedziałem szamanowi, że potrzebuję dwóch dni, by ożywić Itache. Leżałem na ziemi przykryty ciemnym sklepieniem nocy, myśląc o swym życiowym zadaniu.
- Cóż ja potrafię? Jestem reporterem, z zawodu stolarzem, potrafię pisać reportaże i wykonywać rzeczy z drewna... Ten błahy, a zarazem oczywisty fakt okazał się strzałem w dziesiątkę.
Postanowiłem ożywić ten przeklęty kawał drewna.
-Nie wyrzeźbię figurki, mogliby się jej przestraszyć. To musi być coś funkcjonalnego, coś, co ożyje w ludzkich rękach.
Udało mi się zrobić wspaniały stół. Nawet nie wiem kiedy bez pomocy fachowych narzędzi wyrzeźbiłem potężny mebel na czterech zdobnych nogach. Tubylcy byli zachwyceni. Na stole mogli jeść, składać ofiary, a odwracając go do góry nogami rozbijać twarde owoce.
P.S: Bóg nie musi ukazywać swego majestatu przed nami, byśmy uwierzyli, że istnieje. On jest jak powietrze, nie widzimy go, ale dzięki niemu żyjemy. Ważne, by wiara żyła w nas i naszych czynach. Wtedy piruety naszych myśli, czynów i słów będą miłe dla niewidzialnych oczu.
Maurycy
|