|
|
Komnata Sztuk Wszelkich 212: junko - „Wiersze miłosne”

*** Słońca, które świeci za oknem Nie czuję Serca, które mnie nie kocha Wciąż pragnę Oczu, które wciąż się śmiały Nie zapomnę…
*Samotny spacer przez park* Zamiast ciebie – parasol Zamiast ciepła – burza
*** Że cię tu nie ma Uwierzyć nie mogę Że mnie nie kochasz Dlaczego?
*** Tak mi brak Twych dotyków Ramion Warg
*Czekam* Czekam na ten dzień, Gdy w drzwiach staniesz ty
Czekam na tę noc Gdy ciepłem rąk ogrzejesz mnie
*Odrzucona* Na stoliku szklanka W szklance kawa bez cukru
*** Stąpam nago po zielonej łące Zrywam kruche stokrotki, Lecz bez ciebie nie pachną tak samo…
*** Serce sercu miłość dało Serce serce pokochało Magia Iskry Welon Śpiew I wspólna droga przed nami
*Zakochana1* Na miłość apetyt mam Głodu w żołądku nie czuję
*Zakochana2* Kamień z serca Bukiet róż w kieszeni
*** W słodko senną zmieniam się Gdy czuję na skórze dotyk twych rąk
*** Ananasowy sok popijam Słonecznym dniem się cieszę Maślanym spojrzeniem mnie obdarzasz
*** Krucha jak skrzydełko motyla Gdy przy mnie jesteś – silna jak skała
*** Podaruj mi miły Radość najdrobniejszych chwil Spokój twoich rąk Chcę od ciebie wziąć
*** Nić pajęcza między liśćmi się wije Żółte kaczeńce we włosy wplecione Żółty koc na trawie Troski, żale w oddali zamknięte My, wiatr, zapach słońca Gitara, woda, namiot Pamiętasz?
P.S. Znalazłam świetne podsumowanie ludzkiej egzystencji, które od dłuższego czasu chodzi mi po głowie. Bardzo trafnie ujął to Jan Tymon Kowalski we wstępie do swoich wierszy pt.: „Errata do miłości”. Jak chcecie przeczytajcie: „Patrzę na ludzi: zagonieni, zaspieszeni, umęczeni, przyduszeni tysiącami spraw i problemów, wciśnięci w szarą codzienność. Każdy z nich ma długą litanię spraw, które trzeba pilnie załatwić, i rzeczy, które trzeba zdobyć, nawet z trudem, nawet za wszelką cenę. I zdobywają. Nowe mieszkanie. Nowe meble. Nowy samochód. Lepszą, bardziej płatną pracę. Możliwość korzystania z wczasów w kraju lub poza jego granicami. Finansową niezależność. Możliwość kupienia sobie większego lub mniejszego luksusu. A czas biegnie nieubłaganie. Coraz prędzej. Coraz prędzej. I coraz bardziej nieodwracalnie. A oni żyją we wspaniałej scenerii, w wymyślnych, bogatych dekoracjach. Aż któregoś dnia zobaczą kruchość postawionej przez siebie piramidy. Aż któregoś dnia zrozumieją, że życie, które miało być budowaniem, które miało być domem, zamienili w gromadzenie, zamienili w dobrze wyposażone muzeum, w dobrze zaopatrzony magazyn. Miłość, która miała być treścią ich życia, która miała dać im szczęście, przeszła obok. Nie zwrócili na nią uwagi. Nie chcieli jej zatrzymać. I stwierdzą wtedy, że mają nieźle zagracone mieszkanie i przeraźliwie puste serce. Pozostanie im wtedy umieranie, smutne i samotne, na tle zgromadzonych sprzętów, z dobrze wypchanymi kieszeniami. I świadomość, że przeżyli swoje życie tylko w dwóch kolorach: czarnym i białym. A tak niewiele brakowało, żeby stało się tęczą”.
|