onet.pl PATRONAT
Dzieła w komnacie
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Komnata sztuk wszelkich

Powrót
Komnata Sztuk Wszelkich 234: Lakota - „Wanbli”
Padał rzęsisty deszcz zamieniający pole bitwy, którą właśnie stoczyły dwa rywalizujące ze sobą wrogie plemiona Lakotów i Wron, w wielką błotnistą kałużę. Lakotańscy wojownicy znosili z pola bitwy poległych i rannych współbraci i układali ich pod rozłożystymi topolami rosnącymi nieopodal strumienia. Właśnie przyniesiono tam ich rannego przywódcę o imieniu Wanbli Ohitika. Jego stan był poważny i należało jak najszybciej opatrzyć rany wojownika. W pobliżu w strugach deszczu stał młody, zaledwie szesnastoletni, chłopiec zwany Chaske. Ojciec młodzieńca zabrał swego jedynego syna na jego pierwszą wojenną wyprawę jako pomocnika przy koniach. Ojcem tym był ciężko ranny Wanbli Ohitika. Oczy chłopca napłynęły łzami, które z trudem usiłował powstrzymać. Chaske podszedł do miejsca, w którym upadł jego ojciec rażony strzałą z łuku wojownika z plemienia Wron. Młodzieniec schylił się i podniósł z błota drewnianą maczugę o okrągłym kamiennym obuchu, po czym jego wzrok padł na duży, okrągły przedmiot częściowo zatopiony w błotnistej mazi. Chaske z nabożną czcią podniósł przedmiot z ziemi. Była to bojowa tarcza jego ojca wykonana z drewnianego szkieletu, na który naciągnięta została twarda skóra bizona. Do obrzeża tarczy doczepiony był rząd siedmiu orlich piór. Na traczy namalowany był wizerunek szkarłatnego orła na czarnym tle. Orzeł miał rozpostarte skrzydła, a jego dziób zwrócony był w lewą stronę. Ptak miał ogon w kształcie wachlarza i potężne szpony. Zabłocona tarcza była w opłakanym stanie. Widać było na niej ślady uderzeń maczugami, a w kilku miejscach groty strzał uszkodziły skórzaną powłokę. Wizerunek orła natomiast nie doznał żadnego uszczerbku, tak jakby nie imała się jego żadna broń wroga.

Tego dnia, a ściślej tej nocy, nie wszystko szło po myśli lidera wyprawy, czterdziestoczteroletniego wojownika z plemienia Lakotów – Oglala zwanego Wanbli Ohitika. Choć zaplanował wszystko w najdrobniejszych szczegółach nie mógł przewidzieć do końca rozwoju wydarzeń. Mężczyzna przewodził grupie osiemnastu ochotników, którzy dołączyli do wyprawy zorganizowanej przez słynącego z niezwykłej odwagi wojownika Siuksów. Celem eskapady była wioska odwiecznych rywali Lakotów – Wron zwanych przez Siuksów - Kangitoka . Osada Wron znajdowała się w obecnym stanie Montana, wiele dni drogi od wioski Oglalów, w której mieszkał Wanbli Ohitika. Wrony byli właścicielami pięknych koni, które zamierzali ukraść Lakotowie. Po przebyciu długiej drogi na północny zachód, ze swoich ziem na terenie dzisiejszego stanu Wyoming, Oglalowie dotarli w końcu do osady Wron liczącej około trzydziestu stożkowatych tipi, o czterotyczkowej konstrukcji . Tuż obok osady, po jej południowej stronie, znajdował się korral , w którym Wrony zamknęli na noc duże stado koni. Na krótko przed tym jak Lakotowie znaleźli się w okolicy wioski Wron zaczął siąpić chłodny wrześniowy deszcz. Wkrótce dwóch młodych i niedoświadczonych wartowników pilnujących osady od jej południowej strony przemokło do cna i na wskroś przemarzło. Dwaj Indianie poszli ogrzać się przy dużym ognisku płonącym w północnej części wioski gdzie siedziało pięciu po zęby uzbrojonych wartowników. Wrony walczący z ostatnio aktywnymi Czarnymi Stopami spodziewali się ataków z północy …
Wanbli Ohitika i jego wojownicy wykorzystali sytuację, w której południowa strona obozu Wron, z której właśnie nadeszli, nie była strzeżona i błyskawicznie wdarli się do korralu z końmi. Każdy z Lakotów upatrzył sobie jednego lub dwa wierzchowce, po czym złodzieje koni rozpoczęli pośpieszny odwrót w kierunku, z którego przybyli. Właśnie w tej samej chwili zaszczekał pies. Jego donośne ujadanie zaalarmowało siedmiu wartowników, którzy poderwali się na równe nogi i zaczęli biegać po osadzie budząc i przekazując wieści wojownikom. Lakotowie nie zdążyli ujechać daleko od osady Wron, gdy oddział liczący prawie trzydziestu wojowników puścił się galopem za koniokradami, których widać było na bezdrzewnym preriowym widnokręgu oświetlonym blaskiem księżyca.
Zbliżał się poranek i nocna mżawka zamieniała się powoli w ulewę. Choć przewaga Lakotów nad ścigającymi ich Wronami była spora, to jednak coś znacznie spowalniało ich bieg. Były to narowiste konie Wron, które za wszelką cenę usiłowały wyrwać się obcym. Na dodatek deszcz, którego krople z impetem spadały na trawiastą prerię powodował, że ślady końskich kopyt stawały się bardzo wyraźnie odciśnięte na miękkiej od wody ziemi. W serca wojowników Wron wstąpiła nadzieja na dogonienie złodziei koni. Tak też się stało, gdy po ponad dwóch godzinach pogoni Wrony dopadli Lakotów nad wijącym się pośród traw potokiem. Wanbli Ohitika i lakotańscy wojownicy właśnie przekraczali płytki, dosyć szeroki bród, gdy za ich plecami usłyszeli bojowe okrzyki wznoszone przez swoich wrogów. Na Oglalów posypał się grad pierzastych strzał. Przywódca Siuksów wraz ze swoimi wojownikami zawrócili w miejscu swoje konie i popędzili w szaleńczym pędzie na wroga. Uderzenia końskich kopyt rozpryskiwały krople lodowatej wody ze strumienia zalewając końskie nogi, brzuchy i skórzane spodnie lakotańskich wojowników. Chwilę później dwa przeciwne sobie oddziały starły się w walce wręcz. W ruch poszły maczugi i lance. Chaske wraz z trzema młodymi towarzyszami przejechał na drugi brzeg strumienia i młodzieńcy zajęli się wyłapywaniem spłoszonych luzaków. Chaske z niepokojem myślał o swoim ojcu, który walczył wraz z innymi Lakotami przeciwko przeważającej sile wroga.
Deszcz wciąż padał i miejsce, w którym toczyła się walka na śmierć i życie stawało się coraz bardziej grząskie. Większość Wron dosiadało, potężnych i cięższych od typowych indiańskich rumaków, koni rasy appaloosa . Właśnie te masywne i niezwykle wytrzymałe wierzchowce, które przyczyniły się do doścignięcia złodziei koni okazały się na rozmokłym gruncie utrapieniem Wron. Końskie kopyta grzęzły głęboko w błocie utrudniając wierzchowcom i ich jeźdźcom sprawne i szybkie ruchy, tak istotne podczas walki. Widząc „błotniste” problemy swoich wrogów Wanbli Ohitika dostrzegł szansę przechylenia szali zwycięstwa na stronę Lakotów. Znany z wielkiej brawury i mężnego serca wojownik natarł gwałtownie na wrogów wznosząc bojowy okrzyk Siuksów – Hokka Hey!!! Podążyło za nim natychmiast kilku Oglalów. Natarcie było tak błyskawiczne i niespodziewane, że Lakotom udało się odepchnąć Wrony na pewną odległość. Atak, w którym kilku wojowników Wron poległo lub odniosło poważne rany odniósł taki skutek, że wrogowie zaczęli myśleć o odwrocie. Po brawurowym kontrataku Wronom udało się unieść z pola bitwy swoich zabitych i rannych. Po chwili Wrony zrezygnowali z dalszej walki i rozpoczęli odwrót. Lakotowie natychmiast pośpieszyli z pomocą swoim rannym wojownikom. Wanbli Ohitika triumfował. Indianin stał wyprostowany, a po jego policzkach spływały strugi deszczowej wody zabarwionej na czerwono i czarno. Jego wojenny malunek, wykonany farbą na twarzy przed zakradnięciem się do osady Wron, był prawie całkiem rozmyty przez deszcz. Wojownik wzniósł do góry rękę, w której dzierżył potężną drewnianą maczugę zakończoną obuchem wykonanym z okrągłego głazu. Indianin wydał ze swoich piersi przeraźliwy okrzyk zwycięstwa. I wtedy jeden z wojowników Wron jadący z tyłu swojej grupy, na koniu rasy appaloosa, o nakrapianej sierści zwanej „płatkami śniegu”, odwrócił się. Zupełnie niespodziewanie jęknęła cięciwa jego łuku i pierzasta strzała przeszyła powietrze wypełnione spadającymi z nieba kroplami wody. Pocisk poszybował w kierunku przywódcy Oglalów, po czym strzała ugodziła wojownika tuż pod barkiem zagłębiając się głęboko w ciało mężczyzny. Uderzenie było tak silne, że Wanbli Ohitika zachwiał się, po czym jego nogi ugięły się, a następnie Indianin osunął się na kolana. Po chwili wojownik opadł bezładnie na błotnistą maź rozoraną końskimi kopytami.

Rannego, dzielnego przywódcę Oglalów oraz innych rannych i poległych w bitwie Indian wieziono do osady. Lakotowie poruszali się szybko. Konie skradzione Wronom przyzwyczaiły się do swoich nowych właścicieli i nie sprawiały im już kłopotów. Indianie nie robili postojów w celu znalezienia pożywienia gdyż starym zwyczajem zabrali na swoją wyprawę po konie suszone bizonie mięso, które przechowywali w skórzanych torbach. W ten sposób mogli zaspakajać głód nie schodząc nawet z koni. Indianie przystawali tylko po to żeby opatrzyć rany swoich współbraci. Lakotom zależało na jak najszybszym dotarciu do swojej osady tak, aby rannymi mógł zająć się potężny szaman, w którego wielką moc wierzyli wojownicy. Choć Indianie mieli do dyspozycji luzaki nie ryzykowali ich dosiadać, gdyż konie wrogów trzeba było dopiero ujeździć po swojemu, a to mogło zając sporo czasu. Po kilku dniach wojownicy dotarli pewnego popołudnia do swojej osady. Mężczyźni, kobiety i dzieci gromadnie wylegli ze swoich tipi, aby przywitać członków wyprawy. Wojownicy z dumą zaprezentowali tabun zdobycznych wierzchowców mieszkańcom ich wioski. Radość z sukcesu eskapady na tereny Wron zmąciła jednak śmierć dwóch wojowników i tym, że kilku mężczyzn odniosło mniej lub bardziej poważne rany w boju. Żony i krewne poległych Lakotów na znak żałoby rozpuściły swoje zaplecione w warkocze włosy i umazały swoje twarze popiołem. Okrzyki radości bliskich tych mężczyzn, którzy powrócili cało z wyprawy mieszały się z lamentem tych, którzy stracili swoich mężów i ojców z rąk wrogich Wron. Stan przywódcy Lakotów był najcięższy. Rana zadana przez wojownika Wron była głęboka i mimo wielkich starań Oglalów nie goiła się najlepiej.
Minęło kilka dni od powrotu z wyprawy do krainy Wron. Wanbli Ohitika leżał w swoim tipi na posłaniu ze skór. Jego żona Zintkala Ska właśnie zaczęła przygotowywać strawę z mięsa jelenia upolowanego przez Chaske. Syn siedział na ziemi tuż obok łoża ojca. Kilka chwil wcześniej rodzinę odwiedził stary, wielce szanowany przez wszystkich, Szaman Nape Zi, który zmienił opatrunek na ranie wojownika. Szesnastolatek patrzył na swojego ojca, który odwzajemnił spojrzenie, uśmiechnął się, po czym rzekł do syna:

- Synu. Czuję się już lepiej. Szaman Nape Zi jest niezwykłym człowiekiem. Było ze mną krucho, ale dziś, gdy Szaman uśmiechnął się do mnie zobaczyłem w jego oczach nadzieję na to, że wszystko będzie dobrze. Rana zadana mi przez wojownika Wron zaczyna się nareszcie powoli goić. Wiesz, zanim Twoja Mama przygotuje nam posiłek opowiem Ci pewną historię, jeśli chcesz.

Chaske odparł z radością w głosie:
- Chcę Ojcze i cieszę się, że już lepiej się czujesz. Bardzo się o ciebie bałem.
Wojownik odparł z uśmiechem:
- Już dobrze. Nie martw się. A teraz posłuchaj.
Wanbli Ohitika rozpoczął swoją opowieść, co jakiś czas przerywając na chwilę, aby zebrać nadwątlonych sił do kontynuowania historii.

- Było to wtedy, gdy byłem tylko nieco starszy od Ciebie i nie znałem jeszcze Twojej Mamy. Nie nazywałem się wtedy tak jak teraz i byłem bardzo młodym wojownikiem. Raz tylko do tej pory wziąłem udział w potyczce z Szoszonami. Nadszedł miesiąc zielonych liści . Nasz wielki wódz Igmuwatogla Sa postanowił sprawić sobie nowy pióropusz na ceremonię Tańca Słońca . Jego stary pióropusz składał się już z ponad trzy razy po dziesięć orlich piór i wódz postanowił zamówić nowy pióropusz, do którego miały być dołączone dwie długie szarfy na kolejne pióra będące symbolem dokonanych przez niego wojennych czynów. Mój wielki przyjaciel Wanbli Ota, który po dziś dzień słynie z umiejętności zdobywania orlich piór, podjął się spełnić życzenie wodza. Wanbli Ota zabrał mnie ze sobą na wyprawę w góry w celu zdobycia piór młodych złocistych orłów. Przed podróżą przez cztery dni pościliśmy, każdy osobno, z dala od naszej osady. Ci, którzy chcą zdobyć pióra złocistego orła zawsze tak czynią, mój Synu. Później wyruszyliśmy razem konno o świcie, a pod wieczór dotarliśmy w okolicę gdzie są wysokie góry gęsto porośnięte sosnami. Zrobiliśmy z gałęzi sosnowych szałas i zapadliśmy w głęboki sen. Tej nocy mojemu towarzyszowi przyśniło się kilka orłów szybujących na niebie, co Wanbli Ota wziął za dobrą wróżbę. Rankiem upolowaliśmy z łuku dwa króliki. Potem mój przyjaciel zabrał mnie na znaną już sobie polanę wysoko w górach. Porośnięta była tylko trawą i krzewami. Udało nam się do niej dotrzeć na naszych koniach gdyż góry te nie są zbytnio strome. Przywiązaliśmy nasze konie do drzew, po czym przy pomocy długich kości bizona, które ze sobą zabraliśmy, wykopaliśmy głęboki dół, który przykryliśmy sosnowymi gałęziami. Jednego z upolowanych królików położyliśmy na tym rusztowaniu, a sami wskoczyliśmy do dołu. Czekaliśmy tak wypatrując nieba przez małe otwory w rusztowaniu. Nagle pojawiły się trzy ptaki o czarno-granatowych piórach i wielkich prostych dziobach. Były to wrony. Zleciały wprost na rusztowanie i chciały dobrać się do pozostawionej przez nas przynęty, lecz natychmiast je odgoniliśmy. Czekaliśmy dalej. Kiedy miało się już ku wieczorowi na niebie pojawił się ptak o rozłożystych skrzydłach i dużym wachlarzowatym ogonie. Ptak zataczał przez chwilę kręgi nad polaną, po czym gwałtownie zaczął spadać w dół. Był to złocisty orzeł , który swym bystrym wzrokiem dostrzegł upolowanego przez nas królika. Orzeł spadł wprost na rusztowanie z gałęzi. Na to tylko czekał mój przyjaciel, który wprawnym, błyskawicznym ruchem ręki pochwycił orła za nogi. To najniebezpieczniejszy moment dla łowcy orłów gdyż jego błąd może doprowadzić do poważnych ran zadanych przez niezwykle ostre i długie szpony ptaka. Wanbli Ota zacisnął swą lewą dłoń na obydwu nogach orła, a drugą szybko wyrwał jedno pióro z ogona ptaka. Gdy tylko pióro znalazło się w posiadaniu mojego druha, Wanbli Ota wypuścił oszołomionego orła na wolność. Ptak poszybował przez czerwone od zachodzącego słońca niebo jak strzała. Był to młody orzeł, który jak powiedział mi mój przyjaciel, miał trzy lata. Zdobyte pióro było jasne z czarnymi nieregularnymi plamkami. Miało też pojedynczą białą plamę. O młodych orłach mających do pięciu lat mówimy, że są nakrapiane. Później pióra orłów stają się brązowe i już nie są tak wartościowe dla nas jak jasne pióra młodych ptaków. Wkrótce zrobiło się ciemno, więc wyszliśmy z naszej mrocznej jamy. Byliśmy bardzo głodni, więc upiekliśmy królika na ogniu. Nazajutrz wstaliśmy, gdy słońce jeszcze nie wzeszło na niebo i znów wskoczyliśmy do naszego dołu, wcześniej zakładając przynętę na sosnowe gałęzie. Tym razem nie czekaliśmy długo na przybycie orła. Wanbli Ota powtórzył swoją starą sztuczkę i znów wyrwał innemu młodemu orłowi jedno pióro. Było jasne jak pióro tamtego pierwszego orła, ale czarny rysunek był zupełnie inny. Nigdy nie trafiają się dwa takie same rysunki na piórach młodych orłów, mój Synu. Trzeciego dnia naszej wyprawy to mnie udało się wyrwać jedno pióro z ogona złocistego orła. Orzeł szamotał się ze mną przez chwilę i o mały włos nie poranił moich rąk ostrymi szponami, ale zdołałem go utrzymać w lewej ręce, gdy prawą wyrwałem mu szybkim ruchem ręki pióro z ogona. Czwartego dnia czekaliśmy długo na przybycie orła, ale warto było siedzieć w jamie wypatrując nieba… Nagle nadleciał młody ptak, który dostrzegł naszego królika i po chwili znalazł się na rusztowaniu nad naszymi głowami. Wanbli Ota chwycił go za nogi i wyrwał trzepoczącemu skrzydłami ptakowi jedno pióro z jego ogona liczącego dwanaście piór. Uwolniony ptak poleciał w dal, a ja spojrzałem na pióro. Było inne od tych, jakie zdobyliśmy wcześniej. Więcej niż jego połowa była śnieżnobiała, a reszta aż do samego czubka była czarna. Mój przyjaciel wyjaśnił mi, że właśnie zdobyliśmy pióro młodej nie mającej jeszcze roku orlicy. Takie pióra nasi ludzie cenią najbardziej, mój Synu.

Opowieść snutą przez wojownika przerwała jego żona Zintkala Ska, która przyniosła mężowi drewnianą miskę pełną kawałków mięsa jelenia uduszonego w sosie z dodatkiem przypraw. Następnie podała drugą miskę strawy synowi. Po chwili cała trójka zaczęła jeść swój ciepły posiłek. Po zjedzonym mięsnym daniu, Wanbli Ohitika kontynuował swą opowieść mówiąc:

- Po zdobyciu pióra orlicy wróciliśmy do naszej osady. Wódz był wielce rad z naszych łowów. Otrzymaliśmy od niego kilka skór bizonich i sporo dobrych strzał do naszych łuków. Oczywiście mój przyjaciel zdobył więcej piór, ale znany jest ze swojej hojności i Wanbli Ota podzielił dary od wodza po równo między nas. Wyruszałem jeszcze kilka razy z moim towarzyszem na łowy w te same góry i za każdym razem wracaliśmy zadowoleni do naszej osady gdzie wódz znów okazywał nam swoją radość i zawsze dobrze nas wynagradzał za zdobycie orlich piór. Kiedy w miesiącu czerwonych wiśni wódz wziął udział w Tańcu Słońca, miał na głowie pióropusz, którego przepaskę zdobiły barwione kolce jeżozwierza, a z boków zwisały śnieżnobiałe pasy z futra gronostajów. Po bokach pióropusza zwisały dwie długie szarfy, w które zatknięte były pióra zdobyte przez mojego druha i przeze mnie. W sumie pióropusz liczył pięć razy po dziesięć orlich piór. Zgodnie ze zwyczajem, aby wziąć udział w Tańcu Słońca trzeba otrzymać zaproszenie. Byliśmy dumni, że nasz wielki wódz zaprosił właśnie nas. Nasze twarze promieniały, gdy podczas ceremonii patrzeliśmy na piękny pióropusz wielkiego wodza Igmuwatogla Sa.

Wanbli Ohitika przerwał swą historię. Mężczyzna odsapnął chwilę, po czym zaczął ponownie opowiadać:
Następnej jesieni w miesiącu kolorowych liści wybrałem się z Twoim Dziadkiem Tatanka Sapa i siedmioma myśliwymi na polowanie na jelenie. W pewnej chwili zupełnie niespodziewanie uderzyli na nas liczni Szoszoni. Ich twarze były pomalowane w wojenne barwy gdyż wyruszyli, aby walczyć z naszymi ludźmi. Na ich czele jechał wojownik, którego twarz była cała pomalowana na czerwono. W rozpięte włosy miał wpięte pięć orlich piór. Szoszoni byli o wiele liczniejsi od nas i nasza sytuacja wydawała się beznadziejna. Przez myśl przebiegł mi obraz Twojej Mamy, którą chciałem wkrótce poślubić, a której mogłem już nigdy nie zobaczyć. Nie chciałem ginąć tego dnia… Bez chwili zastanowienia wskoczyłem na swojego brązowego konia w białe łaty i z bojowym okrzykiem ruszyłem na Szoszonów. Wrogowie strzelali do mnie ze swych potężnych łuków z rogów owcy , ale żadna ze strzał nie dosięgnęła mnie. Po chwili wpadłem z impetem w szyki wroga, po czym zaliczyłem jedno, drugie, trzecie, a potem czwarte uderzenie . Nasi ludzie, którzy byli ze mną tamtego dnia wydali okrzyki podziwu i po chwili wskoczyli na swoje konie i popędzili wprost na Szoszonów. Wtedy ujrzałem wojownika wrogów, o twarzy czerwonej jak zachodzące słońce, i wpadłem na jego konia z taką siłą, że koń przewrócił się przygniatając wroga swoim ciałem. W tej samej chwili kilku wojowników natarło na mnie z wściekłością. Broniłem się zaciekle przed razami ich maczug i lancy. Dzięki Twojemu Dziadkowi i naszym ludziom udało mi się uniknąć śmierci. Wszyscy walczyliśmy z całych sił, lecz liczniejsi wrogowie odepchnęli nas, po czym kilku wojowników zeskoczyło z koni i podniosło z ziemi Szoszona, którego wcześniej zrzuciłem z konia. Wojownicy posadzili tego mężczyznę na koniu i nagle niespodziewanie Szoszoni odjechali z pola bitwy. Po latach dowiedziałem się, że ten wojownik z czerwoną twarzą był synem wodza. Przeżył ten upadek i po dziś dzień daje się czasem naszym ludziom we znaki. To wielki wojownik. Nikt z naszych ani z Szoszonów nie poległ w tej walce. Wszyscy odnieśliśmy mniej lub bardziej groźne rany, ale nie było w naszej osadzie żałobnych lamentów kobiet po naszym powrocie. Myślę, że sam Wakan Tanka poprowadził mojego konia, gdy runąłem na Szoszona o czerwonej twarzy… Po powrocie do osady wódz Igmuwatogla Sa nadał mi moje nowe imię, które noszę po dziś dzień. Za zaliczenie czterech uderzeń, co musieli, zgodnie z naszym zwyczajem, potwierdzić świadkowie biorący udział w bitwie, otrzymałem prawo do noszenia pióra, którego dwie krawędzie zostały nacięte na całej długości w ząbki. Pióro orła podarował mi mój przyjaciel Wanbli Ota. To wtedy stałem się prawdziwym wojownikiem. Wkrótce poślubiłem Twoją Mamę, której rodzice, a Twoi Dziadkowie, łatwo zgodzili się na nasz ślub...

Wanbli Ohitika uśmiechnął się do Syna, po czym zamyślił się na chwilę wspominając dawne czasy. Po chwili jego oczy zabłysły, mężczyzna podniósł się lekko na swoim posłaniu i zapytał:

- Synu. Czy wiesz, co stało się z moją bojową tarczą, na której widnieje malunek orła – mojego ducha opiekuńczego?

Chaske uśmiechnął się do ojca tajemniczo, po czym wstał i rzekł:

- Ojcze, zaraz wrócę, a następnie wyszedł z rodzinnego tipi.

Syn podszedł do specjalnego stojaka z drewnianych tyczek, stojącego tuż obok tipi, i zdjął z niego tarczę. Potem wszedł z powrotem do tipi i zbliżył się do łoża ojca kładąc przed nim, na posłaniu ze skór bizonów, bojową tarczę. Wanbli Ohitika popatrzał na tarczę ze zdumieniem, po czym podniósł wzrok na Syna. Chaske przemówił tymi słowami do swojego ojca:

- Ojcze. Razem z Twoim najlepszym przyjacielem – Wanbli Ota – naprawiliśmy dziś rano Twoją tarczę. Ja wzmocniłem drewnianą konstrukcję i naprawiłem uszkodzone strzałami miejsca, a Wanbli Ota przymocował do tarczy siedem piór młodych orłów złocistych. Stare pióra uległy zniszczeniu podczas bitwy z Wronami. Wiem, że malunek na tarczy może być wykonany tylko ręką wojownika, który ją nosi, ale Ojcze rysunek orła był nietknięty uderzeniami wrogów.

Wanbli Ohitika ujął dłoń Syna i spojrzał z miłością w jego oczy, po czym zwrócił się do niego wypowiadając te słowa:

- Dziękuję Ci Synu i dziękuję mojemu Przyjacielowi. Orzeł, mój duch opiekuńczy ma wielką moc. Był ze mną podczas bitwy z Wronami i chronił mnie i Ciebie przez cały czas.

KONIEC

Słowniczek imion w języku Lakotów:

Wanbli Ohitika – Dzielny Orzeł
Chaske – Pierwszy (w odniesieniu do pierworodnego syna)
Zintkala Ska – Biały Ptak
Nape Zi – Żółta Ręka
Igmuwatogla Sa – Czerwona Puma
Wanbli Ota – Wiele Orłów
Tatanka Sapa – Czarny Bizon


Powrót