onet.pl PATRONAT
Jesień na Dzikim Zachodzie
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Blondynka w mediach

Powrót
Jesień na Dzikim Zachodzie

   W pewnym amerykańskim lesie mieszkała indiańska księżniczka. Któregoś lata przyszła wielka susza i całe plemię głodowało wyszukując w suchej ziemi choćby najmniejszej trawki. Szaman popatrzył w niebo i usłyszał głosy duchów szepczące w wierzchołkach drzew. „Trzeba złożyć ofiarę – powiedział szaman. – Wtedy spadnie deszcz”. Księżniczka weszła na szczyt świętej góry Indian Larch i rzuciła się w przepaść. Jej śladem z gór zaczął spadać wodospad zwany dzisiaj Multnomah Falls.

   Wodospad znajduje się niedaleko Portland w stanie Oregon, czyli w północno-zachodniej części Stanów Zjednoczonych, gdzie trafiłam w poszukiwaniu śladów Dzikiego Zachodu.

   Były to jedne z najwcześniej zasiedlonych terenów. Ludzie przybywali tu po ziemi, której już dziś nie ma, ponieważ Alaska oderwała się od Syberii i w tym miejscu powstała cieśnina nazwana później Cieśniną Beringa. Na północnym zachodzie ziemia była żyzna, a bliskość oceanu zapewniała plemionom Haida, Kwakiutl i Nootka stały dostęp do bogatych w białko ryb. W połowie XIX wieku zaczęli tu przybywać koloniści w poszukiwaniu Ziemi Obiecanej. Ciągnęli słynnym Szlakiem Oregonu wyruszając ze stanu Missouri na środkowym zachodzie, mijając góry i pustynie, by po ponad tysiącu kilometrów rozładować wozy i zakładać pierwsze pionierskie osady.

   Utrzymywano przyjazne stosunki z Indianami. Córka Comcomly – wodza szczepu Chinook – wyszła nawet za mąż za białego osadnika, ale sielanka skończyła się w chwili, gdy wódz zobaczył jak jego zięć pracuje w polu okopując ziemniaki. Takie zajęcie - zdaniem Indian - nie przystało godności prawdziwego mężczyzny.

   W Oregonie nie znalazłam zbyt wielu śladów po najdawniejszej historii, ruszyłam więc dalej szosą numer 5 na północ do stanu Washington, a stamtąd jeszcze dalej, do Kanady. Pewnego dnia w miejscowości Seebe niedaleko Calgary w zachodniej prowincji Alberta trafiłam na samotne rancho. Przeszłam przez bramę z belek ozdobioną białymi łopatami łosia i stanęłam przed chatą, której wejścia strzegł ogromny drewniany Indianin z warkoczami i tomahawkiem w ręku. Po chwili na prerii pojawił się jeździec, który przyprowadził za sobą dodatkowego konia. Wskoczyłam na siodło i odjechaliśmy. Na tle błękitnego nieba odcinało się ośnieżone pasmo Gór Skalistych i słychać było dalekie rżenie koni. Tak zaczyna się jesień na Dzikim Zachodzie.

(c) Beata Pawlikowska

Powrót