onet.pl PATRONAT
Dzieła w komnacie
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Komnata sztuk wszelkich

Powrót
Komnata Sztuk Wszelkich 177: Ulcia - "Poranek"
Budzi mnie niegłośny charkot mego budzika. Zaraz wstanę. Przeciągam się rozkosznie, a moje kostki chrupią sobie w takt jakiejś melodii. Śpiewam sobie do niej ziewając nieustannie. Wreszcie spuszczam nogi z łóżka. Obydwie. Nigdy nie wstaję, ani lewą, ani prawą nogą. Błądzę ręką po potarganych włosach, targając je jeszcze bardziej i myśląc co by tu zjeść na śniadanie. Z tego wszystkiego jak zawsze wyrywa mnie widok mojego małego ogródka. Wynajmuję pokój u jednej starszej pani. Jest to niewielka klitka, w której mieszczą się tylko: łóżeczko, biureczko i niewielka szafeczka. Jedynym pocieszeniem dla mnie, dla tej, która uwielbia wymagającą przestrzeń jest całkiem sporych rozmiarów balkon, który stopniowo zapełniam roślinami tak, że już nie mam się gdzie poruszać. Jak zwykle wdycham wilgotny, świeży zapach i rozmyślam o brązowych włosach między palcami, o niebieskich oczach, które zamykają się w zapomnieniu. O zapachu, który zapada w pamięć bardziej niż wszystko inne. I znów nie wiem czy to tylko sen, iluzja i kłamstwo, czy prawda. Wiem, na szczęście, że szczerość gdzieś w tym leży. Jestem idealistką, wierzę, że to marzenie się spełniło i nadal się spełnia. Nie rezygnuje z marzeń, mam nowe. Krok mój zamienia się w taneczną burzę zmysłów, wykonywaną na palcach. Pocałunki jakie przesyłam mijanym sprzętą są tylko wyrazem uwielbienia dla siebie i szczęściem, jakie ogarnia moją duszę z całych sił. Tak naprawdę nienawidzę ich. Wbijam z całej siły paznokcie w przegub, żeby to, co, jak pamiętam było prawdą, okazało się prawdą. Nie błądzę wśród niemych znaków. Po prostu chciałabym być już pewna. Żeby naprawdę to, co było niewymowne, stało się wymowne. Żeby to, co mnie dręczy i męczy było wspaniałością, ideą mojego życia. Żeby każdy wiedział co tak naprawdę mam w głowie, do czego jestem zdolna. I ta czekoladowa ulotność i miękkość w mych dłoniach. Jem śniadanie. Te płatki w mlecznym potoku białych objęć nie interesują mnie w ogóle. Bezmyślnie połykam łyżkę, za łyżką, zaspakajam głód, którego dzisiaj, wyjątkowo, nie czuję. Błądzę po pajęczynie myśli i wspomnień, sięgam po leżący przede mną segregator, ale nie mam ochoty skupiać się na zdaniach, które czytam. Nie docierają one do mnie, nie mają żadnego sensu. Zaczynam czytać na głos. To też są tylko puste słowa. Odsuwam od siebie jednocześnie opróżnioną do połowy miskę i granatowy segregator. To nie ma sensu. Idę się umyć. Ciepłe, letnie strumienie wody spadają na mnie, ale ja ich nie czuję. Myję twarz, ciało, masuję skórę, aż wreszcie spoglądam w lustro zamglone parą wodną z tej ciepłej wody, która okazała się być gorąca, ale ono wykrzywia tylko mój obraz, pokazuje niewiele. Nie chce mi się ścierać tego, bo jest to zajęcie bezowocne, dające coraz gorszy efekt.

Przypominam sobie, że mam w pokoju jeszcze małe lusterko. Zabieram kosmetyki i już siedzę na łóżku próbując sobie zrobić makijaż. Nie wychodzi mi. W końcu rzucam to wszystko. Nie jestem cierpliwa. Patrzę na zegarek. Czasu jest niewiele, a ja... a ja cóż, ja jestem gotowa. Wychodzę jeszcze tylko na balkon. Wdycham opary radości, miłości i spokoju. Wychylam się przez poręcz i z niedowierzaniem patrzę na czekoladowy punk wśród obłoków szarości. I już płynę po schodach, wpadam w ramiona pachnące tym niezapomnianym zapachem i czuję tą ulotność i miękkość w dłoniach.

Za cztery godziny będę siedziała w małej kawiarence, pijąc czarną, smolistą kawę, szukając potwierdzenia swych słów w niebieskich oczach.


Południe
Westchnął zmęczony i potoczył błędnym wzrokiem w stronę swojej koleżanki, która siedziała przy drugim komputerze, a która rzuciła mu zza niego pełne pogardy spojrzenie. „No tak – pomyślał – jak zawsze obrażona.” Spróbował przypomnieć sobie jakiś żart, lub śmieszną anegdotkę, by znów wkupić się do jej łask, ale jakoś nic nie przychodziło mu do głowy. Oparł się o swoje obrotowe krzesło i poczuł, że całe jego ciało najchętniej byłoby już w samochodzie, w drodze do domu. Nudziło mu się okropnie. Żadnych klientów, żadnych problemów, żadnych przeciwności. Miał ochotę tylko i wyłącznie położyć się i spać. Kolejne spojrzenie rzucone ukradkowo zza drugiego komputera. Tym razem bardziej ciekawe. Wreszcie wstała, by pokazać światu swą najatrakcyjniejszą część ciała, czyli nogi.

- Z robić ci kawy? – powiedziała tym swoim tubalnym głosem, który budził w nim jak najgorsze wspomnienia.

Spojrzał na zegarek, było za kwadrans dwunasta.

- Aż tak ze mną źle? – zapytał

To nie było ani zabawne, ani śmieszne. Było raczej idiotyczne. Sam nie wiedział, dlaczego to powiedział. Jednak ona zaśmiała się, a oczy jej się roziskrzyły. Nie miała się zamiaru już więcej dąsać.

- To jak? – spytała

- Mogę się napić, a co mi tam – wzruszył ramionami. Już za chwilę stała przed nim wątpliwej urody szklanka z ciemnym, pachnącym aromatycznie i mocno płynem w środku.

Kobieta usiadła na swoim krześle i zagadała tonem pogawędki:

- Wiesz, że Jolka jutro wraca z urlopu – mruknął cicho.

Niewiele obchodziła go ta cała Jolka. To, że terroryzowała całą grupę było normalne. Zawsze musi się ktoś taki znaleźć. Pomyślał, o górskich szczytach. Jego serce zabiło mocniej, w jego oczach pojawiła się tęsknota. Potem odpowiedział tym swoim dobrze sprzedającym się wśród kobiet, nonszalanckim tonem:

- Ale pojutrze to ja idę na urlop – rozchichotała się, jakby jakiś powód był

- Ty szczęściarzu! A co tam u Madzi?

- A, wszystko dobrze.

- Pozdrów ją ode mnie

- Na pewno to zrobię.

Tak to jest, kiedy poświęca się wszystkie swoje marzenia dla czyjiś marzeń. Popatrzył na unoszącą się znad kubka parę. Pomyślał o dymie, który leci z komina w bacówce. O bieli śniegu, Tybecie i o tym, że mógłby zostać himalaistą. Niestety, zakochał się. Miłość to do siebie ma, że ślepa jest i głupia. Przyrzekał, że nie opuści. Przyrzekał, że kocha, że marzenie każde spełni. I co? I wypełnia to, co postanowił. Z honorem, z myślą, ale bez początkowego entuzjazmu i radości. To, że marzył kiedyś o wielkich górach, które kochał stało się przeszłością. Nie śmiał teraz nawet marzyć, po prostu czasem wspominał. Uwielbienie jakie żywił dla wszelkich wzniesień, wspinaczki i niebezpiecznych wypraw zostało pogwałcone i zabite przez jego żonę. Jej lęk wysokości, notoryczny strach o niego oraz jego pragnienie zapewnienia jej wiecznego komfortu zarówno psychicznego jak i fizycznego sprawiło, że zerwał ze swoją pasją. Ból, jaki odczuwał, był tego efektem. Czuł się jak drzewo wydrążone w środku. Pusty, bez niczego cennego w sobie. I teraz siedział w znienawidzonej pracy, zarabiając śmierdzące pieniądze, które wyda na jakiś konsumpcyjny wymysł nowoczesnego świata, który w ogóle do niczego mu się nie przyda. A gdyby tak zacząć zbierać pieniądze na wyprawę...

Jego rozmyślania przerwała klientka, która weszła właśnie przez drzwi. Spojrzał na zegarek. Było dziesięć po dwunastej.


Popołudnie
Wyszła z pracy szybkim, energicznym krokiem, z zaciętym wyrazem twarzy podeszła do swojego samochodu, otworzyła drzwi i trzasnęła nimi najgłośniej, jak potrafiła. Nie pomogło. Rzuciła telefonem. Znów to samo. Torebka na tylne siedzenie. Miotanie się w furii. Niedobrze. Jakiś facet na nią patrzy spod oka. Niedobrze. Trzeba uciekać. Włożyła kluczyki do stacyjki z zamiarem ruszenia z miejsca. Niestety, samochód pyknął cicho i zaraz zgasł. Spróbowała jeszcze raz. Samochód zapalił, a ona ruszyła z ogromną szybkością tak, by za chwilę przejechać przez ulicę na czerwonym świetle. Wreszcie przyjechała do swojego domu. Zaparkowała krzywo pod karłowatą jabłonką, na której zieleniły się nieduże jabłuszka wyginające gałęzie w najprzeróżniejsze sposoby. Gwałtownie wyszła, trzaskając fioletowymi drzwiczkami i z widocznym niepokojem otworzyła ciemne drzwi i z fałszywym uśmiechem na swych wąskich ustach weszła do jasnego, czystego domu.

- Witaj kochanie – powitał ją aksamitny głos od drzwi. Poczuła, że robi jej się niedobrze. Wyrwała mu swoje ręce, po które natychmiast sięgnął i od razu powiedziała:

- Rzuciłam pracę – wyglądał na zszokowanego – Nie wkurzaj się – szepnęła cicho szybko mrugając.

- Jak mam się nie wkurzać – rzucił w jej kierunku agresywnym tonem – To już trzecia praca w tym roku. Jak ty to sobie wyobrażasz?

- Moja wyobraźnia ma pewne granice, ale...

- Przestań!

- Ale nie potrafiłam sobie wyobrazić dalszej pracy w tym miejscu – dokończyła spokojnie, w ogóle nie zważając na jego wściekłą minę.

- Masz może ochotę na herbatę?- spytała idąc w stronę kuchni

Odetchnął głęboko. Spojrzał na jej pogodną twarz.

- Może zostaniesz w domu. Przecież stać nas...

- Nie – przerwała mu gwałtownie – Daniel, ja już postanowiłam. Poszukam nowej pracy.

Westchnął cicho. Chciała słyszeć każdy jego oddech, widzieć każdy jego ruch. Tak dużo ją w nim denerwowało: to niezrozumienie, wielka stanowczość, wieczne zmęczenie, brak ochoty na cokolwiek, uczucia i czułość okazywane w zupełnie nieodpowiednim momencie. A jednak siedzi teraz z nim przy jednym stole w kuchni, która wygląda jak pobojowisko. I chce napić się herbaty. Pragnie napić się herbaty i usłyszeć, że się nic nie zmieniło, że wszystko jest tak samo jak było i zawsze tak będzie. Że jej bezmyślność i głupota nie zawadzają ich szczęściu. Przecież przerabiała tą scenę już dwa razy. Powinna wiedzieć, jak się zachować. Tymczasem ona siedzi jak mała, skrępowana, zażenowana dziewczynka, która nie wie co robić w życiu, jak postępować, co jest ważne, a co mniej. Chce czuć uścisk dłoni ,uśmiech głęboki, mnóstwo jego myśli. Marzy o czymś pozytywnym, optymistycznym. Żadnych czarnych chmur, deszczu i porywistego wiatru. Samo słońce i lekki chłodzący wiatr. Nic nie ulatuje z jej dłoni, nic nie przelatuje przez jej głowę. Po prostu jest. A może jest taka po prostu...

Patrzy na zegarek. Szesnasta. Już dziesięć minut trwa to milczenie...



Jest taka niewiarygodna, tak bezczelnie spontaniczna i często do bólu szczera, zbyt szczera. Niezdecydowana, nie wie czego chce. To znaczy... na niego się zdecydowała, ale obawiał się, że to jedyna jej poważna decyzja w życiu. Trzeci raz rzucać jakąś pracę? Naprawdę zarabiał dużo, jej praca miała tylko służyć wyrwaniu jej z obowiązków domowych. Tak naprawdę to tylko gotowała, a kiedy pracowała też to robiła. Mówiła, że się dusi w czterech ścianach bez innych ludzi. Dobrze, dusi się, ale nikt jej przecież nie każe w nich siedzieć i nie wychodzić do ludzi. To tylko praca. Tylko głupia praca. Jest ładna, potrafi się dobrze zaprezentować i sprzedać, więc z dostaniem jej nie ma większych problemów. Kłopoty zaczynały się dopiero później. Jest rozkapryszona, niecierpliwa, wieczna malkontenka. Za co ją kocha? Za nic, tak sobie po prostu. Bo się uparła żeby go mieć, a on się tym uczuciem zaraził. Bo miłość nie wybiera, a ona miała mieć szczęśliwy związek. Bo on chciał ślubu, a ona też. Bo przecież poglądy mieli bardzo podobne, bo tyle różnych rzeczy ich łączyło. To jest jego życie, a on zachowuje się niewdzięcznie wobec niego. Ma przecież tak wiele: całkiem niezłą pracę, dom, na który zaciągnął ogromny kredyt, ma ją , własne hobby, grę w tenisa z chłopakami w soboty i czwartki. Ma własne życie ułożone, bardzo szczęśliwe. I tylko ona mu się spod tych ryz wymyka. Ciągle chce czegoś więcej i więcej. Ma swoje nierealistyczne marzenia, niespełnione kaprysy i wymagania, którym trudno sprostać. Ma swoje myśli, do których często go zaprasza, szał w oczach i niecierpliwe minki i odruchy. Ma jego. To mało? Czego od życia chcieć więcej. Oprócz tego wspaniałego tańca, który tańczą na piaszczystej, zalanej słońcem plaży. W tym problem, że on tańczy walca wiedeńskiego – spokojnego, stonowanego, a ona jiva - żywiołowego, wspaniałego. I mimo wszystko w tym tańcu zgrywają się ze sobą, a efekty, które dają ich pokazy są niewiarygodne, niesamowite i naprawdę, naprawdę wspaniałe. Kochają się – to jest jasne. Tworzą wspaniały, kolorowy pochód zupełnie innych, kontrastowych barw. Ale są razem. To tylko jest ważne.

Spojrzał na zegarek. Wpół do piątej. Chyba czas na popołudniową herbatę. Uśmiechnął się do wybranki swego serca.



Wieczór

Lekki podmuch wiatru przeniknął przez cienki materiał jej piaskowego płaszczyka. Wzdrygnęła się. On czuł każde drgnienie jej ciała, które wyczuwał trzymając swą dłoń na jej plecach. Szli ciemną ulicą pełną snujących się jak pajęcze, delikatne sieci marzeń. Aleja Słodkiego Dzieciństwa – oooo tak! Bardzo dobrze pamiętał tą nazwę. Uśmiechnął się do samego siebie i złapał ciemne spojrzenie swojej towarzyszki.

- Z czego się śmiejesz? – spytała pociągając czerwonym, zakatarzonym nosem.

Wyglądała z nim tak biednie. Delikatne, łagodne światło ulicznych latarni zmiękczało jej rysy, wygładzało niedoskonałości. Chciał pocałować w usta tą przestrzeń nad jej ramieniem, poczuć zapach, którego tam nie było, wtulić się w pustą przestrzeń, znaleźć to swoje miejsce na tej ziemi, na tamtej ziemi. Uśmiech mimowolnie przycisnął się do i jej warg. Jego oczy wyrażały o wiele więcej niż chciałby powiedzieć, niż chciałby wiedzieć, niż ktokolwiek na świecie chciałby to wiedzieć, więcej niż miałby wiedzieć. Niestety, ona była ślepa na jego wzrokowe błagania, na jego namiętne spojrzenia. Charcząc i bulgocząc zapchanym nosem spojrzała na jego szerokie ramiona i już myślała jak dobrze by było znaleźć tam swoje miejsce, swoje ukojenie, wieczne ciepło życia, miłości i bezpieczeństwa. Czarne światło, brak marzeń i kompletnych perspektyw. Budowanie wszystkiego kawałek po kawałku, sklejanie resztek, układanie puzzli męczyło ją przez całe życie. Wreszcie miała przed sobą jeden, cały kawałek pełny tego, co najlepsze i najgorsze w człowieku. Pełen sprzeczności, talentów i antytalentów. Pełen ciepłych uczuć gotowy poddać się wszelkim torturą jakie mu zada. Gotowy na wszystko. Fala zimnego wiatru jaka ją zalała odgoniła ciemne chmury gorzkiej radości jakie spadły na jej głowę, w której nic nie było poukładane, w której kłębiły się niezdecydowane myśli, marzenia i plany: niewykończone, takie jakieś niedorobione. Przyjrzała się mu. Nie widziała w nim nic, co mogłoby stać jej na przeszkodzie w życiu tak, jak chce. I nie chodziło o pranie skarpetek, papierki za łóżkiem i o to, kto będzie gotował. Nie chodziło o dzieci, zazdrosną teściową i monotonię życia. Nie chodziło o nic. Marzenie, by zatopić się w czymś nieznanym mogło się teraz spełnić. A wystarczy tylko powiedzieć: „Marcin! Ja chcę!”. A już miała zapewnione życie, miłość, przyszłość, pasję i radość płynącą z ciężkiej pracy, łzy trudu, smutku, żalu i opadające w bezsilności ręce. Ciemność była nieadekwatna do jakichkolwiek jasnych uniesień pełnych patosu, ckliwego sentymentalizmu ukrywającego się pod grubą skorupą tych wszystkich narzędzi do walki z samą sobą w jakie ją wyposażył współczesny świat. Chciała zapłakać, zawyć, zamyślić się. Chciała patrzeć zupełnie obiektywnie. Bez cienie subiektywizmu, bez żadnego grzechu na brudnym, poszarzałym od częstego prania sumieniu. Chciała być. Wieczorem...

Było dziesięć po siódmej

- Chciała bym kawy – powiedziała i rozpoczęła nowe życie...



Noc

Poczuł delikatny, specyficzny zapach w powietrzu i rozmarzył się. Trochę było w tym cytryny, trochę czegoś innego. Wiedział, że ta herbata jest czymś. Nie bez powodu nazywa się zieloną, a właściwie z powodem...

Thea sinesis czyli herbata chińska i całe mnóstwo filozofii, w której się nie babrał. Teraz, kiedy wszyscy nagle zaczynają pić tą herbatę nie zwracając w ogóle uwagi na jej walory smakowe, bardziej biorąc tylko pod uwagę głupoty pisane w babskich gazetach dotyczące szybszego spalania tłuszczu... ech. Według legendy odkryta przez cesarza Chen-nunga. Szkoda wszystkiego. „Ludzie zachodu kradną jakiś skrawek kultury, a potem robią z tego wielką komercję i przerabiają to na maszynkę do robienia pieniędzy” – pomyślał buntowniczo.

Sam nie cierpiał herbaty zielonej. Przynajmniej do niedawna. Teraz, kiedy patrzał z jakim staraniem ona ją przygotowuje myślał inaczej. Jak nalewa. Parzy.. trzy minuty to chyba pobudzająca, prawda??

Za dwadzieścia minut północ. Przez głośniki z nastawionej płyty cicho sączy się uspakajający, tłumiony myślami jazz...

Patrzył, jak nalewa do białych filiżanek w niebieskie wzorki zieloną herbatę, jak stawia je na stół i jak gestem zaprasza go do tego, aby usiadł wraz z nią przy stole. Nie opiera się, spokojnie siada i obserwuje ją, kiedy siada na brzeżku krzesełka tak, jakby chciała zabrać sobą jak najmniej miejsca. Bierze do ręki filiżankę, choć wolałby jej dłoń. Nie wie sam czemu dał się tu zaprosić o tej porze. Nie wie sam dlaczego sączy teraz (starając się nie siorbać) delikatnie napój o lekko gorzkawym smaku. Na co liczył? Na nic sprośnego, niezgodnego z jego zasadami przecież, to wiedział. Liczył na wyrafinowanie, smak, gust i elegancję i to właśnie otrzymywał. Tylko dlaczego wciąż wydawało mu się, że to jest mało i mało?

Porzucał wzrokiem po ścianach. Odnalazł trzy butelki wina gdzieś w roku stolika. Pomarańcze wypadające z rzuconej gdzieś obok papierowej, szarej torby. Półki zapełnione wszelkimi rodzajami kawy i herbaty. Jej miłość do napojów różnych. Jej książki pełne win francuskich, hiszpańskich, włoskich, greckich. Herbaty – zarówno te angielskie, jak i wschodnie... znała mnóstwo odmian. Kawy – kubańskie, brazylijskie, włoskie expressa...

Wszystko, dosłownie wszystko. Wziął do ręki jedną z kształtnych, ogniście pomarańczowych pomarańczy i pomyślał, że mógłby tu zostać popijając wraz z nią herbatę do końca życia. Chciał tu być dopóki ta noc się nie skończy...


Powrót