onet.pl PATRONAT
Dzieła w komnacie
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Komnata sztuk wszelkich

Powrót
Komnata Sztuk Wszelkich 201: Sewe - „Wąż na jabłoni”
Kasi oraz Olivkom

„Żebro”

Dzień zapowiadał się normalnie. Wstałem zwyczajnie, najpierw prawą, potem lewą nogą, bo w takiej kolejności miałem ustawione kapcie pod łóżkiem. Przeciągając się na wszystkie strony i ziewając groźnie jak lew, podszedłem do okna, by sprawdzić, co ma mi do powiedzenia termometr. Ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu i zdziwieniu, zaobserwowałem momentalny i drastyczny spadek temperatury. Mój akwariowy termometr, przyklejony do szyby na przyssawkę, na moich oczach rzucił się w dół. Krzyknąłem przerażony i na wpół boso, bo w jednym kapciu pobiegłem na dół niechlujnie zawiązując szlafrok.
Znalazłem go, leżał na wpół nieprzytomny w mokrej trawie. Szybko wróciłem do mieszkania wycierając go w szlafrok, a potem z powrotem przyssałem go do szyby.
Ręce drżały mi z przerażenia i zdenerwowania. Żeby się uspokoić, sięgnąłem po leżące na stoliku papierosy. Odpaliłem jednego i głęboko się zaciągnąłem Po chwili zacząłem się robić siwo – szaro – żółto – zielony i wybuchłem gigantycznym atakiem kaszlu, miotając kłębami dymu jak zawodowy smok. Ty idioto! – wrzasnąłem sam na siebie, na tyle, na ile wrzask był możliwy w tej sytuacji – przecież ty wogóle nie palisz, to papierosy Heńka!
I to była akurat prawda. W życiu nie miałem papierosa w ustach; poza tym przed chwilą; a te rzeczywiście należały do mojego starszego brata Heńka.
A z Heńka to wogóle jest numer. Pół roku temu wyszedł do roboty i nie dał znaku życia do dzisiaj. To akurat może nie jest dziwne, bo on nigdy nie daje znaku życia, gdy jest gdzieś w rejsie po równikiem; ale to, że zostawił na stoliku napoczętą paczkę „Kapitanów” bo on ich tam nigdy nie zostawia. Oraz to, że ja zobaczyłem je dopiero teraz....
Ale mniejsza o Heńka. Wszak to ja wstałem niespełna pół godziny temu i paradowałem w niechlujnie zawiązany szlafroku i jednym kapciu. Szybko odnalazłem drugi, który ewakuował się pod fotel, gdy pędziłem po termometr; i poszedłem do łazienki. Stojąc przede lustrem przyglądałem się swojemu obliczu. Prawą ręką przetarłem prawe oko i znajdujący się pod nim policzek i powtórzyłem tą czynność ręką lewą na drugiej połowie twarzy. Kiedy skończyłem ten majestatyczny proces mycia, spojrzałem na szczoteczkę do zębów. Aż włos jej się zjeżył, gdy dostrzegła moje spojrzenie. Już wiedziała co ją czeka. Na pewno jej ... nie użyję... dzisiaj jest moje święto – szepnąłem patrząc na nią nie dwuznacznie – dożyłem drastycznego wieku, dwudziestu jeden lat. I sięgnąłem nie tylko po szczoteczkę, ale i kubek; a nawet pastę. W końcu był to znaczący dzień w życiu mojej osoby i zasługiwał na honorowe mycie zębów w tym tygodniu.
Po wyjściu z łazienki stanąłem przed ogromnym problemem – co ja mam założyć? Założenie skarpetek do szlafroka... nie rozwiązywało sprawy, choć na co dzień było bardzo wygodne. Dziś trzeba by założyć jakieś spodnie... i koszulę...którą... być może sobie wyprasuję. Ale to później. Najpierw zjem śniadanie.
Jak na znaczenie dzisiejszego dnia, lodówka nie oferowała mi nic nadzwyczajnego. Nie było w niej nic prócz pustych półek i trzech jajek. Zacząłem obmyślać możliwą kartę dań:
1. na miękko
2. na twardo
3. sadzone
4. jajecznica
5. omlet
No nie, omlet to odpadał. Nie było w lodówce ani groszku, ani pomidorów. Ani też nic zielonego do posypania. Zielony to był – ser, sprzede miesiąca. A więc do niczego.
Westchnąłem i wróciłem do pokoju. Co za dzień... – pokiwałem głową z niedowierzaniem. W tej jednej chwili zacząłem doceniać ... KOBIETY... Ile one muszą się z nami facetami wycierpieć... No ale cóż... coś nam się należy za to żebro...

1994r
Sewe


„Czarownice”

Pociąg szumiał, burczał, terkotał I bujał się po torach niczym kajak na fali pozostawionej przez motorówkę. Zapach starej sklejki przesiąkniętej zgnilizną zaglądał do nozdrzy tak głęboko, aż po sam mózg. Na siedzeniu obok skrzeczały piskliwie trzy czarownice. Ich twarze wyrażały kolejno suszę, nadętość I opryskliwość. Zamiast kotła pochylały się nad jakimś brukowcem I sączyły z niego cały jad jaki został wlany przez jakiegoś wścibskiego dziennikarza. Bez szklanej kuli zaglądały w czyjeś życie, przydługimi paznokciami podkreślając co ciekawsze fragmenty. Po takim pazurze na skórze pozostaje rana gojąca się przez wiele długich tygodni. Papier cierpliwie znosił ich skrobanie.

Czarownice skrzeczały jedna przez drugą. Uszy puchły I bolały rozrywane dźwiękiem, który potrafił się przebić przez gwar pociągu na tyle mocno, żeby trwale uszkodzić słuch. Znowu komuś życzyły źle. Tak przy wszystkich, I nie bały się, że ktoś je spali na stosie. Jedna z nich wyciągnęła telefon, wystukał kilka cyfr lub liter do SMS, I już zły czar został rzucony… Biedny ten, kto otrzymał tą wiadomość….

Zamilkły na chwile. Zrobiło się błogo cicho, mimo że pociąg nie zmienił swego wycia nawet o pół tonu. Zastanawiałem się dokąd zmierzają. Czy jadą z sabatu? Może na sabat?
Lepiej żeby z niego wracały, bo jeszcze wysiądą tam gdzie ja… Na pewno Makbeth wzywał je do siebie….

26.06.2004
Sewe



„Władca Pierścienia…”

Rozpacz bliska okrzykowi goluma z Sewe serca rozległa się wokoło. Można by dosłownie zacytować: “Mój skarb, mój własny! Nie ma go, nie ma!!!!” I to dokładnie w 10 minut po przybyciu do pracy. Panika w oczach. Jak to możliwe? To nie możliwe, nie mam obrączki! Szybka decyzja – trzeba wracać, szukać!! Najpierw jednak postanowiłem sprawdzić czy nie ma jej w rękawiczce. Nie było… W plecaku, ani wkrótce też nie. W szafce też nie. Tomku – powiedziałem koledze – ja muszę na godzinę się zwolnić, pilną sprawę mam do załatwienia. A jaką? – spytał. Zgubiłem obrączkę – odpowiedziałem mu. No, to głupia sprawa, idź – powiedział. Szybko wykręciłem numer kolegi z zaopatrzenia, który o tej porze wyjeżdża w miasto. Podwiózł mnie do bloku w którym mieszkam.

Rewizja, nalot, kocioł… Każde z tych określeń pasowało do tego co właśnie wyprawiałem. Wszystko, co się znajdowało na łóżku przeszło dokładne przeszukanie. Kawałek po kawałku. Nic nie znalazłem. Zupełnie jakby ktoś uprzedził że będzie przeszukanie.
Ruszyłem w drogę do sklepu. Centymetr po centymetrze dreptałem do sklepu tą samą drogą co godzinę temu. Ale tam też śladu nie było…. Cztery razy przemierzyłem tą trasę…. Kompletnie nic.

Wróciłem do pracy. Cały dzień zastanawiałem się, jak to możliwe. Nigdy nie zdejmuję obrączki. Ale że nie poczułem, jak mi się zsunęła? Jak to możliwe?! Czułem jak się topnieję… Na reszcie o 16.00 udało mi się wejść na poletko by 2 minuty później zostawić wpis.

Otuchy ciepło zaczęło mi krążyć po ciele. Skoro Bee oraz Talula mówią że się znajdzie….. to tak na pewno będzie.
Pojechałem obejrzeć mieszkanie do wynajęcia. 3 pokoje, umeblowane, na 2 piętrze. Zdecydowałem – jutro się przeprowadzam!!!!!

Wróciłem do siebie. Jeszcze raz przerzuciłem łóżko do góry nogami….. Nic… podłoga… Uuuu!!! Kurz tylko, nic więcej…
A fotel? Ten, w którym co wieczór oraz co ranek oczekuję na telefon od Kasi? Sięgnąłem palcami pod jedno oparcie; potem pod drugie. Coś zimnego uciekło mi w głąb fotela. Pobiegłem po nóż, żeby rozpruć fotelowi podbrzusze. Coś zadzwoniło jak go wywracałem… Szybko wyciągnąłem kilka zszywek, zajrzałem do środka… Jest, na samym dole z drugiej strony! Małe nacięcie, jak do wyjęcia kuli rannemu… Mój skarb!! Mój własny!!!!

Bee miała rację, diabeł ogonem nakrył!!! I to w fotelu!!!!!! A to ci psotnik….

01.02.2005
Sewe


Powrót