|
|
Komnata Sztuk Wszelkich 217: Lakota - „Sunka Wakan”

Tętent kopyt wzmagał się z każdą chwilą, a ziemia drżała pod naporem biegnącego stada. Wiedział, że to nie były bizony, ale to jednak jakieś zwierzęta „grały” niezwykłą muzykę w jego uszach. Dostrzegł tumany kurzu spowijające masę pędzących zwierząt. Wytężył wzrok i wtedy zobaczył je … Miały piękne, smukłe szyje ozdobione długim gęstym włosiem, a ich sierść miała różne odcienie barw od żółci, poprzez kolor czerwonej ziemi, jasny i ciemny brąz, aż do połyskującej czerni. Zwierzęta biegły w zwartej masie, jednak w ich ruchu nie było chaosu. Ocknął się ze snu i usiadł na posłaniu zrobionym z bizonich skór. W jego domu, wykonanym również ze skór bizonów i drewnianych tyczek, panował mrok rozjaśniony jedynie światłem z dogasającego ogniska usytuowanego pośrodku okręgu naturalnej trawiastej podłogi. Mężczyzna wstał z posłania, ubrał leginsy z jeleniej skóry i skórzaną koszulę, a na stopy nałożył mokasyny ozdobione barwionymi kolcami jeżozwierza, tworzącymi geometryczne wzory. Podszedł do wyjścia i odsznurował skórzaną klapę stanowiącą wejście do jego tipi. Mężczyzna wyszedł na zewnątrz. Był średniego wzrostu dwudziestokilkuletnim młodzieńcem o żółtawo-brązowej cerze, kruczoczarnych rozpiętych włosach opadających mu poza środek pleców i ciemnobrązowych oczach o miłym spojrzeniu, które zdradzały człowieka o dobrym usposobieniu. Miał na imię Hehaka Sapa i należał do Oglalów, którzy stanowili najdalej na zachód wysuniętą podgrupę plemienia Siuksów, czyli Lakotów, mieszkających na pograniczu obecnych amerykańskich stanów Dakota Południowa i Wyoming. Nazwa Oglala oznacza dosłownie „rozpraszać się”, jako, że ta podgrupa Lakotów zamieszkiwała rozległe obszary. Przed tipi, na drewnianym rusztowaniu wisiała niedokończona jeszcze tarcza z bizoniej skóry. Pośrodku tarczy widniał zaczęty dopiero wizerunek pędzącego czarnego jelenia wapiti na czerwonym tle. Było jeszcze ciemno, a niebo nad Indianinem wyglądało jak nieskończenie wielkie morze smoły, do którego jakaś pozaziemska istota powrzucała migoczące blaskiem diamenty. Jedynie światło księżyca w pełni oświetlało nieco obozowisko. Hehaka Sapa nie mógł przestać myśleć o swoim niezwykłym śnie i tajemniczych zwierzętach spowitych kurzawą i pędzących jak wiatr po prerii. Nagle z oddali dobiegło wycie wilka, co natychmiast wzbudziło poruszenie wśród obozowych psów. Kilka z nich zaszczekało donośnie. Indianin postanowił przejść się po osadzie liczącej kilkadziesiąt stożkowatych tipi zbudowanych tak jak jego dom, leżący na skraju wioski, ze średniej długości tyczek, na które wciągnięto zszyte ze sobą, przy użyciu ścięgien i kościanych igieł, wielkie bizonie skóry. Przez otwór na szczycie unosił się do nieba dym z palenisk. Powoli zbliżał się poranek, wiał ciepły letni wiatr, który tańczył po trawiastej prerii wprawiając jej bujną roślinność w falujący ruch. Hehaka Sapa zamyślił się i zadumał nad znaczeniem tajemniczej wizji, jakiej tej nocy doświadczył. Minęło kilka dni od niezwykłego snu Indianina z plemienia Lakotów. Młody mężczyzna siedział przed swoim tipi rozmawiając ze swoim ojcem o imieniu Mato Hota na temat dokończonej kilka dni wcześniej bojowej tarczy. Nagle młodzieniec podniósł wzrok i w oddali dostrzegł zbliżających się w ich kierunku ludzi. Była to niewielka grupka składająca się zaledwie z siedmiu osób. Lecz to nie ludzie wzbudzili ogromną ciekawość młodego mężczyzny i jego ojca. Po lewej stronie zmierzających w kierunku wioski Indian kroczyło jakieś zwierzę, na którego grzbiecie siedział niskiej postury człowiek. Minęło kilka minut i mała grupka Indian pojawiła się w osadzie. Hehaka Sapa i Mato Hota natychmiast rozpoznali przybyszów. Była to grupa składająca się z ojca, syna i kilku ich krewnych należących do Indian Hunkpapa, podgrupy plemienia Lakotów liczącego łącznie siedem ściśle powiązanych ze sobą odłamów. Po chwili kolejni mieszkańcy osady przybywali na spotkanie z przybyszami. Jeden z Hunkpapów, zaledwie szesnastoletni, był lekko ranny i to on właśnie przybył na grzbiecie osobliwego zwierzęcia. Indianki i Indianie patrzeli z zaciekawieniem połączonym z lękiem na dużych rozmiarów zwierzę, jakiego jeszcze nigdy wcześniej nie widzieli. Nikt nie śmiał podejść do tego stworzenia, które za rzemienny postronek trzymał około dwudziestoletni Indianin Oglala - Sungmanitu tanka. Nikt za wyjątkiem jednego człowieka. Hehaka Sapa uśmiechnął się i podszedł bez obawy do zwierzęcia ku wielkiemu zdziwieniu mieszkańców osady. On już widział kiedyś to zwierzę. Zobaczył je w swoim niedawnym śnie. Podszedł do tajemniczego przedstawiciela królestwa zwierząt o smukłej szyi, barwy czerwonej ziemi, porośniętej grzywą o tej samym ognistym kolorze i dużej głowie ze średniej wielkości uszami, które poruszały się wyłapując najdrobniejsze nawet dźwięki. Panowała cisza zmącona jedynie ujadaniem psów żółtej i brązowej maści, które tak jak i ludzie z osady po raz pierwszy widziały to zadziwiające zwierzę. Hehaka Sapa spojrzał głęboko w duże ciemne oczy zwierzęcia, po czym spokojnie podniósł rękę i pogłaskał jego pysk. Z tłumu Indian dobiegły okrzyki zachwytu nad czynem młodego współplemieńca. Hehaka Sapa wymienił się pełnym dobroci spojrzeniem z młodszym od siebie o kilka lat Sungmanitu tanka, który był jego najlepszym przyjacielem od czasów dzieciństwa i obaj młodzieńcy uśmiechnęli się do siebie radośnie. W tłumie Lakotów ktoś wyszeptał dwa słowa - sunka wakan, które rozeszły się błyskawicznie podawane z ust do ust. Po chwili wszyscy szeptali te dwa słowa jak jakieś magiczne, tajemne zaklęcie. Dwa tygodnie przed opisywanym zdarzeniem, Sungmanitu tanka wyruszył wraz ze swoim ojcem He Wonjetah i pięcioma Hunkpapami – krewnymi ze strony jego matki o imieniu Tashina Pte, na polowanie. Gdy Indianie wracali z udanych łowów na zwinne i szybkie jak wiatr antylopy widłorogie, wpadli nagle na spory, około trzydziestoosobowy konny oddział wojowników z plemienia Szoszonów, czyli Węży, którzy polowali na bizony na obszarze, który dawniej należał do nich, a z którego zostali wyparci przez skonfederowane plemiona Czarnych Stóp, Kri i Assiniboin w połowie XVIII wieku. Szoszońscy wojownicy dosiadający wspaniałych wierzchowców mogli z łatwością pokonać niewielką grupkę pieszych Lakotów. Węże ruszyli z impetem i wściekłością na garstkę Oglalów i Hunkpapów. Ich serca przepełnione były nienawiścią do tych, którzy jak wiele innych plemion przybyli z dalekich krain i zawładnęli Wielkimi Równinami. Choć to Indianie Piegan, należacy do plemienia Czarnych Stóp, oraz ich sprzymierzeńcy Kri i Assiniboin uzbrojeni w broń palną, której nie posiadali Szoszoni, wyparli Węże z ich ojczystej ziemi, to przecież Lakotowie też uchodzili w ich oczach za najeźdźców. Ci obcy przybysze mogli przecież swobodnie polować na bizony i cieszyć się ze skarbów preriowej krainy, a nie tak ja jej prawowici właściciele przebywać długą i ryzykowną drogę po to, aby zaledwie uszczknąć nieco jej bogactwa. W początkowej fazie walk o przestrzeń życiową na preriach pomiędzy Czarnymi Stopami i ich sprzymierzeńcami, a Szoszonami, przewaga pieszych wojowników nad konnymi Wężami brała się wyłącznie z faktu, iż wrogowie Szoszonów posiadali broń palną, uzyskiwaną w wyniku handlu skórami zwierząt z białymi, którą doskonale umieli się posługiwać. Szoszoni nie mieli dostępu do takiej broni. Jednakże w ostatecznej fazie walk Czarne Stopy zaczęli atakować siedziby Węży i podkradać im konie. Szybko opanowali technikę jazdy konnej i wkrótce stali się wspaniałymi jeźdźcami. Wtedy ostatecznie przesądził się los Szoszonów, którzy musieli opuścić swoje ziemie. Powietrze wypełniły wojenne okrzyki Szoszonów uzbrojonych w łuki, lance i straszne pukamoggan – bojowe pałki o kamiennych obuchach, przed którymi czuli respekt liczni wrogowie Szoszonów. Lakotowie przez chwilę stali jak sparaliżowani. Jednakże po chwili wyszli z odrętwienia i zaczęli razić nacierających konnych wojowników strzałami wypuszczanymi ze swoich krótkich łuków. Szoszoni kryli się przed tymi pierzastymi pociskami za swoimi małymi, okrągłymi tarczami z bizoniej skóry. Jednakże czterech z nich odniosło rany w wyniku ostrzału ze strony grupki wrogów. Jeden z rannych Szoszonów spadł ze swojego wierzchowca i dotkliwie się poturbował. Natychmiast przyspieszył mu na pomoc jego współplemieniec. Dzięki celności swoich strzałów Lakotowie zdołali odeprzeć na chwilę atak Węży. Siuksowie nie mieli czasu na zastanawianie się nad swoją beznadziejną sytuacją i raz po raz wypuszczali kolejne strzały ze swoich łuków. Powoli jednak pierzasty arsenał w skórzanych kołczanach Lakotów zaczął topnieć jak wiosenny śnieg. Tym razem kolejna szarża Szoszonów mogła zakończyć się powodzeniem, a zarazem klęską Lakotów. Stary, doświadczony wojownik Oglalów - He Wonjetah zaczął nucić pieśń śmierci … I wtedy stał się cud. Nagle za plecami Hunkpapów i Oglalów pojawili się Indianie, którzy dosłownie w jednej chwili wyrośli jakby spod ziemi. Ich piesza grupa była bardzo liczna i świetnie uzbrojona gdyż byli na wojennej ścieżce i właśnie wracali z udanego rajdu przeciwko Wronom. Byli to Hunkpapowie. Prowadził ich około czterdziestoletni wódz Shinte Sapa, znamienity wojownik ubrany w przepaskę biodrową, leginsy i mokasyny. Na jego nagim torsie wisiał kościany napierśnik ozdobiony piórami i puchem orła. W długich włosach Indianin miał wpięte pięć swobodnie zwisających orlich piór. Jego twarz pomalowana była w barwy wojenne. Czoło, okolice wokół oczu i nos były pomalowane na czarno, zaś obszar wokół ust i broda miały kolor ciemnej czerwieni. Indianin w lewej ręce dzierżył krótki łuk wzmocniony ścięgnami dla jego lepszej elastyczności. Takie łuki pierwotnie wykonywali Szoszoni, od których inni Indianie przejęli tę doskonałą technikę wyrobu broni. W prawej dłoni trzymał pierzastą strzałę z krzemiennym grotem. Jego wojowników było ponad pięćdziesięciu i wszyscy tak jak ich przywódca mieli twarze pomalowane wojennymi barwami. Niektórzy mieli namalowane na policzkach żółte zygzaki symbolizujące błyskawicę, inni mieli na twarzach poziome lub pionowe pasy w kolorze żółtym, białym, czerwonym lub czarnym. Inni zaś mieli twarze pokryte białymi lub żółtymi kropkami. Część wojowników miała też pomalowane ręce, nogi i torsy. Na swoich okrągłych skórzanych tarczach, ozdobionych orlimi piórami, wojownicy Hunkpapa mieli namalowane symboliczne wizerunki swoich opiekuńczych duchów, w postaci zwierząt, uzyskane dzięki wizjom. Mimo przewagi, jaką stanowiły dla Szoszonów konie, Węże nie ryzykowali starcia z licznym i dobrze uzbrojonym przeciwnikiem, który nagle dosłownie zasypał ich gradem pierzastych strzał. Jako, że Hunkpapowie oddali strzały z daleka, strzelając ponad małą grupą swoich pobratymców, Szoszoni mieli dość czasu, aby ukryć się za swoimi tarczami i nie stracili żadnego wojownika. Tym razem uznali swoją porażkę i nie czekając na kolejną salwę z łuków wroga, odwrócili się na swoich rumakach i pogalopowali przez prerię przed siebie. Nieszczęśnik, który spadł ze swego wierzchowca, w początkowym etapie potyczki, został zabrany z pola walki przez swojego towarzysza, który usadowił go za sobą na koniu.
Młody ogier należący do rannego Szoszona, nie przywykły do ferworu walki, spłoszył się i teraz błąkał się zdezorientowany wśród drzew dzikiej wiśni. Jego przednie nogi pomalowane były w żółte zygzaki symbolizujące pioruny, a do grzywy i uzdy doczepione były orle pióra. Sungmanitu tanka, który jako nastolatek przez kilka lat przebywał w niewoli u Indian Piegan, z kanadyjskiej prowincji Saskatchewan, podgrupy Czarnych Stóp, w przeciwieństwie do swoich towarzyszy, miał już wcześniej do czynienia z końmi i umiał się z nimi obchodzić. Potrafił też doskonale na nich jeździć. Na początku swojego pobytu u Czarnych Stóp, Sungmanitu tanka był traktowany z rezerwą, a nawet z wrogością przez tych, z którymi przyszło mu dzielić swoje młode życie. Zaganiany był do ciężkich prac, czasem młodzieńcy szydzili z niego i bili się z nim. Sungmanitu tanka zwykle wychodził zwycięsko z opresji, jako, że był rosłym i silnym Indianinem, a jego dłonie miały wprost żelazny uścisk. Wspaniale potrafił też obchodzić się z końmi i pomimo młodego wieku jeździł na nich tak samo dobrze jak zaprawieni w bojach wojownicy Czarnych Stóp. Dzięki temu zaczął cieszyć się uznaniem w osadzie. Po pewnym czasie Czarne Stopy całkiem przekonali się do Indianina z plemienia Lakotów i traktowali go jak współplemieńca. Jednakże młody Oglala nigdy nie zapomniał kim jest, ani też na chwilę nie przestał myśleć o ucieczce i powrocie do swojej matki, ojca i rodzeństwa, mimo, iż jego przybrani rodzice byli dla niego dobrzy . Wreszcie pewnego grudniowego dnia, na kilka lat przed potyczką z Szoszonami, Sungmanitu tanka całą noc żarliwie modlił się do Wielkiego Ducha, którego Lakotowie zwą Wakan Tanka. Prosił o siłę niedźwiedzia, wzrok orła i słuch pieska preriowego. Prosił o znak, który podpowiedziałby mu, że wreszcie nadeszła odpowiednia chwila. Następnego dnia od samego rana szalała burza śnieżna, Czarne Stopy siedzieli w swoich ciepłych tipi otuleni w skóry bizonie, wywrócone włosiem do wewnątrz, mężczyźni palili fajki, gawędzili i wspominali swoje chwalebne czyny wojenne, a kobiety rozmawiały ze sobą, szyły nowe ubrania i gotowały strawę. Nikt nie przewidywał jakichkolwiek niespodzianek. Sungmanitu tanka zrozumiał, co chciał mu przekazać Wielki Duch. Gdy wieczorem śnieżna zawierucha nieco zelżała, młodzieniec wskoczył na konia i pogalopował przed siebie. Kopyta jego rumaka rasy pinto, w brązowe i białe łaty, zostawiały ślady na świeżym śniegu, ale już po chwili wiatr zasypywał je białym puchem. Podążając w kierunku zimowych siedzib Lakotów daleko na południowym wschodzie, Sungmanitu tanka widział oczami wyobraźni naradę plemienną i płomienne przemówienie wodza Indian Piegan ubranego w pióropusz z orlich piór, które umocowane były idealnie pionowo do góry, inaczej niż pióropusze Lakotów, w których orle pióra były odchylone pod kątem do tyłu. Widział długie śnieżnobiałe kitki z ciemnymi końcówkami wykonane z futra gronostajów i doczepione do pióropusza, a pod opaską zdobioną barwionymi kolcami jeżozwierza, do której przymocowane były orle pióra, dostrzegł gniewne spojrzenie oczu wodza, który potępiał występek niewdzięcznego młodzieńca. Burza śnieżna szalała przez kilka kolejnych dni i żaden wojownik z plemienia Czarnych Stóp nie wyruszył w pościg za młodym uciekinierem. Kiedy po długiej i wielce niebezpiecznej podróży młodego mężczyznę dzieliły zaledwie trzy dni drogi od zimowej siedziby Oglalów, w której przebywali jego bliscy, jego wierzchowiec padł z wycieńczenia. Na szczęście Sungmanitu tanka dotarł pieszo do swoich ku wielkiej uciesze rodziców, rodzeństwa i reszty współplemieńców. Cieszył się ze łzami w oczach także jego przyjaciel z dziecięcych lat Hehaka Sapa. Minęło kilka lat od chwili, gdy Sungmanitu tanka powrócił ze swoim ojcem i Hunkpapami do osady po starciu z Szoszonami. Pewnego czerwcowego dnia dwóch Indian Lakota wybrało się na wspólne łowy. Właśnie leżeli w trawie na szczycie niewielkiego wzniesienia i obserwowali bezkresną prerię przed sobą. Nagle Indianom ukazał się widok zapierający dech w piersiach. To było duże stado zwierząt pędzących na złamanie karku przed siebie wzbijając swoimi kopytami chmury pyłu do góry. Gnały wielką masą, która mężczyznom nie wydała się jednak bezładną, a wręcz przeciwnie, gdyż zwierzęta pędziły w zorganizowanym stadzie prowadzonym przez przewodniczącego im osobnika. Starszy z mężczyzn uśmiechnął się do siebie tajemniczo. Pędzące stado zbliżało się do wzniesienia, na którym przyczaili się Indianie. Mężczyźni wycofali się do tyłu, po czym podnieśli się z ziemi i zeszli nieco poniżej szczytu wzniesienia. Po chwili dobiegli do swoich wierzchowców i odwiązali rzemienne postronki od sosen, do których wcześniej przywiązali konie. Indianie błyskawicznie znaleźli się na grzbietach swoich wierzchowców i popędzili na nich w dół zbocza. Jednym z mężczyzn był Sungmanitu tanka, który od czasu pamiętnego powrotu do osady po starciu z Szoszonami, nosił imię Tasunke Luta, czyli Czerwony Koń, a drugim był jego przyjaciel Hehaka Sapa. Indianie dojechali do podnóża góry i pognali wzdłuż niego, co sił w kopytach. Kilka chwil później przyjaciele przystanęli, gdy kilkanaście metrów przed nimi przetoczyła się masa zwierząt, które wcześniej obserwowali. Oglalowie natychmiast puścili się pędem za nimi. Byli już coraz bliżej stada i mogli rozróżnić w skłębionej masie pojedyncze sztuki. To były dzikie konie - mustangi prowadzone przez swojego przewodnika. Hehaka Sapa spojrzał na konia o barwie nieba o północy i uniósł do góry rzemienny arkan. Jego towarzysz upatrzył sobie innego członka stada o kolorze beżu zmieszanego z bielą i szarością i mocno zacisnął dłoń na arkanie. Po długiej i wyczerpującej dla obu stron walce, Indianie stali się posiadaczami dwóch pięknych ogierów. Obydwaj starali się o względy ojców lakotańskich kobiet, a nic dla wojownika Lakotów nie było tak cenne jak konie. Indiańskim zwyczajem mężczyźni starający się o rękę kobiety ofiarowali jej ojcu podarki, z których najbardziej pożądane stały się konie. Obydwaj młodzieńcy mieli już po małym stadku wierzchowców, które nabyli od różnych odłamów Lakotów i sąsiednich plemion za skóry bizonie lub cenne przedmioty, ale tym razem zapragnęli schwytać po jednym wspaniałym dzikim rumaku, co im się udało, a na dodatek podczas pierwszej w życiu próby. Dzikie mustangi chwytane na arkany, konie podkradane wrogom czy też nabywane w drodze wymiany handlowej całkowicie zmieniły tryb życia Lakotów, którzy stali się prawdziwi nomadami mogącymi przemieszczać się na wielkich obszarach i polować na bizony stosując nowe techniki łowieckie. Ich stożkowate domy stały się o wiele większe gdyż teraz budowali je z długich tyczek, które konie mogły bez trudu ciągnąć za sobą podczas przeprowadzki. Na włókach, kiedyś transportowanych przez psy, a teraz ciągnionych przez konie, Indianie swoim starym zwyczajem przenosili cały swój dobytek, pokrycia tipi, skóry i mięso upolowanych bizonów. W szybkim czasie Indianie prerii stali się niezrównanymi jeźdźcami. Zmienił się też sposób prowadzenia przez nich wojen. Kultura konia zapoczątkowana na Wielkich Równinach około połowy XVIII wieku przetrwała następne półtora wieku. Koń był drugim po psie udomowionym przez Lakotów zwierzęciem. Nic więc dziwnego, że gdy ujrzeli je po raz pierwszy nadali mu imię świętego psa, co w języku Lakotów brzmi sunka wakan.
Słowniczek indiańskich imion w języku Lakota.
Hehaka Sapa – Czarny Jeleń Wapiti [imię to nosił żyjący w latach 1863-1950, mistyk i znawca kultury Lakotów z odłamu Oglala. Źródła często mylnie podają jego imię pisząc o nim Czarny Łoś, co wynika z faktu, iż w Stanach Zjednoczonych na jelenia wapiti mówi się „elk” stąd ang. Black Elk. Natomiast w brytyjskiej odmianie języka angielskiego „elk” oznacza łosia. To tłumaczy błędną nazwę, która niestety utrwaliła się w literaturze.
Mato Hota – Brunatny Niedźwiedź Sungmanitu tanka – Szary Wilk He Wonjetah - Jeden Róg Tashina Pte - Suknia ze Skóry Bizona Shinte Sapa – Czarny Ogon
By Lakota, listopad – grudzień 2006
|