onet.pl PATRONAT
Dzieła w komnacie
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Komnata sztuk wszelkich

Powrót
Komnata Sztuk Wszelkich 161: Ulcia - "Historie autobusowe o lekkim zapachu cynamonu i truskawek cd."
Na dworze panował okrutny upał, a w autobusie straszny ścisk. „Nic dziwnego późne godziny popołudniowe. Ludzie wracają z pracy. Och! Jak to jest nieznośnie!” – pomyślała starsza pani o twarzy posiekanej lekką siateczką zmarszczek, białych włosach i głębokim melancholijnym spojrzeniu poprawiając jednocześnie pasek czarnej, mocno sfatygowanej, wypchanej torby mającej już dawno za sobą czasy swojej świetności. Z ukosa, z lekkim grymasem na twarzy spojrzała na siedzącą na kolanach chłopaka opaloną blondynkę w przykusej bluzeczce, otworzyła swą torbę walcząc z zacinającym się co chwilę zamkiem, wyjęła z futerału swoje duże okulary z kolorowym sznurkiem oraz książkę z różową okładką i tajemniczym tytułem: „Elizabeth i Ben”. Natychmiast zanurzyła się w fascynującej lekturze. Od niechcenia przesunęła ręką ciężką siatkę zawierającą dwa i pół kilo truskawek, które zamieniały się powoli w kleistą, czerwoną posokę wydzielającą lekki, mdły zapaszek mieszający się w powietrzu z zapachem potu. Kobieta ubrana była w kwiecistą, lekką sukienkę i sandały z pasków na korku. Na żylastej szczupłej dłoni, którą przytrzymywała okładkę książki miała srebrny zegarek, a na krótkim palcu złotą, grubą obrączkę. Słońce padające na szyby autobusu prześwietlały jej białe loki. Z zaczytanymi oczami oraz lekkim uśmiechem na twarzy wyglądała naprawdę pięknie i uroczo. Nagle podniosła wzrok, który zawisł na śpiącym obok niej, brodatym mężczyźnie, a potem znów z zachłannością powrócił do zdania w książce: ”Ben zgasił papierosa, gwałtownie wstał, pochwycił Elizabeth w objęcia i z dziką rządzą zaczął całować jej zmysłowe usta.”. A potem z niechęcią założyła książkę na tej stronie niebieską zakładką z szarym kotkiem i zdjęła swe duże okulary, włożyła je do etui i obydwie rzeczy schowała do swej torebki. Chwyciła za uchwyty plastykową reklamówkę z owocami i zaczęła szykować się do wyjścia.

Kiedy stała już przy wyjściu, kierowca mocno zahamował. Dwie stojące obok przyjaciółki wpadły na nią. Starsza pani, która na imię miała Pelagia upuściła swą siatkę i wpadła na kasownik. Niespokojnym uśmiechem zareagowała na przeprosiny młodych dziewczyn i z rozpaczą spojrzała na truskawki. Nikt nie zauważył dwóch ogromnych łez w oczach kobiety kiedy z trudem schyliła się by podnieść z ziemi reklamówkę i z rozpaczą spojrzeć na walające się po ziemi truskawki. Szybko, wierzchem dłoni wytarła oznakę swojej słabości i zaczęła walkę z napierającym na nią tłumem, ponieważ autobus stanął już na swoim przystanku. Wyszła z niej bez szwanku i starając się nie powłóczyć tak żałośnie nogami ruszyła w stronę niedużego, pachnącego igłami sosnowego lasku gdzie idąc kawałek szeroką, brązową ścieżką można było odkryć szereg białych, klockowatych domków niezbyt ładnych, ale za to pięknie ulokowanych. Tam właśnie zmierzała Pelagia. Daleką drogę dzisiaj wybrała, nogi już nie te, odmawiały jej posłuszeństwa. Jednak jak tu nie spędzać czasu ze swymi wnukami? Choć jednocześnie miała wyrzuty przed zostawieniem chorego męża w domu. Heniu widząc jak się miota powiedział: „ Idź! Nic mi nie będzie.”. I choć Pelagia wierzyła w to święcie to jednak teraz przyśpieszyła, chociaż zmęczenie upałem i zbyt wielkim jak na nią obciążeniem odbierało jej te resztki sił, które jeszcze potrafiła wykrzesać po zajmowaniu się chorym mężem. A był jednak! „Niepotrzebnie się bałaś!” – upomniała się w duchu, ale z każdym dniem coraz trudniej było jej się nie bać. Heniu bladł, marniał w oczach, widać było, że jego koniec jest już bliski. Choć żartował nadal, igrał ze śmiercią. Teraz też, spał wykończony na wiklinowym, starym fotelu, który drapał, więc Pelagia przerzucała go miękkim kocem, który ostatnio przywiozła jej synowa. Blady, zmęczony życiem. Coraz ciężej było na niego patrzeć, kiedy cierpiał. Nic dziwnego, że schorowany jest. W końcu przecież o dziesięć lat starszy od niej, a ona również niedomaga już, lecz jeśli mogłaby wybrać nadal chciała by umrzeć przed nim. Serce jej prawie się nie zatrzymywało na myśl, że najprawdopodobniej będzie inaczej. Na początku miała jeszcze nadzieję, że wyroki lekarza są zupełnie inne od wyroków boskich. Jednak tym razem i wyrok boski i lekarski są zgodne. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać. Kiedy podeszła, od razu otworzył oczy. Sen miał lekki, jak zawsze. Podeszła do niego i z czułością pocałowała go w czoło. Już dawno opanowali piękną sztukę porozumiewania się bez słów. Pelagia poszła do kuchni i umyła tą marną resztkę owoców, która jej pozostała. Wyłożyła na pięknym, starym talerzyku, który otrzymała w spadku po mamie najdorodniejsze truskawki bez szypułek i zaniosła mężowi. Ucieszył się bardzo, co widać było po jego minie. Ze spokojem żuł każdą truskawkę rozkoszując się ich smakiem. Kiedyś sam miał trochę truskawek na ogródku. Jednak kiedy zdrowie zaczęło mu odmawiać posłuszeństwa porzucił tą pracę, a Pelagia, która nigdy nie miała dobrej ręki do roślin mocno go zaniedbała. Rozmawiali chwilę cicho. Heniu z ożywieniem pytał o wnuków, a potem podparł się o ramię żony i razem, wolnym krokiem ruszyli po kamiennych stopniach do domu, gdzie już dawno kobieta zaścielała swojemu mężowi na dole, na sofie ponieważ ciągłe wędrówki z góry na dół wykańczały go.

Codziennie nalegała, by poszedł do szpitala. Tym razem uległ, podjął decyzję. Czas się pakować, załatwiać wszystko. Mimo wszystko próbowała mieć jeszcze jakąś bladą nadzieję, jej nędzny cień. Chyba na próżno.

Za dwa dni znalazł się w szpitalu. Czuwał przy nim spoglądając z niepokojem na innych starszych mężczyzn, którzy leżeli wraz z nim na sali. Zaniedbani, często samotni, schorowani i najczęściej spokojnie oczekujący na przyjście „pani śmierci” o wielkich pustych oczach. Nie bali się jej, byli z nią oswojeni. Jednego z nich odwiedzała młoda, elegancka córka. Pelagia polubiła tą kobietę, która wiele czasu poświęcała swojemu ojcu. Była ( jak wyjaśniła) lekarzem, który korzystał właśnie z urlopu macierzyńskiego. Rozmawiała z nią często, powoli zyskując sympatię, a później i przyjaźń młodej kobiety. Nie wiedziała, że młoda pani doktor, kiedyś, w przyszłości zaopiekuje się także i nią.

Pewnego dnia, kiedy karmiła Henia, ciepłą, szarą zupą pieczarkową, w której pływały strzępki śmietany, jej mąż odezwał się niespodziewanie:

- Już czas. Chciałbym zobaczyć wnuki. – jego głos był schrypnięty, zupełnie niepodobny do tego dawnego, rześkiego tonu.

Pelagii stanęły w oczach łzy żalu. Co z tego, że dawno już pogodziła się z tym, co ma się stać, jak bliskość śmierci załamywała ją, paraliżowała jej ruchy. Patrzała jak jej mąż odchodzi powoli, cierpiała bardzo. Już się nie poruszał prawie, nie schodził z łóżka, niewiele spał. Prawie w ogóle nie mówił. Żona, która tak pięknie rozmawiała z nim bez użycia słów w każdym jego spojrzeniu i uśmiechu widziała miłość.

Nie było jej lekko i łatwo, kiedy przez zielone korytarze prowadziła swojego syna, synową i ich dwójkę dzieci do pokoju, w którym leżał ich ojciec i dziadek. Obawiała się tego, że nieduże dzieci nie będą pamiętać swojego dziadka, który ofiarował im tak dużo. „Może to i lepiej – pomyślała – nie mają szans pamiętać go zdrowego i wesołego. Niech nie utrwalają sobie w pamięci widoku tego starszego, schorowanego człowieka.” Nie wiedziała, że starsze z dzieci będzie pamiętało jej męża na wieki, a wszelkie opowiedziane przez nią historie przekaże dalszym pokoleniom.

To zdarzyło się w nocy. Dopiero rano telefon wyrwał ją z przydługiego, czarnego snu, podobnego do oleistych toni. Odszedł we śnie. Cieszyła się, że odbyło się to tak spokojnie, choć bardzo pragnęła by umarł trzymając ją za rękę. Pragnęła poczuć ostatni uścisk dłoni, usłyszeć ostatni oddech.

Nie potrafiła płakać. Napłakała się tak dużo, kiedy był chory, że mogłoby się wydawać, że nie ma w sobie już żadnych łez. Znała testament i wiedziała co ma zrobić. Na mszę byli zaproszeni wszyscy znajomi, przyjaciele. Nie było to duże grono. Wielu, tak jak i on odeszło z tego świata. Pojechała z synem do jakiegoś zakładu pogrzebowego. Był tak mały i anonimowy, że nie potrafiła nawet przypomnieć sobie jego nazwy. Teraz chciała być już tylko sama. Paweł zawiózł ją niedaleko lasu. Wyszła z samochodu i poczuła świerzy zapach igieł i żywicy niesiony przez silny wiatr. Otworzyła urnę i przechyliła ją. Ostry podmuch poniósł prochy w stronę lasu jego życia, lasu jego miłości
Powrót