Komnata Sztuk Wszelkich 174: Ulcia - Historie autobusowe o lekkim zapachu cynamonu i truskawek cd.
Rozlane Mleko
„Przepraszam, przepraszam” – dało się słyszeć w nasączonym hałasem tłumu i charczącego silnika wnętrzu autobusu. To młoda, szczuplutka dziewczyna przeciskała się przez napierającą na nią masę tłumu. Od początku do końca czerwonego, hałaśliwego tasiemca. „Nareszcie. Tutaj czuję się świetnie” – dało się odczytać na drobnej, może zbyt mocno pomalowanej twarzyczce, kiedy dziewczynie udało się stanąć przy ostatnim krzesełku zajętym przez mężczyznę w garniturze w kolorze tabaki. Pękaty, granatowy plecak powędrował między nogi, które z całych sił starała się przycisnąć do tego niewielkiego fragmentu wolnej podłogi, który sobie upatrzyła. Jej iskrzący się wzrok zetknął się w powietrzu z niewysokim, krępym młodzianem. Jej nozdrza poruszyły się, a ona całą sobą poczuła bijącą odeń woń alkoholu i coś nieprzyjaznego krążącego w powietrzu. Z rezygnacją przeniosła wzrok na widok za oknem, a raczej jego brak ponieważ szyby przysłonięte były ogromną reklamą, którą oblepiony był cały autobus. I tak dotrwała do końca.
Na pętli wysiadała fala ludzi, która uniosła wraz z sobą młodą dziewczynę, dziecko jeszcze o delikatnej, trójkątnej buzi. Brązowa pajęczyna naelektryzowanych włosów owijała się wokół szczupłej szyi, wpadała do ust, oczu. Próbowała z nimi walczyć, oczywiście bezskutecznie. Poddała się szybko, gwałtownie łapiąc się rury tak, jakby nie chciała wysiąść z autobusu na przystanku, który przecież był już ostatnim. Powoli jednak odklejała się od metalowego, zimnego pręta, starając się jak najwolniej przejść w stronę drzwi. Jakby miała nadzieję, że zaraz zamkną się jej przed nosem i okaże się, że będzie musiała zostać w środku na kolejny kurs. To by chyba jej odpowiadało. Nic takiego jednak się nie stało, ponieważ autobus miał tu jeszcze dziesięciominutowy postój. Z wahaniem wyszła na przystanek, a jej drobne ciałko przeszył dreszcz. Trzeba było ruszyć się z miejsca.
- Hej! – zatrzymał ją głos – Kleo!
Stanęła niechętnie w miejscu i ujrzała tuż nad sobą pryszczatą twarz Tomka. Nie powiedziała nic, próbując nie zgiąć się pod lawiną słów, które wypadały z jego ust z ogromną prędkością i szybkością. Nie potrafiła się w nich rozeznać, aż w końcu wrzuciła pomiędzy sprawozdanie z wczorajszej nocy, a dzisiejszego dnia swoje: „Cześć, muszę lecieć. Wiesz...” I to spojrzenie bardzo wymowne. Bo to „wiesz” zawsze, każdy sobie dopowiadał. I odeszła sobie tak po prostu zostawiając chłopaka w stanie euforycznego zdziwienia i szoku z powodu niespodziewanej przerwy w wypowiadaniu niezbyt ciekawych słów. Chciał krzyknąć: „ZACZEKAJ!!!” z całych sił, z całej radości życia, ze zdziwienia, które wzbierało w nim ogromną falą, ale się powstrzymał. Mruknął tylko cicho pod nosem:
- Jeszcze zobaczymy Kleo... – i ruszył do autobusu.
W uszach miał słuchawki swojego MP3. Zawsze muzyka sprawiała mu przyjemność. Teraz niecierpliwie wyrwał je, bo chciał pogrążyć się w ciszy. Chciał ciszy, której nie zastał na szarej, zatłoczonej, śmierdzącej spalinami ulicy. Czym prędzej zapragnął uciec z tego świata.
Tymczasem dziewczyna powoli szła do domu. Porywisty, ostry, silny wiatr szarpał jej włosy, wdzierał się pod cienką bluzeczkę, kazał jej właścicielce kulić się i walczyć ze sobą. Dziewczyna szła jednak dalej niepomna chłodu i zimna, które docierało do każdego skrawka jaj ciała, duszy i myśli. Teraz trzeba było tylko zająć czymś to wszystko. Ciało szybko poruszało się w stronę domu, serce krwawiło, a myśli były w kompletnym amoku. Odgoniła te złe i zajęła się po raz setny rozpracowywaniem swojego imienia na czynniki pierwsze.
Kleopatra, bo tak się właśnie nazywała, nie cierpiała swego imienia. Zostało ono nadane przez matkę, pasjonatkę wszelkiego piękna, z wykształcenia historyczkę, która dziwnym trafem w ten oto sposób, cała szczęśliwa, nieświadomie skrzywdziła swoją córkę. Z resztą jej długa walka, żeby mama zaczęła na nią mówić po ludzku i normalnie (czyli tak jak inni) spełzła na niczym. Dziewczyna złożyła wszelką broń jaką składowała, bo żadna z nich nie działała. Dla mamy była Kleopatrą i tyle. Dla reszty istniała tylko jako Kleo. Czasami, ktoś żeby jej dokuczyć używał jej właściwego imienia, ale nie zdarzało jej się to dosyć często. Kleopatra... brrr. Mimo wszystko nadal myśli, że będzie miała lepszy los niż ona.
Te myśli odciągnęły ją na jakiś dalszy, mniej ciekawy i już zupełnie wyjeżdżony tor od tego nowego, głównego dzisiaj. Ech... dopiero w domu okaże się czy wszystkie pociągi po nim jeżdżą. Czy może tylko pociąg wyobraźni.
Od drzwi poczuła ciepły zapach cynamonu i jabłek, połączenie nieziemskie w postaci gorącej fali ciasta i radości. Na korytarz natychmiast wybiegła jej młodsza siostrzyczka: z uśmiechem na ustach, policzkach i nosku całym w cukrze – pudrze, z kawałkiem szarlotki w pulchnej rączce. Mała Flora była teraz w stanie ukazać swą miłość dla tego nieziemskiego ciasta pieczonego nałogowo przez mamę, kiedy miała dzień wolny, zjadając pół blachy. Była dla tej miłości gotowa wiele wycierpieć. Potrafiła przeżyć nawet noc w bólach i przyjmowanie miętowych, żołądkowych kropli babuni.
- Tata przyjedzie wcześniej – powiedziała radosnym tonem oczekując uśmiechu na twarzy swojej starszej siostry. Niestety, zawiodła się.
Starsza siostra podeszła do niej i szarpnęła ją za rękaw.
- Coś ty powiedziała? – spytała cicho
- Tatuś przyjeżdża wcześniej – odpowiedziała Mała, a zdenerwowana starsza siostra potrząsnęła nią jeszcze raz, tym razem mocniej. Flora zaczęła wyć.
- Co się tam dzieje?- usłyszały ciepły głos dochodzący z kuchni.
- Nic, nic mamusiu – odpowiedziała śpiewnym głosem starsza i tanecznym krokiem wkroczyła do kuchni, w której jej matka mieszała w garnku wyglądając przy tym jakby właśnie dopadł ją szał.
- Cześć Mamusiu – córka podeszła i delikatnie ucałowała matkę wpatrzoną w z niedowierzaniem w książkę kucharską.
Później przeniosła wzrok na puchate ciasto, które leżało na stole. Żołądek ścisnął jej się kurczowo, ale wiedziała, że nie będzie w stanie przełknąć ani kęsa aż do powrotu taty. To tak ze stresu. Później zacznie jeść ile tylko się da, aż w końcu zaśnie umęczona łzami i jedzeniem. Sięgnęła po zgrabną szklankę i nalała do niej mleka, po czym poszła do pokoju, który dzieliła z Florą. Spojrzała łóżko Małej starannie zaścielone ręką mamy i jej tapczanik, na którym widać było ślady porannego pośpiechu. Położyła szklankę z mlekiem na podłodze obok łóżka i usiadła na nim ukrywając twarz w dłoniach. Było jej niedobrze. Ona tylko próbowała, to był jej pierwszy raz. Ale gdyby miała tak powtórzyć ten dzień... Chciała zobaczyć jak to jest, może trochę zaimponować innym, ale przecież. Jeden raz to nie uzależnienie, nie nałóg, nie wieczne palenie, aż do końca życia, ale jak to wytłumaczyć rodzicom? Przecież oni tej gwarancji nie będą mieli. Już zawsze będą uważali, że ich okłamała i to do tego w tak głupi, podły sposób. Ale możliwe też, że facetka od WOS-u jej nie widziała, bo wcale nie zareagowała, albo, że widziała i zignorowała, albo, że widziała ją, ale nie widziała papierosa... To wszystko jest takie trudne...
A jeżeli tata już wie? Jeżeli jedzie do domu tylko dlatego, że chce z nią porozmawiać?
Jej intensywne rozmyślania przerwała Flora, która niespodziewanie obłapiła ją za nogi swymi zatłuszczonymi łapkami i z buzią pełną cynamonowo- jabłkowej mieszanki powiedziała:
- A ja mam tajemnice. Rodzice powiedzieli mi, a nie tobie. Ja ci nie powiem.
Kleo niezbyt zainteresował ten fakt, więc obdarzyła siostrę tylko ciężkim spojrzeniem i powiedziała ostrym tonem:
- To po co z tym do mnie przychodzisz? Wracaj do ciasta.
Mała z niezrozumiałych dla siebie powodów odepchnięta dziś po raz drugi powróciła posłusznie do kuchni, a tymczasem w zamku drzwi wejściowych zazgrzytał klucz. To wrócił tata. Klopatra dzisiaj jakoś nie miała wielkiej ochoty rzucać się do przedpokoju, tak jak to właśnie robiły jej mama i siostra. Usłyszała tylko wymieniane całusy i głos taty:
- Gdzie jest Kleo?
- W pokoju... – usłyszała jeszcze jakieś ciche głosy, ale nie potrafiła rozróżnić słów i stłumione chichoty. Wtem rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę – powiedziała dziewczyna słabym tonem i bez zdziwienia ujrzała twarz swego ojca w drzwiach.
- Cześć.
- Cześć – powiedziała ze spuszczoną głową.
- Pewnie Flora Ci już powiedziała...
- Nie musiała. Sama wiem – tata roześmiał się.
- Nie spodziewałem się Coś ty taka cicha?
- ...
- Powinnaś dostać...
- Karę – dokończyła go córka
- Karę? – zdziwił się ojciec – A ja myślałem, że prezent
- Prezent – tym razem Kleo wyglądał na zaskoczoną – Za co?
- Nie za co tylko na co.
- No to na co?
- Przecież powiedziałaś, że wiesz. Jest dzisiaj dwudziesty października. Masz imieniny.
Kleo gwałtownie poruszyła stopą. Potrąciła szklankę, która potoczyła się po pokoju zostawiając na nim ogromną, białą kałużę. Dziewczyna roześmiała się histerycznie.