|
|
Komnata Sztuk Wszelkich 203: Sewe - „Opowieść o Smoku”

I. Jego cień budzi w ludziach trwogę. Jego głos włos na głowach jeży. Więc kto żyw, śmierć jemu szykuje, Każdy rycerski chce się z nim zmierzyć.
Ze stron wszelkich ku Górze Ognia Ciągną w zbroje obuci młodzieńcy Każdy pragnie potwora pokonać, I zasłużyć na chwały dźwięki.
Ponoć potwór ogniem ziejący Spustoszenie po wioskach czyni Trzodę ludziom kradnie, morduje, Od poprzedniej jesieni i zimy.
Wokół Ognia Góry potężnej Już nikt z ludzie tam ponoć nie mieszka, Bo to na niej stwór gniazdo zbudował, I na domy ich spadał z powietrza.
Opowieści w oberży słyszałem O tym stworze co z nieba spada. Więc ruszyłem historię tą spisać O potworze opowieść zbadać.
18/10/2006 S.K.T.
II.
Po tygodniu podróży przez lasy Szczyt potężny pokazał się w dali, Choć w niejednym miejscu już byłem, Oczy pierwszy raz taki widziały.
Z każdym krokiem obraz się zmieniał, Jak grot strzały w górę wzniesiony, Coraz większy podziw dla piękna Z jakim został przez stwórcę stworzony.
Rys szarpany kamieni brzegami, Co dla końskich kopyt mordęgą Strumieniami licznymi pocięty, Swoje oczom odkrywał piękno.
Zbocza niegdyś lasem pokryte Wyszarpane potężną siła, Wyobraźni tylko potęga Może pojąć co tu się zdarzyło.
A poniżej Ognistej Góry Liczne pola i chat szkielety, W których niegdyś dzieci mieszkały, I ważyły obiad kobiety.
Popalone niemal doszczętnie Po zagrodach, chlewikach ostatki Gdzie mężczyźni trzody swej strzegli, Ale nie miał dla nich stwór łaski.
A w tym wszystkim jest jedna chata, Tak odmienna od wszystkich wokół. Jakby strach w jej oknach nie mieszkał, Przyklejona przy samym zboczu.
Tam więc pójdę, spytam gościnę, Może ktoś ugości wędrowca, Nie myślałem, że kiedy tu dotrę, Będzie dane mi kogoś spotkać.
18/10/2006 S.K.T.
III.
Blask kominka, syczenie drewna, Ciepła strawa, przemiły człowiek, Przygarbiony życia ciężarem Taką oto snuje opowieść:
Był tu spokój jeszcze rok temu Wioska życiem wesołym tętniła, Aż ta bestią istota nazwana Tam na samym się szczycie zjawiła.
Dzieci licznie wśród domów biegały, Śmiech radosny wiatr echem unosił, Wszędzie świnie i owce się pasły, Dobre były tu ludzkie losy.
Kiedyś w nocy odgłos okropny Niemal wszystkich na nogi postawił. Wtedy właśnie to przybysz z góry Po raz pierwszy w wiosce się zjawił.
Ziemia nagle cała zadrżała, Jego głosem ze snu wytrącona, Kilka owiec z zagrody zniknęło. A zagroda została zniszczona.
Połamane zagrody belki W okno chaty wpadły pobliskiej, I mieszkańców chaty przestraszył, Zeń mieszkańcy wybiegli z piskiem.
Rano inny obraz mieszkańcy Tej uroczej dostrzegli doliny. Tam gdzie była zniszczona zagroda, Łap się ślady ogromne jawiły.
Tak potężne, że cały człowiek Się w pazura śladzie mógł zmieścić, A na jednej łapy odcisku Wszyscy z wioski się mogli pomieścić.
Przez kolejne noce stwór wracał, I kolejne zagrody rujnował. A strach większy w ludziach się budził, Wszyscy chcieli dobytek ratować.
Wymyślili, że ruszą na górę, W dzień, bo potwór się wtedy nie zjawia. Czas wybrano, broń szykowano. Śmiałków grupa się w wiosce zebrała.
A gdy kogut porankiem zapiał; Konie wzięli i wozem ruszyli, Krętą drogą, na szczyt, po potwora Pełni werwy, do walki siły.
I ja z nimi tam wędrowałem, By powstrzymać to dziwne stworzenie, Które nocą nas napadało, I niszczyło dobytek i ziemię.
A przecież nie tylko zagrody, Lecz domy potwór też niszczył Więc każdy kto z nas tam wędrował O życie się troszczył najbliższych.
Kamienie, drzewa, konary, Strumienie oraz wąwozy, Przez które z ogromnym trudem Musieli przejść ludzie i wozy.
Nie jeden mało nie zleciał Z wąskiej ścieżki pod szczytem, Cud był to niemal prawdziwy, Że każdy zachował życie.
Że ludzie oraz zwierzęta Które swój grzbiet użyczyły Nie zlękły się trudu wspinaczki I razem do celu dążyli.
Droga tak była mozolna. Dopiero ze zmierzchu nadejściem Skończyła się owa wędrówka Na szczyt góry naszym wejściem.
18/10/2006 S.K.T.
IV.
Co oczy nasze ujrzały To z nas się nikomu nie śniło. Dwie pary oczu zielonych Z dwóch głów się na nas patrzyło.
Kamienne miały oblicza, Pyski długie i wąskie; A na nich nozdrza potężne, Siarką w oddechy pachnące.
Na głowach kostne wyrostki, Ostre i niebezpieczne. I chociaż to były potwory To wyglądały bajecznie.
Szyje długie i giętkie Łuską od góry pokryte, Wznosiły głowy do góry I ich dostojne oblicze.
A zaraz za szyi końcami Dwa tułowia siedziały Przy których szerokie łapy O skały się opierały.
Na jednym tułowiu były Kości jak te na głowie, Które na naszą obecność Zrobiły się fioletowe.
I skrzydła tuż obok kości Ze skóry pół przezroczystej Bić o ziemie zaczęły By zdmuchnąć nas wiatru świstem.
Więc się rozbiegliśmy za skały, Wozy ledwo zdążyły, Bo skrzydła jak żagle ogromne Z siłą ogromną biły.
Drugi grzbiet zaś był płaski, Tylko pokryty łuską, Która w promieniach słońca Blask odbijały jak lustro.
A skrzydła na owym grzbiecie Leżały równo złożone. Przy brzuchu ziemi sięgały, I się stykały z ogonem.
A zaraz pod brzuchem który Do ziemi mocno przylegał Jaj pięciu końce widniały, Na których ten olbrzym siedział.
I wtedy to zrozumiałem Czemu nas potwór nachodzi. On strawę dla matki zdobywał Która czekała narodzin.
Szepnąłem, byśmy wracali, I wioskę swą porzucili, Lecz inni wokół krzyczeli Byśmy potwory zabili.
I nagle kilku młodzianów Z okrzykiem do przodu wybiegło, I potwór pyska otwarciem Im ogniem uczynił piekło!
Wzleciał do góry nad nas I nas zaatakował Każdy do kogo się zbliżał Uciec w popłochu próbował.
Więc strzelać do niego zaczęli Ci z drugiej co byli strony, Łuki swe napinali By potwór skierował się do nich.
Ogonem więc w nich uderzył Kilku zmiażdżył jak muchy, Słychać było wyraźnie Łamanych kości dźwięk głuchy.
Inni zaś wyruszyli Na tego drugiego potwora Który leżał zmęczony I wcale nie atakował.
Potwór widzą ich miecze W siebie ostrzami zwrócone Na łapach z trudem się podniósł, Jaja przykrywszy ogonem.
Zębami kłapać próbował Bo ogniem nie umiał zionąć, A widząc krzyczących ludzi Minę miał przerażoną.
I już nie mogąc się bronić Kroki dwa zrobił do tyłu. I zboczem w przepaść poleciał, Bo miejsca za nim nie było.
Drzewa pękały pod nim Korzenie piach wyrzucały A ludzie na jaja ruszyli Na wozy je pakowali.
Bo potwór który zajadle Przed ludzi atakiem się bronił Ze zbocza w dół poszybował, By damę swoją dogonić.
A kiedy ciało jej dostrzegł Na drzew pniach rozszarpane; W naszą stronę się rzucił, By zemście się oddać krwawej.
Lecz nie mógł nas wcale sięgnąć Pomiędzy gęstwiną drzew Powietrze całe się trzęsło Niosąc rozpaczy śpiew.
Czasem łapą próbował Gdy w wąwóz ze skał wjechaliśmy Lecz nie mógł nas wcale dosięgnąć Bo zbyt głęboko byliśmy.
Wzniósł się i gdzieś poleciał, Cień jego zniknął w oddali, A wszyscy radosnym krzykiem Zwycięstwo zaczęli chwalić.
Dumni do wioski szliśmy, Jaja mając na wozach. Już prawie w dolinę zeszliśmy, Gdy nagle pojawił się pożar.
Łuna czerwona z oddali Się naszym oczom jawiła, To nasze płonęły domostwa! Wioska się cała paliła!
Jakież to przerażenie Na naszych twarzach powstało, Bo plan był zupełnie inny, Tak stać się przecież nie miało!
Nasze żony i dzieci, Same tam i bezbronne! Skrzydeł podmuchem gniecione Strasznym palone ogniem!
Ogonu ciężarem domostwa W ziemię miękką wbijane; A nasze owce i świnie, Na strzępy porozrywane!
Nie było dla nas sposobu By do nich dostrzec i pomóc. Ni ściana nie pozostała Z ani jednego domu.
Wszystkie zagrody rozbite. Rodziny wymordowane. A śmierci zadanie bestii Nie było nam wtedy dane!
Bo zanim do wioski szczątków Nasz orszak strudzony dotarł Potwór już hen daleko Skrzydłami swymi łopotał.
Dziewięciu nas pozostało Dziewięciu wdowców i sierot. By bestię odnaleźć i zabić Wspólną decyzję podjęło.
Lecz bestii gdzie było szukać? W którą udać się stronę? Cztery to świata strony Zostały więc wyznaczone.
I cztery wozy ruszyły Na wozie śmiałków zaś dwóch, Jajo ze sobą zabrali, By potwór znaleźć ich mógł.
Ja zaś tu pozostałem Jaja jedno pilnując. Zagrodę i dom zbudowałem. Potwora na niebie wpatrując.
19/10/2006 S.K.T.
V.
Tak oto poznałem historię Smutną, pełną goryczy, I chciałem już owym śmiałkom Śmierci potwora życzyć.
Lecz ten który mnie ugościł Takie mi słowa przekazał: Że gdyby spotkał potwora, To zabić by go nie kazał.
Mogliśmy wioskę opuścić, Nowy dom znaleźć sobie, Dobytek swój pozostawić, Rodziny ocalić swoje.
Bo przecież jest tyle miejsca Tyle jest lasów i pól, Każdy by mógł w nich znaleźć Miejsce na nowy dom swój.
A teraz nic oprócz zemsty W swoich sercach nie mamy. I nawet gdy potwór zginie, To dalej będziemy sami.
Więc jeśli tu potwór wróci, Ja obiecałem sobie, Że oddam jemu to jajo, I wszystko co mogę zrobię,
By tutaj już on pozostał, Na Górze Ognia jak przedtem, By tylko tu na tym niebie Skrzydłami przecinał powietrze.
Nie owce moje zabija, Niech on ma swoją rodzinę, Będzie też moją rodziną, Gdy moja rodzina nie żyje.
19/10/2006 S.K.T
|