onet.pl PATRONAT
Listy w skrzynce
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Listy

Powr�t
Malinowa skrzynka pocztowa (93)

Nazwy skrzynek pocztowych nie mają związku z tematem listów :) Nadaję im egzotyczne nazwy, bo to fajniejsze niż przydzielenie im kolejnych numerów. W gruncie rzeczy jednak chodzi tylko o to, żeby je odróznić od siebie nawzajem.

Nowe listy proszę słać na adres beata@beatapawlikowska.com
Odpowiedzi szukajcie poniżej.

Witam Pani Beato
Długo się zastanawiałam ,czy do Pani napisać aż w końcu się zdecydowałam.Za 2 lata będę pisała maturę,ale strasznie się jej boję ,bo nie wiem ,czy ją zdam ,ale powtarzam też sobie,że muszę ją zdać ,bo nie mogę zawiść mojej mamy,ponieważ zbyt dużo osób już ją zawiodło w życiu.Zastanawiam się jednak co zrobię,gdy nie zdam?Boję się również tego dorosłego życia,że nie poradzę sobie z obowiązkami i problemami,gdy takie nastąpią.W ogóle jestem nieśmiałą i spokojną dziewczyną.Czasem czuję się taka zamknięta w sobie i nie potrafię się otworzyć.
Mam jeszcze jeden problem,który jest strasznie dołujący i,z którym nic nie mogę zrobić,a mianowicie mam ojca alkoholika,który nie ma zamiaru przestać pić i nawet nie chce się przyznać do tego,że jest alkoholikiem. Próbowaliśmy już go przekonać wszelkimi sposobami żeby się zaszył albo chodził na terapię AA., ale on ciągle stawia na swoim.Nie wiem,czy to nie jest walka z wiatrakami,żeby go przekonywać ,czy sam powinien do tego dojść i zrozumieć?
Boję się również tego ,że mój brat także uzależnić się od alkoholu.Za każdym razem gdy mama tłumaczy mu,że jest zagrożony to Maciek odpowiada,że od jednego kieliszka się nie uzależni(to oczywiste),ale gdy ma się ojca alkoholika i smakuje komuś alkohol to całkiem możliwe,że może stać się niewolnikiem.Czy lepiej żeby nadal bratu to tłumaczyć?Można go od tego ochronić?Może ma Pani dla mnie jakiś "złoty środek"?
W wakacje czytałam Pani książkę "W dżungli życia" chyba jeszcze nie czytałam tak mądrej książki ,BARDZO mi się spodobała.Dzięki niej zrozumiałam,że moje życie jest tylko w moich rękach .Wiedziałam to już wcześniej ,ale jakoś nie brałam tego do siebie,a teraz już jestem pewna ,że wszystko zależy ode mnie Kupiłam więc książkę "Blondynka na językach" i mam zamiar nauczyć się angielskiego(bo wstyd się przyznać,ale nie umiem angielskiego oprócz kilku słówek).Mam zamiar jeszcze kupić kurs hiszpańskiego na wiosnę,bo bardzo podoba mi się ten język.Mam do Pani jeszcze dwa pytania: 1.mówi Pani na płycie ,że na końcu książki jest niezbędnik gramatyczny ,ale ja na końcu książki mam pytania,które Pani zadaje i oczywiście spis treści.Czy mogłabym Panią prosić o przesłanie tego niezbędnika jeśli jest taka możliwość? 2.Czy po zakończeniu kursu uda mi się przeczytać Pani książki w j.angielskim?Czy to zbyt mało ćwiczeń i czasu?
Dziękuje Pani za to,że daje pani nadzieję ludziom na lepsze życie i za to ,że jest Pani tak optymistyczną osobą i pełną serdeczności co jest bardzo ważne w dzisiejszym świecie.Przepraszam,że ten list jest taki długi,miał być o wiele krótszy.
POZDRAWIAM :-) Lidka





Lidko, tak, mam zloty środek i brzmi on: dbaj o swoje życie, a życie swoich rodziców zostaw. Oni są dorośli i sami powinni o siebie dbać. Ty jesteś dopiero nastolatką i nie jest twoim zadaniem uzdrawianie całego domu. A jeśli dom jest chory? Wiesz, ja wiem czym jest uzależnienie od alkoholu, bo znam kilka takich osób. I jedno wiem na pewno: dopóki człowiek uzależniony SAM nie będzie chciał się leczyć, nic go do tego nie zmusi. A sam będzie chciał dopiero wtedy, gdy poczuje się bezsilny i bezradny. Bo uzależnienie oplata zdrowe myśli i rozsądek i taki człowiek staje się ślepy i głuchy na dobre rady.

Choćbyś więc nawet stanęła na głowie, to nic nie zmienisz.

Twój tata musi sam dostrzec swój problem i dopiero wtedy sam może spróbować go zmienić.

Poza tym Ty – jako córka – też jesteś w pewien sposób zarażona tym chorym myśleniem.

Jeśli więc chcesz mojej rady, powinnaś zacząć od leczenia siebie samej – bo wiesz skąd bierze się twój smutek, niepokój, stres przed matura, to że zamykasz się przed ludźmi? Właśnie z tego. To się nazywa współuzależnienie. Nie ma nic wspólnego z piciem alkoholu. To tylko współuzależnienie dotyczące sposobu myślenia i patrzenia na świat.

Jeśli więc chcesz pomóc swojej rodzinie, zacznij od siebie. Znajdź poradnię AA i zapytaj czy są spotkania dla A-Anon lub Alateen. To są terapie dla osób współuzależnionych, czyli takich, które żyją, wychowują się z kimś, kto jest uzależniony od alkoholu.

Pamiętaj: nie zmienisz innych.

Możesz jednak zmienić siebie.
I nauczyć się być szczęśliwa.

A kiedy Ty się zmienisz, to pod tym wpływem zaczną się też zmieniać inni.
Ale zacząć trzeba od siebie.
To bardzo pożyteczne i bardzo oczyszczające zajęcie :)
Ściskam Cie mocno

Dobry wieczór Pani Beato..
Chłodny wieczór, gorąca herbata, łzy.. wspomnienia..
Mam wrażenie, że przeszkadzam wszystkim ludziom dookoła.. Począwszy od dziadków, przez rodziców, po rówieśników w szkole.. kończąc na najbliższej mi osobie..
Wszyscy czegoś ode mnie caaaaały czas chcą.. Wymagają, abym nie robił nic innego niż uczył się.. Jestem już w liceum.. Przychodzę po szkole, zwykle po 18, i co słyszę..? A dlaczego 4, a nie 5..!?
Na rodzicow nigdy nie mogłem liczyć.. N I G D Y.
Dziwnie dzieje się też w szkole.. Zmiana środowiska, nowi ludzie, zwyczaje. Wszyscy oni jednak wymagają ode mnie "czegoś’’.. Tylko czego.?!
Wszystko to jednak jest jeszcze do opanowania, jeżeli ma się drugą osobę, z którą można o wszystkim porozmawiać, a coś ją poprosić, albo wręcz przeciwnie - pomóc jej samej..

Tego roku poznałem kolegę. Wydawał się niedostępny i bardzo pewny siebie.. Zaintrygowało mnie to.. Nawiązaliśmy kontakt.. Spotykaliśmy się, jeździliśmy razem rowerami.. Chodziliśmy na boisko i na pizzę. Było genialnie..! Czułem, że znalazłem bratnią duszę..! I rzeczywiście tak było..
Niedawno jednak wszystko diametralnie się zmieniło.. Z dnia na dzień nie odzywał się do mnie.. Nie odpisywał, nie odbierał telefonów ode mnie.. Poczułem, że coś jest nie tak, jak być powinno..
I faktycznie tak jest.. Nie chce ze mną rozmawiać. Rzucił mi w twarz kilka zlych słów. Poczułem się jakbym dostał w twarz.. Osoba, którą darzyłem największym zaufaniem.. Osoba, która wie o mnie wszystko.,. Osoba, którą w jakiś sposób miałem w swoim sercu.. Ta osoba twierdzi, że jestem do dupy.. Co gorszego można usłyszeć.?
Piszę teraz ten list, a po policzku spływają łzy..
Dlaczego wszystko jest takie trudne..!?
Teraz ból, żal, tęsknota, utrata...
Kiedyś mu ufałem.. To była jedyna osoba, z którą się dogadywałem.. I co mam czuć.!? Komu teraz ufać.?!
Najlepiej zapomnieć o wszystkim i odejść.. A jeszcze lepiej odejść tak, by nikomu nie zawadzać..
’Jedyne co mam to złudzenia, że mogę mieć własne marzenia...’
Pozory.. Wszystko ok, uśmiech na twarzy.. Owszem, uśmiecham się, ale żadna osoba nie wie co się dzieje w mojej głowie..
To ogromny mętlik, w którym są wszystkie myśli.. To ogromy ból po lewej stronie klatki piersiowej...
A może jest sposób, aby ulżyć wszystkim dookoła..?
Tylko, czy ja tego chcę..?
Czy chcę tego..?
Chcę..?

R.

Jeśli powiem Ci, że ludzie ciągle rozstają się z różnych powodów, to pewnie nie poczujesz ulgi? Zawieść czyjeś zaufanie to wielka strata. Rozumiem, że to bardzo boli.

A jednocześnie zastanawiam się nad dwiema rzeczami. Po pierwsze: czy być może rzeczywiście nie obarczyłeś swojego kolegi pewnymi oczekiwaniami, których on nie mógł spełnić? Z początku Twojego listu bije smutek, brzmi tak, jakbyś czuł się samotny w rodzinie. Więc być może bardzo potrzebowałeś kogoś, kto ciepło rodzinne w jakiś sposób Ci zastąpi? I być może za bardzo przywiązałeś się do kogoś, kto na to nie zasługiwał i tego nie rozumiał? I teraz wiem, co odpowiesz, że potrzebujesz choćby jednego prawdziwego, wiernego przyjaciela na świecie. Jeśli nie masz go w rodzinie, to gdzie masz go szukać?

Jeśli dręczy Cię taka wielka samotność, to nie znajdziesz jej w innych ludziach ani w żadnych rzeczach czy używkach. Ta samotność nie wynika z braku osób dookoła, tylko z Twojej duszy, która niczym nie zawiniła, ale nie nauczyła się kochać.

Kochać świata, ludzi, siebie samego.

Wiem, że zachowanie kolegi boli, ale nie masz innego wyjścia jak pogodzić się z tym. Przyznasz, że on miał prawo tak się zachować, prawda? To nie było fajne, ale jednak on miał prawo to zrobić. A Twoim zadaniem jest zaakceptować to i ruszyć dalej. Na pewno jest wiele innych fajnych ludzi dookoła. Nie chowaj się w pancerz ofiary i cierpienia. Jesteś fajnym gościem. Jesteś ważnym człowiekiem na świecie. Tak jak każdy jest ważny. Nie ma nieważnych ludzi. Czasem ludzie robią sobie nawzajem krzywdę, ale sami też z tego powodu cierpią, prędzej lub później.

Jedyne, co mogę Ci poradzić – uśmiechnij się do siebie w lustrze. Bądź swoim przyjacielem. Nie zamykaj się przed ludźmi. Spróbuj cieszyć się drobnymi rzeczami, wtedy przestaniesz zauważać te nieprzyjemne. Ściskam i pozdrawiam :)

Pani Beato!
Wlasnie skonczylem czytac "W dzungli zycia", I chyba cos we mnie drgnelo. Dlatego tez pisze do Pani ten list aby podzielic sie kilkoma myslami ktore nie daja mi spokoju I sprobowac zrobic z tego drzenia prawdziwe trzesienie ziemi.. Wlasciwie to sam nie wiem co sklonilo mnie do popelnienia tego listu. Nigdy do tej pory cos takiego nie przyszlo by mi na mysl- to jest pisanie do obcych ludzi o swoich odczuciach. Tym bardziej, ze zdaje sobie sprawe z tego jak niskie sa szanse na uzyskanie sprzezenia zwrotnego, od tak zapracowanej I pochlonietej zyciem osoby. Mam jednak nadzieje, ze mail ten dojdzie do Pani a nie stanie sie kolejnym ciagiem bitow zaklasyfikowanych jako spam. Ale do rzeczy.

Mam 27 lat I nie czuje swiata... Wlasnie tak. Ten opis pasuje jak ulal do tego co odczuwam a wlasciwie nie odczuwam. Jestem zwyklym facetem. Chyba wyksztalconym, nie glupim, sredno urodziwym ale nadrabiam poczuciem humoru. Skonczylem informatyke, mam niezla prace. I to wszystko co moge powiedziec. Cala reszta to pustka. Ludzie, przestrzen... Mysle ze gdybym nagle znikl nikt nie rozpoczalby poszukiwan. Nigdy nie udalo mi sie nawiazac z nikim bliskich relacji. Pierwsza mysl - gbur, egoista narcyz itp. Ale tak nie jest. Moze niesmialy? Wrecz przeciwnie.

Problem jest w "czuciu". Nie odczuwam przyjemnosci. Nie jestem w stanie podjac dzialania aby osiagnac szczescie poniewaz nie wiem czym jest szczescie. Wlasciwie to niczego mi nie brakuje a czuje, ze im wiecej tym mniej. Przez pewien czas myslalem ze to wynika z braku drugiej polowy - jednak nie. Drugie polowy szybko sie stawaly ex polowami co zwykle wychodzilo na dobre obu polowom.

Pisze Pani w ksiazce ze podstawa do osiagniecia szczescia jest akceptacja siebie. Ale czy mozna obejsc sie bez akceptacji innych? Czy swiat ktory kazdy tworzy dla siebie moze byc pusty? Mam wrazenie ze swiat ktory wykreowalem jest namalowamy czarnymi konturami na bialym tle. Jest w nim mase finezyjnych wzorow, pieknych ksztaltow ale brakuje im wypelnienia kolorami. Czuje ze gdy znajde "kredki" to znowu znajde sie na dobrej drodze by zyc. Poki co ide szukac. Moze Pani wie gdzie powinienem zaczac?

Piotrek


Myślę, że wiem gdzie są kredki.

One są w pana oczach, Piotrze.

Są nieużywane i dlatego świat wydaje się czarno-biały i pozbawiony żywszych barw.

Z mojego doświadczenia wynika, że WSZYSTKO zależy od perspektywy patrzenia. Nie od tego, co się ma, ile się ma i jakiej jakości są te rzeczy lub zjawiska.

Szczęście zależy tylko i wyłącznie od tego czy człowiek umie się cieszyć tym, co ma.

I jest to kwestia pewnego tricku, jaki robi z nami nieuświadomiona podświadomość.

Wiem, to dziwnie brzmi, ale już wyjaśniam:

Podświadomość zapisuje sobie pewne kody. Na podstawie interpretacji zdarzeń zapisuje sobie ich znaczenie i wnioski. Czasami wnioski wysnute przed podświadomość są kompletnie bezsensowne, ale tak długo jak nie zostaną odkryte i sprawdzone, będą funkcjonować i narzucać pewien sposób myślenia, odczuwania i zachowania.

Na przykład: uczeń w szkole dostaje piątkę w słoneczny dzień, a dwóję podczas deszczu. Podświadomość zapisuje: dni deszczowe są złe, bo zwykle dostaję wtedy złe stopnie. Uczeń kończy szkołę i zaczyna pracować, ale kod deszczowego dnia wciąż działa.

Kiedy zbierze pan pęczek takich kodów, ma pan pewien zestaw poglądów i zachowań, czyli sposób patrzenia na świat. I stąd biorą się kredki - albo ich brak.

Niech pan sobie wyobrazi, że DZISIAJ jest pierwszy dzień życia. Wczoraj jeszcze pana nie było. Dzisiaj otwiera pan oczy i widzi świat. Jaki jest? Prawda, że kolorowy? Jaki jest niesamowicie piękny, złożony, ciekawy? Prawda?

Słońce świeci na niebie, a jaki dzisiaj jest błękit :)

Samochód błyska lusterkiem, w zielonych liściach skaczą ptaki, ludzie chodzą po ulicach. Wszyscy jesteśmy częścią tego świata. I pan, i ja. Nie stoimy na zewnątrz, obserwując go z daleka, tylko jesteśmy w nim.

Widzi pan już, ile dookoła jest barw?
Droga szamanko,
Podejrzewam że takich maili to masz bez liku i że dokładam ci jeszcze roboty , ale czuję niesamowitą potrzebą podziękowania za wszystkie książki z serii ,,w dżungli...".
W absolutnie niezwykły sposób uchwyciłaś moje najskrytsze problemy z którymi borykam się już od kilku lat, których nie umiałam sprecyzować i nazwać we właściwy sposób bo zacierała mi się granica między rozsądkiem a destrukcyjnym potworem. Szukałam sposobu jak wyjść z tego marazmu. Przeczytałam mase poradników psychologicznych , szukałam wsparcia w rodzinie czy w przyjaciołach i tak na prawde nigdy nie czułam że mój problem jest zrozumiany, a do tego strasznie ciężko mi się o tym mówiło ponieważ dotykało to każdej dziedziny mojego życia i obnażało mnie ze wszystkiego. Osoba która nie ma obniżonego poczucia własnej wartości nie jest w stanie takich osób zrozumieć nawet po części.
Dopiero kiedy natrafiłam na twoją książkę zaczęłam rozumieć co tu jest grane. Że to nie jest tylko moje jakieś wyimaginowane wyobrażenie, tylko że coś takiego istnieje i że nie tylko ja się borykam z tym problemem. Zastanawia mnie dlaczego tak mało się o tym mówi ?
Niesamowicie cieszę się, że zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę(DZIĘKI TOBIE) i że mam możliwość kontrolowania tego z mniejszym lub większym skutkiem. Zastanawiam się ile jeszcze żyje na świecie osób nieświadomych , przyjmujących ten stan rzeczy jako normalny. Współczuje im z całego serca!
Pokazałaś mi jak żyć, dałaś nadzieję i motywację. Nawet pewnie nie zdajesz sobie sprawy jak ogromna jest siła odziaływania twojej książki na ludzkie życie.
Niesamowicie użekła mnie historia Moniki, z którą się absolutnie utożsamiam . Zarówno ty jak i ona jesteście moimi idolkami! Dlatego przy okazji chcę cie zapytać czy M udało się zgładzić potwora i czy terapia dała oczekiwany efekt. ??
Uważam że była byś najlepszą terapełtką na świecie!

Ciekawa jestem co czujesz gdy czytasz te wszystkie listy od osób , które darzą cię tak ogromnym zaufaniem. To jest zadziwiające. Pani osoba mnie absolutnie fascynuje.

Chce żebyś wiedziała że po świecie chodzi szara anonimowa jednostka, która całym serduszkiem jest ci wdzięczna i mimo że cię nie zna to myśli o tobie i czuje z toba ogromna więź.

PS. Przepraszam że piszę na ty, ale tak po prostu było mi łatwiej.

Jeszcze raz dziękuje!

Pozdrawiam
ASIA


Kochana Asiu :) Co czuję czytając taki list jak Twój? Te sama ogromna więź, o której Ty piszesz. Wszyscy jesteśmy światem, który nas otacza :)

Strach czasem sprawia, że człowiek chce się izolować i uciekać, boi się ludzi i życia, ale wystarczy zmienić sposób myślenia, żeby się pozbyć i strachu, i samotności, a w zamian napełnić się kochaniem siebie i innych :) To właśnie czuję :)

Monika chodzi na terapię i zaczyna wsłuchiwać się w samą siebie. Zaczyna rozumieć własne uczucia i pozwala sobie mieć emocje. To bardzo ważne. Wcześniej nie dawała sobie prawa do odczuwania tego, co naprawdę czuła. Zawsze czuła się zmuszona do tego, żeby być idealną i najlepszą. Teraz już wie, że nie musi. Może być po prostu sobą, bo to największa wartość w życiu.

Tego też Tobie życzę. Nieważne co inni mówią i czego oczekują. Nieważne jest to, co było i nieważne nawet jest to, co będzie.

Ważne jest to, co ja myślę o sobie, ważne jest to, że stoję tu dzisiaj i ODDYCHAM :) Czuję pod stopami ziemię, widzę śliczną mgłę za oknem i cieszę się z tego, że jestem :) przesyłam najcieplejsze myśli i uściski


Pani Beato.Właśnie skończyłam czytać kolejną Pani książkę "W Dzungli Samotności".Zauważyłam u siebie niepokojące objawy uzależnienia od Pani książek (tych "innych").Dają mi siłę i nadzieję,że mogę dużo zmienić.Czytam w nich o sobie.O tym jaka byłam, o tym z czym walczyłam i z czym walczę do tej pory Nie chcę opisywać moich problemów, bo wiem że nie jestem w nich osamotniona i nie napiszę nic oryginalnego.

Piszę, bo chcę Pani podziękować. Za to, że udało mi się zakończyć kilkuletni związek z alkoholikiem.Za to,ze śpię spokojnie i wracam do domu bez lęku.Dziękuję. Wcześniej umiałam sobie wszystko wytłumaczyć tak zeby mi było wygodniej.Wiem,ze pije...ale to "tylko" parę piw...przynajmniej mam kogoś...ważne,że mnie kocha..i nie zdradza...wiem,ze pije...ale nie bije przecież..poza tym wszyscy w moim wieku (36lat) już mają kogoś...nie chcę byś sama...

Byłam niezwykle twórcza jeśli chodziło o umniejszanie problemu (zwłaszcza ,ze problem znany mi od dzieciństwa) Odchodziłam i wracałam.Kilka razy.W końcu Książka "W Dżungli Miłości" pomogła mi NIE WRÓCIĆ...dosłownie spałam z książką pod poduszką.Gdy nachodziły mnie watpliwości i "naiwności", ze może jednak wszystko się ułozy, zmieni...to wtedy sięgałam pod poduszkę i wiedziała, ze nie...dziękuję Pani Beato.czekam na następną Pani Ksiązkę (oczywiście podróżniczą też :)żeby nie było :).ania


Pani Aniu, ogromnej odwagi i siły wymaga odejście od męża uzależnionego od alkoholu. Głównie dlatego, że to uzależnienie jak sieć pajęcza ogarnia też wszystkie pozostałe bliskie osoby. To znaczy, że pani jest też współuzależniona, czyli w pewien sposób została pani uwikłana w życiową bezradność swojego męża, w jego smutek, żal i poczucie winy.

To jest ciężkie, ale to jest tylko JEDEN KROK w życiu. Można to zmienić i z całego serca życzę Pani jeszcze trochę więcej tej siły, która pomoże się Pani wyzwolić z emocjonalnego uzależnienia.

Niech pani spojrzy na to w taki sposób: każdy człowiek, którego spotyka pani na swojej drodze nie jest przypadkowy. Jego zadaniem jest uświadomić pani jakąś własną słabość czy coś, co należy naprawić. Mąż uzależniony od alkoholu wskazał pewnie na pani skłonność do uzależniania się od innych osób i porzucanie samej siebie w imię iluzji, w którą chce pani wierzyć.

Teraz to można naprawić. Uzdrowić siebie. Wtedy pojawi się też odpowiedni mężczyzna, który nie będzie panią manipulował ani budził poczucia winy, tylko będzie panią kochał – taką, jaka pani naprawdę jest.
Z całego serca tego pani życzę i serdecznie ściskam


Witam Panią!
Może to co napiszę nie będzie zbyt oryginalne, ale chciałam podziękować za felietony ’’Blondynka w Wielkim Mieście’’.
W 100 % opowida Pani z pasją, z tak wielką pasją że nie mogę się oprzeć od odwiedzenia waszej strony internetowej...a ta opowieść o dzisiejszym filmie Danny’ego Boyle’a... hmmm... oglądałam ten zwiastun z wielkim zaciekawieniem...
Dziękuję bardzo, za te ciekawe opowiastki codziennie rano... ;-)
Życzę o wiele więcej sukcesów, szczęścia i spełnienia marzeń...
Miłego dnia,
Pozdrawiam,

Marta K.



Pani Marto, dziękuję i wzajemnie życzę sukcesów, spełnienia marzeń i mnóstwo miłości :)
Pani Beato,
Nie przeczytałam żadnej Pani książki, nie pisze po to żeby otrzymać
jakąś poradę ( czytałam listy do Pani, to fascynujące jak wiele osób ma
do Pani zaufanie, jak wiele osób radzi się w ważnych dla siebie życiowo
chwilach właśnie Pani, to duża odwaga radzić innym :)).Piszę dlatego
ponieważ mam jakąś "wewnętrzną" potrzebę napisania Pani, że jest Pani
wyjatkowa, nie znam Pani,ale tak czuję jako kobieta.Gdyby ktoś zapytał
sie mnie o to, kto moim zdaniem zasługuje na podziw i szacunek,
odparłabym ,że Beata Pawlikowska.
Tylko tyle.
Pozdrawiam bardzo serdecznie.
Życzę Pani wielu takich dni w czasie których obudzi się Pani rano,
popatrzy na wszystko dookoła siebie i pomyśli: to moje miejsce, właściwi
ludzie, właściwy czas, jestem szcześliwa.
Basia.



Pani Basiu, dziękuję bardzo i wzajemnie  Dla mnie wszystkie poranki własnie takie są, i nie jest to zasługa konkretnego miejsca czy przedmiotów, ale mojego myślenia o sobie w tych okolicznościach i w tym czasie, w jakim jestem tu na Ziemi :)

Droga Pani Beato!
Nigdy nie przypuszczałam, że "porwę się" na napisanie do Pani, bo czytając listy od innych wielbicieli Pani i Pani talentu moje "problemy" mnie samej wydają się
śmieszne i nie warte uwagi. Zbierałam się na to bardzo długo i nawet teraz z biciem serca wysyłam ten list, bo nie wiem co Pani o mnie pomyśli.

Przede wszystkim DZIEKUJE, DZIEKUJE ZA PANI KSIAZKI, TALENT I ZE PANI  JEST. Prawdopodobnie ma Pani racje pisząc, że Pani (moje) pokolenie jest pierwszym które "odkryło" istnienie "soku z muchomora". Wiele razy zastanawiałąm się nad tym, czy pokolenie moich rodzicow czyli dzisiejszych polskich 60-latków zastanawiało się nad swoim życiem tak dogłębnie jak my, próbowało odkryć swoje marzenia i prawdziwe przeznaczenie a przede wszystkim dociec do żródeł swojej muchomorowatości o ile wogóle ją dostrzegali we wpojonych przez ich rodziców schematach. Czasem zastanawiam się, czy moi dziadkowie wogóle o czymś marzyli a jeśli tak to pewnie były to zupełnie inne marzenia od moich.
Oczywiście nie zakładam że każdy z pokolenia moich rodziców i dziadków jest zatrutym muchomorem ale ilość zatrutych muchomorków, które ujawniają się w naszym pokoleniu może wskazywać na to że była ich przeważająca większość. Co też nagle sprawiło że nasze pokolenie zaczęło poszukiwać tak intensywnie własnej wartości i próbuje się wyrwać z tej zatrutej matni?. Jak Pani myśli?

Może to dlatego że my mamy w życiu łatwiej i że nasze marzenia są po prostu bardziej dostępne, choćby za sprawą otwartych granic i możliwości wykształcenia się w niemalże każdym możliwym kierunku? Jak Pani myśli, skąd się to rozpaczliwe
dążenie do poszukiwania siebie, ten głód spełniania w życiu marzen wzięły u nas tak masowo? Dlaczego nie wystarcza nam to co wystarczało naszym rodzicom, dziadkom? Co jest takiego w naszych czasach, że coraz więcej osób poszukuje i dostrzega swoje zatrucie muchomorem a poprzednie pokolenia nie? Ale przecież wielcy artyści, szaleńcy, poszukiwacze swoich pasji istnieli od zawsze. W Polsce też... przecież nawet w czasie wojny ludzie nie przestali marzyć i wierzyć w swoje idee. Co jest w naszym naszym pokoleniu takiego, że ludzie nagle i w tak ogromnych ilościach poszukują tego co jest dla nich w życiu najważniejsze i co często odstaje od schematów?

Może po prostu nasi rodzice nie rozkładali swojego życia "na czynniki pierwsze" tak jak my, bo sok z muchomora doprowadził u nich do "lenistwa duchowego"?. No tak, ale przecież my też byliśmy zatruci a jednak pomimo zatrucia coś tam jednak do nas dotarło. No więc jak to jest? Czy to postęp, wolność, internet? Tak czy siak cieszę się, że żyję w czasach "wynalezienia odtrudki na sok z muchomora" :) przez takie osoby jak Pani. Jaka szkoda, że nasi rodzice nie mieli swojej Beaty Pawlikowskiej, wtedy może i my bylibyśmy pokoleniem bardziej spełnionym i szcześliwszym. Ale pewnie nie byłoby wtedy Pani poradników o życiu :)

Jak już wcześniej pisałam Pani jestem jedną z tych "zatrutych" trzydziestokilkulatek, które przeżyły wiele lat nie uświadamiając sobie co jest przyczyną ich wewnętrznego braku poczucia bezpieczeństwa, poczucia bycia nikim i rozpaczliwego poszukiwania akceptacji u innych ludzi.

W dzisiejszym programie mówiła Pani o podróżach samotnych, które pozwalają człowiekowi usłyszeć własną duszę. Pierwszą taką podróż odbyłam po tym jak zostałam sama i myślę że to właśnie wtedy coś zaczęło we mnie kiełkować, jakieś ziarno prawdy o sobie samej. Doszło do mnie, że ja na prawdę byłam winna wszystkiemu co zdarzyło się w moim życiu, ale w sposób inny niż mi się wcześniej wydawało. Moja wina nie leżała w niespełnieniu oczekiwań innych ale w tym że zaniedbałam samą siebię i w ogóle zignorowałam swoje potrzeby. Od tamtej pory przebyłam długą drogę w poszukiwaniu tego kim jestem i czego potrzebuję. Pani książki pozwoliły uporządkować myśli i utwierdzić się w tym, że robię dobrze uwalniając się stopniowo od poczucia konieczności zadowalania innych. I muszę Pani powiedzieć, że to bardzo bardzo trudne. To chyba najtrudniejsze zadanie jakie jest do wykonania w życiu.

To wszystko prawda co Pani pisze, że człowiek aby uciec od siebie potrafi przemieścić się wiele tysięcy kilometrów ale jego udręczona duża podąży za nim. Mnie poczucie pustki i niespełnienia zagnało daleko. Od siebie nie uciekłam, ale dzięki temu, iż pierwszy rok z dala od rodziny i przyjaciół był dla mnie bardzo ciężki, szybciej przyszło mi odkrycie pewnej prawdy - że od życia się nie ucieknie a pustka nie zapełni się sama, jeśli człowiek nie lubi siebie i tego kim jest a może ważniejsze, tego
kim nie jest lub powinien we własnym przekonaniu być. Właśnie to kim nie byłam było moją największą udręką.

Drugi problem, o którym chciałam napisać na konieć to dzieci. W trakcie moich poszukiwań siebie i tego jak chciałabym urządzić moje życie dotarło do mnie, a właściwie docierało przez ostatnie trzy lata, że wcale nie pragnę i nie marzę o posiadaniu dzieci. Mam przez to ogromne wyrzuty sumienia i jest to jedna z tych rzeczy, które najbardziej zatruwają moje życie. Choć wiem, już dobrze wiem to, że moje życie nie powinno polegać na zadawalaniu innych ale pozostaniu wiernym temu co czuję wewnątrz, wiem też, że nie rodząc dzieci będę w jakiś sposób "naznaczona" przez społeczeństwo a już na pewno przez własną rodzinę, tym bardziej że jestem jedynaczką. Jest to dla mnie straszna prawda, którą zadręczam sie niemal codziennie, i która przeszkadza mi w dążeniu do bycia na prawdę szczęśliwym człowiekiem.

Wciąż łudzę się, że kiedyś na prawdę zapragnę mieć dzieci i wszystko dobrze się ułoży, ale boję się też, że może to nigdy nie nastąpić a wcześniej ulegnę namowom rodziny i znajomych. Koleżanka doradza mi, że po urodzeniu dzieci stanę się szczęśliwym i spełnionym człowiekiem tak jak ona ale ja nie mogę w to uwierzyć. A co jeśli tak się nie stanie? Nie chcę żeby moje dzieci były nieszczęśliwe, bo dzieci wyczuwają to, że nie są chciane, a ja nie mogłabym udawać miłości i zaangażowania w coś o czym nie marzyłam nigdy. Co mi Pani radzi Pani Beato? Czy powinnam poddać się jakiejś terapii, która wykaże czy ja na prawdę nie chcę mieć dzieci, czy to wszystko przez to że nie czułam się chciana przez moją mamę jako dziecko i może da się coś jeszcze ze mną zrobić?? Może po takiej terapii zacznę pragnąć dzieci tak jak pragnę innych rzeczy, bo w tej chwili nie czuję takiej potrzeby nawet w najmniejszym stopniu? Czy zna Pani takie przypadki, którym się odmieniło przed a nie po urodzeniu dzieci , bo ja nie chcę eksperymentować z moim życiem i życiem innych, niewinnych istot ludzkich, czy rzeczywiście nie mam na co liczyć i to już raczej nigdy nie przyjdzie i będę się tylko oszukiwać ze strachu, co pomyślą o mnie inni i przed tym, że umrę sama i zapomniana. Czy pozostawic sprawy swojemu biegowi czy starać się dociekać przyczyny, dlaczego tak bardzo nie pragnę mieć dzieci, z pomocą terapeuty. Bardzo mnie to męczy Pani Beato!

Koncząc bardzo Panią przepraszam, za tak długiego maila, ale jest Pani pierwsza osobą, której zwierzam sie ze wszystkich moich wątpliwości i strachu, który mnie paraliżuje przed dalszym działaniem. Będzie mi na prawdę miło, gdy otrzymam od Pani choć krótką odpowiedż, szczególnie w ostatniej kwestii.

Pozdrawiam serdecznie i przesyłam Pani szczere wyrazy szacunku
Liza


Droga, kochana Lizo :)

Jest Pani taka mądra w analizowaniu naszego pokolenia, a przy prostym pytaniu dotyczącym samej siebie zawiesza się Pani jak komputer. Mysle, że Pani zna odpowiedź na ostatnie pytanie, ale nie chce się Pani przyznać przed samą sobą, że ma Pani prawo do decydowania o sobie. Będę pisała po imieniu, dobrze?

Masz swoje życie. To jak je przeżyjesz zależy od Ciebie. Można przez całe życie starać się robić to co „powinnam” i czego oczekują inni. I zagubić się w labiryncie niespełnionych marzeń, obowiązków, powinności i żalu. Tylko po co?

Buddyjska dharma mówi o tym, że każdy człowiek ma do spełnienia swoja misje, swoje własne zadanie. Nie trzeba robić tego, co wszyscy, bo oni maja własne cele i własne ścieżki. Moim zadaniem tu na ziemi jest słuchać własnego serca i dać się prowadzić Sile Wyższej ku mojemu przeznaczeniu. Nieważne co sądzą inni. Ważne jest to, co ja czuję i czego potrzebuję – oczywiście w ramach mojego życia i pod warunkiem nie wyrządzania nikomu krzywdy.

Moim zdaniem nie ma sensu zadręczać się myślami o tym co by było gdyby ani czy powinnam lub nie powinnam czegoś zrobić. Nie ma też sensu wpatrywanie się w przyszłość i zgadywanie co będzie. Ważne jest słuchanie siebie i podążanie małymi krokami w takim kierunku, do którego masz pełne przekonanie. Nic więcej nie trzeba. Jeśli wierzysz w jakiegokolwiek boga, to wiesz, że czuwa nad Tobą. On wie. Ty nie musisz wiedzieć.

Jeśli przyjdzie taki moment, że będziesz pragnęła mieć dzieci, to będziesz je miała.

A jeśli nie, to nie.

Nic na siłę. Wszystko powinno zdarzyć się wtedy, kiedy nadejdzie najlepsza pora. I nie wszyscy muszą w życiu robić to samo, bo każdy ma własne przeznaczenie. Zapisane w sobie, i tam należy go szukać. Wystarczy tylko pytać siebie: czy ja tego chcę? I uczciwie sobie na to pytanie odpowiadać. I cieszyć się z tego, co się ma zamiast zadręczać się tym, czego się nie ma :)

Przesyłam serdeczności i najlepsze myśli :)

Droga Pani Beato. Piszę do Pani, ponieważ od dawna czytam Pani książki i szczeże Panią podziwiam. Zawsze marzyłam o dalekich podróżach do egzotyczynch krajów, ale obecnie znajduję się w sytuacji, która uniemożliwia mi realizację marzeń. W moim życiu dużo się wydarzyło a ja zgubiłam się w tej dżungli.
      Otóż od ponad roku przechodzę przez chorobę na którą także Pani chorowała. Mam anoreksję. Kilka dni temu wróciłam ze szpitala, do którego trafiłam w stanie krytycznym. 32 kg na 168 cm. Do dziś nie mogę uwierzyć że przeżyłam. MImo długiej hospitalizacji niewiele się zmieniło w moim radzeniu sobie z chorobą. Ona wróciła gdy tylko przekroczyłam próg szpitala gdy zostałam wypisana do domu. Znowu to samo, głód, utrata kilogramów, liczenie kalorii. NIe wiem już co robić Droga Szamanko. NIe wiem jak się w tym odnaleźć i nie zmarnować szansy,którą dostałam. Mam tak wiele marzeń, tyle rzeczy chcę zrobić w życiu a jeśli nic się nie zmieni to umrę. Tak bym chciał wziąść życie w swoje ręce i wreszcie zacząć realizować swoje pasję. Co mam robić???

Anoreksja to choroba duszy, a nie ciała – pewnie o tym wiesz, ale może jeszcze nie do końca w to wierzysz. Istotą Twojej choroby jest to, że nie akceptujesz tego, kim jestes i świata, w którym zyjesz. Możesz to zmienic tylko TY. Bo tylko TY możesz spojrzec w lustro i powiedzieć: JESTEM KIM JESTEM. Zgadzam się. Nie muszę walczyć. Będę siebie lubić.

Co sprawia, że nie chcesz zgodzic się na siebie? Co sprawia, ze czujesz potrzebe ciągłej walki i udowadniania sobie, że jestes kimś?

Jeśli tego nie wiesz, nie ważne. Nie musisz wiedziec.

Musisz uwierzyc, że jesteś WAŻNA. Powtarzaj sobie: jestem ważna. Kocham siebie. Jestem swoim przyjacielem. Nieważne co było. Teraz zaczynam na nowo. Dzisiaj urodziłam się na nowo. Jestem zupełnie nowa osoba. Zachwycam się tym, co widze dookoła. Słońcem, ptakami, niebem. I ja jestem częścia tego piekna. Jestem kim jestem. Zgadzam się. Nie muszę walczyc.

Rozumiesz? Jedyne, co Ci przeszkadza w byciu szczęśliwą to Twoje własne myslenie. Potrzebujesz lekarza duszy. Psychoterapeuty, który pokaże Ci prawdę ukrytą w Twojej duszy. Masz szansę.Nie poddawaj się. Postanów, że chcesz wyzdrowiec i znajdź psychoterapuete, grupe pomocy, czytaj książki o anoreksji i o uzależnieniach. Uwierz, ze to jest MOZLIWE - trxeba tylko CHCIEĆ
Szanowna Pani Beato!
Od zawsze mialam wielka sympatie, do kazdej dzialalnosci, ktora byla owocem Pani pracy. Sluchalam Pani w radiu, ogladalam w telewizji, nigdy natomiast nie czytalam zadnej z Pani ksiazek. Pewnego dnia, ktory nastapil po jednym z tych dni, ktorych nie chce sie pamietac, zobaczylam w telewizji wywiad Alicji Resich-Modlinskiej, ktora rozmawiala wlasnie z Pania. Moje oczy opuchniete od lez, szerzej sie otworzyly i na twarzy pojawil sie usmiech. Postanowilam natychmiast kupic ktorąś z Pani ksiazek -nie bardzo wierzylam w to, ze osiedlowa Pani zza lady malej ksiegarni w ogole wie, kto to jest Beata Pawlikowska...Ale mylilam sie!!! Wszystkie napisane przez Pania pozycje blyszczaly na drewnianej polce! Wzielam jedna z nich...i nastepnego dnia kupilam druga. Dziekuje,Pani Beato:) Czlowiek najczesciej szuka pomocy we wszystkich srodkach dostepnych we wszelakiej formie wtedy, kiedy dojezdza na zyciowy zakret..a ja sie wlasnie na nim znalazlam.Ale jestem przekonana, ze tylko wtedy madre slowa docieraja do niego ze zdwojoną silą. Tak bylo i w moim przypadku.
Dwa lata temu, zraniona poprzednim zwiazkiem, wyszlam za maz, za wspanialego czlowieka. Kiedy wkladalam suknie slubna, czulam ze cos jest nie tak. Ale nie potrafilam rozeznac, czy to strach przed oltarzem, czy niechec przed zwiazkiem z tym czlowiekiem. Okazalo sie, ze to drugie. Wiem, ze popelnilam blad przysiegajac mu milosc do grobowej deski, ale w chwili popelniania nie mialam swiadomosci, ze wlasnie w tym tkwi problem. Cala rodzina rozkochala sie w Mezu... i tak mialo byc cudownie,ze dzieki Bogu pęklo...

W koncu powiedzialam dosc!!! Spakowalalm walizke i wyszlam z domu. Do nikąd. Dawno tak czesto nie zmienialam miejsca zamieszkania,jak przez ostatnie 7 miesiecy. Ale nigdy nie czulam sie "bardziej w domu",niz teraz...Stalam sie dyrektorem mojego zycia. Zaczelam akceptowac wszystkie moje porazki i cieszyc sie z sukcesow. Naprawde docenilam to, kim jestem ,ze to dzieki sobie teraz mam, to, co mam. Nie dzieki innym, jk myslalam wczesniej. Docenilam studia, jakie skonczylam, musialam walczyc ze zmeczeniem kazdego dnia przez 5 lat, zeby mi sie to udalo...Choc moj tesc-naukowiec- uwazal, ze jesli chce zyc rzeczywistosci, to powinnam zejsc na ziemie i zaczac zycie od poczatku...

Po ostatniej wizycie w domu rodzinnym wyjechalam z placzem, bo mama powiedziala mi, ze wolalaby, zeby to moj Maz byl jej dzieckiem, a nie ja. (Od momentu naszego rozstania, rodzice nie chca utrzymywac ze mna scislego kontaktu, bo wstydza sie faktu, ze od niego odeszlam). Zamnknelm za soba drzwi i powiedzialam- TO JEST WASZ PROBLEM. Ja nie bede tworzyc patologicznego zwiazku bez milosci. POPELNILAM BLAD deklarujac komus milosc w obecnosci Boga, ale nie zrobilam tego specjalnie. Nie bede kajac sie za to do konca zycia. I tak ludzie wokol rania mnie slowami, ktore tna, jak zyletki wypowiadane z usmiechem na twarzy.
Chce byc wolna.
Przyjechalam do domu po tym spotkaniu i zrobilam plan: musze sie rozwiesc, bo choc to trauma dla nas i naszych rodzin, nie mozemy zyc zawieszeni pomiedzy rozstaniem, a fikcja malzenska.Ide na kolejne studia-TAKIE,JAK JA CHCE!!! Oczyszczam stosunki z rodzicami i dokladnie wyznaczam granice, do ktorej moga wchodzic w moje zycie. Oczyszczam stosunki z szefem, ktory chce manipulowac rzeczywistoscia kazdego podwladnego- stawiam granice, gdzie zaczyna sie moje zycie prywatne, a konczy zawodowe. Ucze sie dwoch nowych jezykow-systematycznie, po dwie godziny w tygodniu kazdego z nich:)Wiekszosc planu juz zrealizowana:) I jeszcze....planuje stworzyc miejsce dla mojego dziecka, ktore nie wiem kiedy bedzie poczete,ale bardzo go pragne i mam nadzieje, ze moje marzenie sie w koncu spelni...:):):)

Pani Beato-
dziekuje Pani. DZIEKUJE. PANI.
pozdrawiam z Krakowa. k.


Pani marzenie się spełni!! Mocno w to wierzę. Trzeba jeszcze tylko zrobić jedną rzecz – przebaczyć. Przebaczyć sobie – żeby uwolnić się od poczucia winy. Przebaczyć rodzicom – bo w gruncie rzeczy to oni dali Pani siłę do tego, żeby teraz o siebie zawalczyć. Przebaczyć byłemu mężowi – bo spotkanie z nim i ten ślub też miał Panią czegoś ważnego nauczyć o samej sobie. Oni wszyscy – wszyscy ludzie, których |Pani do tej pory spotkała – pojawili się nie przez przypadek i ich zadaniem było uświadomić Pani pewnego rzeczy i pewne prawdy. Trzeba im za to podziękować, przebaczyć i iść dalej.

To bardzo ważne – bo bez przebaczenia nie ma miłości, a miłość do zycia i siebie samej jest potrzebna jak powietrze do tego, żeby się rozwijać i zmierzać w dobrą stronę 

Serdecznie Panią ściskam i życzę wszystkiego najlepszego

Sz. Pani,
Moje Nazwisko Danny Kambo. Pochodzę z R.D. Kongo i mieszkam w polsce od prawie dwudiestu lat. Przepraszam z góry ze mój Polski może być niepoprawny stylistycznie i ortograficznie. Mam jednak nadzieję,że zrozumie Pani o co mi chodzi.

Jest Pani wśród dziennikarzy, których obdarzam wielkim szacunkiem . Dlatego że Pani podejmuje się bardzo trudnych zagadnień et je prowadzi bardzo żetelnie i bardzo professionalnie. Byłem wczoraj żdziwoiny twierdzeniem " cytatem" że "R.D. Kongo" jest stolicą gwałtu" Otóż, temat wojny w R.D. Kongo jest bardzo złożony i to stwierdzenie jest moim zdaniem skrótem myślowym i może wprowadzić Polskich słuchacze w błąd.

Nie neguję ze w Kongu dochodzą do gwałtów zarówno kobiet jak i mężczyzn. Ale to się dzieje wyłącznie w częsci wschodniej gdzie ten stan rzeczy jest celowo utrzymany przez rządy Konga,Rwandy i Ugandi w celu ograbienia bezkarnie z surowców ( coltan,diament,złoto ....)tego regionu. Ci "Rebelianci" nie są rebeliantami lecz normalni żołnierzami armii Rwandy i Ugandy operujące w tym regionie za "niejawną" zgodę prezydenta Konga. To ma być dowód wdzięczności prezydenta Konga za pomoc w dojście do władzy przez Rwandę i Ugandę...

’Społeczność międzynarodowa" o tym bardzo dobrze wie ale nikt nic nie robi w tej sprawie. Dowodem tego jest fakt przytoczony przez Panią podczas programm ze syły ONZ oddalone o 4 km od miejscu gdzie’rebelianci gwałcili przez wiele dni nie wiedziałe co tam się dzieje..... Dla mnie ta zmowa milczenia doprawadzi do wyludnienia tego regionu z rodowitych Kongyjczyków zeby na tych terenach zamieszkali Rwandijczycy...

Temat R.D. Kongo jest bardzo złożony i za razem skomplikowany i obszerny i dramatyczny i smutny.... Byłbym wdzięczny gdyby Pani była uprzejma wprostować stwierdzenie że Kongo jest stolicą gwałtu na wschodnia cześć R.D. Kongo jest stolicą gwałtu. Gdyby Pani zechciała pogłębić temat jestem do dispozycji w celu celu wyjaśnienia wszelkich wąpliwości.

Pozdrawiam Bardzo Serdecznie.
Danny Kambo


Mr. Danny,

dziękuję za te cenne uwagi. Tak, rzeczywiście, powinnam była powiedzieć, że chodzi o określoną część kraju, a nie o całe Kongo. Użyłam skrótu myślowego, cytując informację znalezioną w angielskiej prasie.

Sprostuję tę informacje w najbliższą niedzielę i opublikuje Pana list, żeby słuchaczom przybliżyć złożoność sytuacji. Dziękuję i serdecznie pozdrawiam
Wspaniała Pani Beato!

Dziękuję to pierwsze słowo, które jestem w stanie wypowiedzieć po przeczytaniu "W DŻUNGLI ŻYCIA".
mam 15 lat, w tym roku pójdę do III klasy gimnazjum. Kiedy trafiłem do działu"książki", ze zdumieniem stwierdziłem, że Blondynka pisze także o życiu. Tak w moje ręce trafił "Poradnik dla dziewczyn i chłopców (oraz niektórych dorosłych)". Mój wybór nie był jednak przypadkowy. Od pewnego czasu czułem, że gdzieś we mnie jest taka dziwna pustka, podobna do opisywanej przez Panią. Szukałem odpowiedzi, usiłowałem znaleźć "coś" co powie mi czym jest to spowodowane. I tak los wyciągną do mnie rękę,podając Pani dzieło.
Lubię marzyć, rozmyślać, planować. Wolny, wakacyjny czas skłania ku temu przede wszystkim. Czytając "W Dżungli Życia" zacząłem dostrzegać swoje problemy, które okazały się podobne do opisanych przez Panią. Stawiałem, więc sobie takie same pytania i zastanawiałem się nad identycznymi sprawami.
Na początku ze zdziwieniem zauważyłem, iż mój kłopot leżał właśnie w tym, że moje dobre samopoczucie, mniemanie o sobie uzależniałem od innych. Wiele razy przebywając wśród znajomych, czy rodziny wyobrażałem sobie jakie mają o mnie zdanie, jak wygląda moja osoba w ich myślach - zawsze był to okropny obraz . Jeszcze w lipcu siedząc w ogrodowej altanie z rodzicami rozmyślałem, jaki muszę być "dziwny" skoro siedzę tu z nimi, aktywnie dyskutując, a nie przebywam z kolegami ze szkoły jak przystało na mój wiek i jak robią to inni. Teraz już wiem, że takie myślenie było głupie oraz nie u innych powinienem szukać szczęścia i opini o sobie a u siebie.
Kolejnym problemem, jak się okazało, było moje ciągłe spełnianie czyichś oczekiwań, usiłowanie sprostania czyimś wymaganiom. Moje myśli zeszły na temat szkoły. Jestem dobrym uczniem, chwalonym przez nauczycieli. W roku szkolnym nauce poświęcam niemal cały dzień. Przecież jeśli chce sprostać wymaganiom inaczej się nie nie da - nauka z lekcji na lekcję(choć i tak praktykuje to tylko na przedmiotach, których nauczyciele wywołują do odpowiedzi), sprawdziany, kartkówki, zadania domowe. Uczenie pochłania mój cały mój czas i ciesze się, kiedy daję radę wieczorem odpocząć przed telewizorem, są jeszcze weekendy, ale czasami muszę i je poświęcić. Rozzłościłem się... Jak długo tak można?
-Dlaczego się tyle uczysz?
-Nie wiem, ...bo trzeba...
Nigdy nie potrafiłem - jak mi się wydawało - odpowiedzieć na to pytanie. Choć z jednej strony odpowiadałem poprawnie, ponieważ wpojono mi taki schemat: "bo trzeba". ...ale! mam przecież swój plan, moje marzenie - radość sprawia mi pisanie, lubię język polski, chcę zostać dziennikarzem. Zatem to jest droga, muszę ją przebyć żeby osiągnąć swój cel! Muszę zapamiętać fizyczne wzory, masy atomowe, wzory chemiczne, nauczyć się algebry, jeśli chcę dobrze napisać testy gimnazjalne, zdobywając odpowiednią liczbę punktów, pozwalającą mi dostać się do wymarzonego liceum o profilu humanistycznym. To wszystko intryguje. Chciałem nawet napisać kiedyś do Ministerstwa Edukacji Narodowej i przedstawić moje zbulwersowanie. Ale skoro tak zorganizowano polskie szkolnictwo dalej będę starał się osiągać bardzo dobre wyniki w nauce, lecz z pewna różnicą - będę uczniem z własnym zdaniem, który sam zadecyduje czy dana dziedzina, zajęcia dodatkowe, konkurs go interesuje! To właśnie jedna z wielu rzeczy, jakie pomogła mi Pani zrozumieć.
Trapiła mnie jeszcze sprawa polubienia, akceptacji mojego JA. Do tego cały czas dążę. Poszedłem w Pani ślady. Obok mnie leży teraz 100% prywatny, osobisty zeszyt z listą rzeczy, które w sobie lubię i tych, które mają ulec zmianie oraz całą masą cytatów z Pani książki. Notatnik ten otrzymał oczywiście swój tytuł: Odnaleźć Siebie "W DŻUNGLI ŻYCIA"
Myślałem nad tym, aby wysłać do Pani książkę, w celu uzyskania autografu, ale doszedłem do wniosku, iż lepiej będzie uzyskać go na spotkaniu autorskim. To jedno z moich kolejnych marzeń - pojawić się na takim wydarzeniu. Może nie uda mi się od razu, jestem z Kościerzyny (60km od Gdańska), ale jeśli komuś na czymś zależy to się spełnia.Prawda? Poza tym, jako nowa Oliwka muszę przecież przebyć chrzest bojowy, wymyślony przez tubylców w Oliwkowej Krainie... i...chce to zrobić - zjeść słoik oliwek, stojąc na jednej nodze na środku rynku ;D
Jeszcze raz dziękuję Pani za wszystko co zrozumiałem, za to, że uczę się teraz cieszyć każdą krótką chwilą i każdym drobiazgiem, za to że moja "dziwna pustka" zaczęła się wypełniać, za to że zaczynam naprawdę lubić i akceptować siebie, za książki, za programy radiowe i telewizyjne, za wszystko, ZA TO ŻE PANI JEST!

PS
Przed wysłaniem wiadomości postanowiłem przeczytać wszystko co w niej napisałem. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy w życiu, przed nikim tak się nie otworzyłem. Ma Pani w sobie coś wyjątkowego, coś co otwiera ludzkie serca i czyni ludzi lepszym - i za to także dziękuję...
A teraz biegnę do księgarni po kolejną książkę;)


Tomku drogi, myślę, że każdy człowiek w życiu musi przejść przez drogę do poznania własnej duszy – fajnie więc, że zaczynasz ją mając 15 lat  Bo dzięki temu będziesz w stanie szybciej zrozumieć co jest dla Ciebie najbardziej ważne i nauczyć się lubić samego siebie.

Brak poczucia własnej wartości i strach przeszkadza w życiu wielu dorosłym, więc im szybciej zyskasz wgląd w PRAWDĘ o sobie samym, tym prędzej będziesz w stanie żyć świadomie i podejmować decyzje kierując się mądrością i przyjaźnią do samego siebie.

To wszystko zmienia. Kiedy człowiek lubi siebie i szanuje siebie, jest też w stanie lubić i szanować innych ludzi – a oni odwzajemniają się tym samym :)

Dobro czyni dobro, miłość przyciąga miłość – to najprostsze pod słońcem :)
Pani Betao,

już od dłuższego czasu myślałam ,żeby napisać Pani o "tym wszystkim".
Ma to dużo wspólnego z Pani audycjami w radio.
Pewnie Pani nie myśli o tym jak Pani głos i te interesujące opowieści wiążą się z życiem nie jednej z nas,blondynki.
I tak od kilku lat... wrcając z udanej imprezy z psiapsiółkami, jadąc do ukochanej osoby, jadąc z nią w wielkiej euforii pełni nadziei na nowe...Czy też jadąc z tą samą ukochaną osobą ze łzami w oczach , bo coś źle się dzieje w życiu...Słyszę Pani głos i wsłuchuję sie w Pani opowieści. I w tych najgorszych chwilach w moim życiu, mając małą nadzieję ,że będzie dobrze , Pani sprawia, że w duszy dzieje się coś takiego, że aż się wzdrygam i przychodzi to lepsze myślenie i zaczynają się tematy o tych dalekich podróżach i sytuacja zaczyna się klarować. Mam nadzieję,że spełni się moje marzenie i te o podróży do Japoni i spotkam może tam Panią???? Wierzę w słowa które kiedyś wypowiedziała Pani "jeśli czegoś się bardzo,bardzo pragnie , to na pewno się spełni" i tego się będę trzymała, Pani Beato :)
Sciskam Panią jak nie wiem co!!! Bardzo dziękuję za te życowe rady i AUDYCJE !!!

Blondynka Beata :)


Beato, będzie dobrze! Bo to jest jedyna sensowna rzecz, jaka prowadzi nas przez życie i biorąc to zarówno na logikę, jak i na serce jest dla mnie absolutnie pewne i oczywiste, że wszechświat z natury swojej dąży do równowagi, harmonii i szczęścia, wystarczy tylko dać mu się poprowadzić :)

 Nie walczyć, nie ścigać się, wejrzeć w siebie i uwierzyć, że istnieje jakaś Wielka Siła – niektórzy mówią na nią Bóg, inni Siła Źródła - która utrzymuje wszystko w równowadze i wszystkie istoty pociąga za sobą w najlepszym możliwym kierunku. Wystarczy uwierzyć w moc dobra i miłości, i nosić je w sobie :) Serdecznie ściskam i pozdrawiam :)

Dzień dobry,

Pani Beato mam 23 lata. Jestem w trakcie czytania Pani ksiązki "W Dżungli samotności" a po przeczytaniu "W dżungli życia". Ostatnie dwa lata były dla mnie bardzo trudnym okresem. A właściwie jak patrze na to wszystko trochę z dystansem to wydaje mi się, że propblemy zaczęły się duoż wcześniej. Niedawno obroniłam prace magisterska, na prawie. Ale zimą przeżyłam depresję i załamanie nerwowe, ponieważ to, o co tak spalam się przez poprzednie 4 lata okazało się czymś, czego po prostu nie chce robić. do czego jestem za słaba i mam tego odczucie i wiem, że nie warto psuć nerwó na bycie prokuratorem. Pare miesięcy wcześniej żucił mnie chłopak. Ktoś, kogo znałam od wielu lat, komu zaufałam, a zdarza się to u mnie żadko w kwestiach damsko męskich. Rozpoczęłam także terapię dla dorosłych dzieci alkoholików, bo mój tata pił. Pozornie mądry człowiek, po studiach, z dużym potencjałem a zmarnował sobie tak życie. Nie zdawałąm sobie nawet sprawy jakie to ma oddziaływanie na moje życie, a po zerwaniu z chłopakiem i związanymi z tymi emocjami, jak zaczęłam czytać jak wygląda życie dziecka alkoholika, zdałam sobie sprawę, że ten opis to cała ja. Dzisiaj przeczytałam też rozdział w Pani książce dotyczący włąśnie tego zagadnienia i wróciło to odczucie. Wiem, że podjęłąm ciężkie wyzwanie w pracy nad sobą. Ale był moment w depresji, gdzie moje przyjaciółki juz nie chciały nawet ze mną rozmawiać, bo nie wiedziały jak do mnie trafić. Zrozumiałam, że albo się biorę w garść, albo stracę ludzi na których mi bardzo zależy. Na szczęście wiele osób wyciągnęło ręke i moga mi w tym żeby się uporać z problemami. Piszę, bo pomimo że wiem, iż ten proces może potrwać i że najważniejsze to się nie poddawać, to jednak czasem pojawiają się te stany wątpliwości, czy warto, do czego to zmierza, czy ja się nie oszukuję i nie udaję, że zmiana wyjdzie mi na dobre, czy nie byłam bardziej szczęśliwa w swojej zamkniętej skorupie, z nerwami kotłującymi się w środku. Chciałam spytać skąd Pani wzięła siły na zaminy i skąd Pani wiedziała, że idzie w dobrym kierunku?? Ja póki co powoli odkrywam, co rzeczywiście chcę, jakie są moje potzreby i uczę się o nie dbać ale czasami mam wrażenie, że brnę na ślepo, a raczej daję się ponieć przez czas i los bo to on w końcu ma decydujące znaczenie w wielu aspakteach naszego życia. I czasami nie umiem pogodzić wszystkiego co chcę, a okazuje się sprzeczne i nie umiem się pogodzić z tym, że coś się dzieje nie tak jak bym chciała. Wiem, że Bóg mnie nie opuści, że modlitwa daje siłę. Obym nigdy tej wiary nie straciła, bo to pozwoliło mi przetrwać te wszystkie cięzkie miesiące zimowe. Mam też nadzieję, że kiedyś te wątpliwości znikną i że będę mogła do Pani napisać maila: jestem szczęśliwa.

Pozdrawiam
Kalina

Kalino, nie miałam wątpliwości. Dlatego że bardzo głęboko jestem przekonana o tym, że tylko PRAWDA się liczy i tylko PRAWDA mnie może wyzwolić.

Życie w skorupie pełnej strachu, niepokoju i stresu jest złe i zwyczajnie szkodliwe. Takie złe, smutne, ciężkie emocje uderzają w człowieka, który je w sobie nosi, powodując jeszcze więcej smutku, depresji i strachu.

Z tego zaklętego kręgu wyzwolić może tylko prawda oparta na dwóch prostych i najważniejszych rzeczach: miłości i przebaczeniu.

Jeśli jesteś DDA – o czym już wiesz, jeśli Twój tata był/jest alkoholikiem – to szukaj pomocy w terapii DDA. To jest program 12 kroków obejmujący stopniowe zmiany sposobu myślenia, które prowadzą właśnie do uwierzenia w to, że wolność i radość są czyste i można je zdobyć poprzez uwolnienie siebie i innych od poczucia winy, strachu i gniewu.

Nie wiem czy tak jest w Twoim przypadku, ale najczęściej dziecko z rodziny dysfunkcyjnej jest przekonane, że samo musi ze sobie ze wszystkim poradzić i dodatkowo jeszcze pomagać innym. To jest pierwszy klucz do zmiany sposobu myślenia. Nie muszę zrobić wszystkiego sama. Mogę zdać się na pomoc terapii, Boga, innych ludzi. Może tak się szarpiesz wewnętrznie, bo wciąż myślisz, że musisz sama sobie z tym poradzić? Nie musisz. Po to właśnie wymyślono program 12 kroków i mityngi, czyli spotkania ludzi podobnych do siebie, bo uzależnionych od tego samego sposobu myślenia. Spróbuj. Nie odrzucaj z góry. To jest program, który pomógł milionom takich jak Ty, myślę, że Tobie też pomoże.

Ściskam Cie mocno i przesyłam tysiąc dobrych myśli :)

Pani Beato, Beato, pani redaktor - do wyboru.

Już kiedyś pisałem, że po raz pierwszy zobaczyłem Panią na koncercie Chucka Berry’ego w Operze Leśnej w Sopocie, wynoszoną przez ochroniarzy (czyżby zapowiedź sceny z Masajami z "Blondynki na Czarnym Lądzie"?). Od tego momentu docierała Pani poprzez różne media, które akurat wtedy nieco skrzywiły obraz Pani osoby, jako, powiedzmy, niedotykalskiej, a szczególnie nieotwartej na mężczyzn. Z czasem, a zwłaszcza po przeczytaniu "Kuby", moje zdanie o Pani, wyrobione przez ówczesne niektóre media, zaczęło się zmieniać. Szczerze mówiąc byłem w szoku, gdy okazało się, że "Blondynka na Kubie" to lektura poukładana, a zarazem lekka, wśród dzisiejszego chłamu spełniająca wszelkie wymogi świetnej książki (mówi to absolwent filologii polskiej). Przyznam się szczerze - pierwsze wrażenie było takie: ktoś jej to napisał, wysłuchawszy tylko suchej relacji. Ale kiedy wziąłem do ręki "Czarny Ląd", zrozumiałem, że byłaby to mistyfikacja szyta zbyt grubymi nićmi, nawet jeśli korektor wtrącił swoje zwyczajowe 3 grosze.

Wrażenie jest takie, że chętnie się dowiem, skąd wziął się u Pani taki zmysł narracji (w skali od 1 do 10 oceniam go - uwaga! - na 10), skąd aż tak dobra znajomość reguł dobrego pisania, skąd cały arsenał miejscami zupełnie wyszukanych metafor, czyniące z Pani książek pozycje godne polecenia każdemu spragnionemu tzw. dobrej lektury. Przecież nie każdy podróżnik jest dobrym pisarzem (co innego felietony, co innego epika). Na pewno zdaje sobie Pani sprawę z tego, że prowadzi Pani czytelnika niczym Ariadna Tezeusza - każdy rozdział jest we właściwym miejscu, są retrospekcje, są flash-forwardy, jestem pod takim wrażeniem, że chętnie bym wziął książkę do ręki, umówił się z Panią i przy Pani przeczytał całość, wskazując miejsca, o których wiem, że są celowo napisane tak, jak są napisane.

Co do treści, to dzięki Pani poczułem się, jak bym tam był, więcej, jak bym był Michałem. Do tego dochodzą absolutnie fantastyczne zdjęcia (absolutnie fantastyczne), z  których każde jest przepełnione taką Afryką, o jakiej człowiek marzy, że kiedyś zobaczy na własne oczy - od pociągu na pierwszych stronach, poprzez dosyć przewrotne zdjęcie flagi Brazylii (przewrotne, bo rzecz przecież dzieje się w Afryce) i czerwone Serengeti, aż do Masajów (brakuje może tylko Michała, ale pewnie nie chciał się dać sfotografować :-)). Ale co więcej - ta książka wychodzi naprzeciw najbardziej znanym wyobrażeniom o Afryce, ze wszystkimi tymi skorpionami, skolopendrami, jadowitymi wężami, na widok których mdleje 90 procent ludzi na świecie (no, może trochę mniej ;-) ja w każdym razie mdleję od razu, a informacja o ćmach z Ameryki Płd. wypijających łzy i jednocześnie powodujących ślepotę spowodowała, że moja wizyta w Amazonii nie odbędzie się nigdy). Niektóre obala, niektóre podtrzymuje, wielkie dzięki za to. I wielkie dzięki, że nie siliła się Pani zbyt często na powagę, wprowadzając zamiast tego Humor. Tak, z wielkiej litery, gdyż jeśli ktoś kto ma matkę chorą na Parkinsona, małe dochody, wielkie depresje, i do tego musi znosić widoki współczesnej polskiej dulszczyzny, tak trafnie opisanej we fragmencie o depresjach Michała, śmiał się co kilka-kilkanaście minut tak, jak ja się śmiałem przy wielu fragmentach (szkoda, że Pani tego nie widziała, w pewnym momencie obsługa jednego z nadmorskich barów chciała mnie już wyprosić), to oznacza to tylko jedno - osiągnęła Pani mistrzostwo w sposobie humorystycznych skojarzeń i opisów tych skojarzeń. Nagłe przejście do rozdziału o Florianie, który jest robotem, opis piłkarskich fascynacji Michała, opis ataku Michała na likaony (który jednocześnie wywołał u mnie autentyczne łzy wzruszenia) oraz - moja ulubiona scena, gdzie po prostu, jak to się mówi, wymiękłem - nocna rozmowa z Moirą, która wzięła Panią za kosmitkę, to tylko wierzchołek góry lodowej scen, w których człowiek naprawdę nie żałuje, że wydał zauważalną kwotę pieniędzy na zakup tej pozycji (przy okazji - nie wyobrażam sobie, aby od tej chwili Pani książki były inaczej wydawane, dlatego trochę się zmartwiłem, że następna, ta ze zdjęciami, była już "na miękko"). Osobno dziękuję Pani za opis nocnego afrykańskiego nieba i w ogóle za to, że Pani jest. I że tak Pani pisze - tam gdzie trzeba, zwalnia, tam gdzie trzeba przyspiesza, są pozorne niedopowiedzenia, jest pozorne zawieszenie akcji, wątki mające się zazębiać, ostatecznie się zazębiają, wątki mający być otwartymi, są otwartymi.

Wiem, że jest już kolejna ’Blondynka’, ale ponieważ rejony Amazonii i tamtejszych Indian nie są moimi topowymi, więc poczekam na Zanzibar, życząc jednocześnie Blondynki wśród kangurów. Australia by się naprawdę przydała do kolekcji. Na razie Blondynka na Czarnym lądzie ląduje na półkę postawiona przodem do widza (nie bokiem). Gdyby kiedyś ziściły się moje marzenia o sypialni urządzonej w stylu afrykańskim, zostanie tam postawiona na miejscu, z którego co wieczór będzie można ją wziąć i jeszcze raz powrócić do Afryki.

Dziękuję
Mirek

P.S.
Ten Michał - niezależnie od autentyczności postaci i wydarzeń - był genialnym zabiegiem literackim.



Panie Mirku, wow, to najfajniejsza recenzja mojej ksiązki, jaką czytałam, dziękuję :))

Może Pana zaskocze, ale Michał jest w 100% prawdziwy.

Do Australii prawdopodobnie polecę na przełomie roku, razem z wyprawą, która lada dzień ogłoszę na mojej stronie, tak więc dziękuję za australijskie życzenia, sobie też tego życzę, a Panu życzę spełnienia wszystkich marzen, tych podróżniczych też :)

Acha, i jeszcze jedno: sama piszę moje ksiązki, od początku az do końca, i mam z tego stuprocentową radość :)

Witaj Beato

kilka miesięcy temu pisałam do Ciebie. Twoje książki z cyklu "W dżungli..." wiele wniosły w moje życie. Spowodowały że zaczęłam zastanawiać się nad sobą, nad tym co robię ze swoim życiem i co mogę zrobić by zmienić je na lepsze.

Od wielu lat walczę z anoreksją/bulimią. Obecnie czytam "W dżungli niepewności".

Muszę Ci się przyznać, że jest to drugie podejście do tej pozycji. Za pierwszym razem, przestraszyłam się.
Miałam wrażenie, że to książka o mnie. Niedawno po zdanym absolutorium postanowiłam zmierzyć się z własnym lękiem. Chłonę strona po stronie Listy do M, czerpię wiele nadziei w to, że można się wyrwać ze szponów zaburzeń odżywiania.

Wiesz?

Przypominają mi się wszystkie chwile z tamtego okresu. To, jak leżałam w szpitalu podłączana do worka z dożywiania pozajelitowego. Przypomina mi się kochany doktor, zwany przez tamtejsze pielęgniarki "gburem" ;) Takie sprawiał wrażenie, ale okazał się fantastycznym ciepłym człowiekiem.

Pamiętam jak brat w domu podjął się opieki przy mnie, przygotowywał mieszankę do dożywiania pozajelitowego i podłączał mnie do kroplówki. Pamiętam jak krzyczałam z bólu gdy zrywał mi plastry i odkarzał spirytusem rany powstałe na klatce piersiowej. Płakał razem ze mną.

Dziś wiem że czasu cofnąć się nie da. Chciałabym aby moje doświadczenia, historia uzmysłowiły dziewczynom że nie warto poświęcać najpiękniejszych lat życia na to by stać się kimś innym tylko po to by przypodobać się światu. Dziś wiem, że każy jest indywidulną jednostką i to jest właśnie cenne :)

Pamiętam jak szłam do Szpitala mój tata pierwszy raz w życiu powiedział że mnie kocha. Klęknął u moich stóp w kuchni i powiedział słowa na które czekałam ponad 18 lat.

Wiesz? Anoreksja wyzbywa człowieka z wszelkich ludzkich uczuć. Przynajmniej tak właśnie było w moim przypadku. Za nic miałam łzy mojej mamy. To okropne, jak mogłam być taka nieczuła. Wielokrotnie przepraszałam mateczkę za wszystkie przykrości które doznała z mojej strony. Nie liczył się nikt, tylko ja i moje ginące kilogramy.

Uważałam że skrajne niecałe 26kg to i tak za wiele. Nie przeraziło mnie również to że straciłam wzrok, wskutek zaburzeń elektrolitowych. Przecież wzrok wrócił, więc nie było się czym martwić. I co najważniejsze nie zrobiło na mnie wrażenia zdanie wypowiedziane przez doktora gdy przyjmował mnie na oddział że jestem w stanie agonalnym. "Trudno najwyżej umrę będzie to wielka ulga dla wszystkich" tak wtedy myślałam. Jakież to było samolubne.

Rozpisałam się, a przecież nie wiem czy mogę tak do Ciebie pisać Beato.

Czytam na tyle uważnie Twoje książki, że w jednej z nich "W dżungli miłości" znalazłam kilka literówek i brakujących słów. Może nie powinnam tego pisać, przepraszam :(

Uwielbiam czytać, rysować jako nastolatka bawiłam się w kolaże, dzięki Twoim okładkom wracam do tych cudnych lat :)

Dzięki za wszystko, teraz mam zamiar kupić "W dżungli samotności" i odpłynąć przy lekturze, zatopić się w myślach :)

serdecznie pozdrawiam

OLA


Witaj wśród żywych :))

Piszę to z uśmiechem, bo kiedy mówię „żywych”, mam na myśli takich, którzy są wewnętrznie żywi, czyli mają aktywna duszę, którą się opiekują i która prowadzi ich za sobą.

Wiem co to jest anoreksja i wiem jak człowiek tonie we własnych kompletnie irracjonalnych przekonaniach. Wiem, że każdy głos z zewnątrz jest wtedy niesłyszalny i niemożliwy do zrozumienia.

Jeżeli Ty też to wiesz, to przebacz sobie. Zachowywałaś się tak a nie inaczej nie ze zlej woli, ale dlatego, że tak Tobą kierowały chore myśli.

Teraz, kiedy zdrowiejesz, najważniejsze jest to, co dzieje się TERAZ. To co było, to już nieistotne. Można to zamknąć w ciężkiej skrzyni i nigdy już nie otwierać. To co będzie, jeszcze nie przyszło, więc nie ma sensu się tym martwić czy niepokoić.

Jesteś tu i teraz, uczysz się na nowo cieszyć z życia i z tego, że jesteś. I to jest najfajniejsze :) Ściskam Cie serdecznie :)

Witam,
szczerze, to nie wiem od czego i jak rozpocząć maila do Pani, od około roku, książki z serii "w dżungli..." stały się inspiracją do zmiany mojego dotychczasowego życia. Przez około rok czułam nadchodzącą depresję, trudno jest mi powiedzieć czy to już była depresja, czy jej zalążek, ale generalnie czułam się bezużyteczna i samotna, pomimo otaczających mnie znajomych, przyjaciół, rodzinę... życie polegało na pracy i szkole, wiecznym dole i braku akceptacji samej siebie, tak mijały dni/tygodnie i miesiące, ale nie o tej ciemnej stronie chciałam Pani pisać!! przepraszam:)

Piszę, żeby podziękować za energię, którą czerpię z Pani słów i doświadczenia! zaczęłam się zastanawiać, czytając akurat " w dżungli miłości", co mogę zrobić, aby zmienić swoje życie, które przecież zależy tylko ode mnie!Mam przecież 24 lata i świat stoi przede mną otworem! Przez "moment" zagubiłam się w przeświadczeniu, że odpowiedni mężczyzna ubarwi moje dni, pomoże mi zmienić pracę i generalni sprawi, że będę szczęśliwa!, tak o! po prostu, czarodziejską różczką odmieni moje życie! ha ha ha śmieszne prawda? a może żałosne..... z jednej strony mam awersję do facetów, jako DDA - przez ojca:| no a z drugiej strony jednak, szukałam pomocy u wykształconych, przedsiębiorczych facetów. Teraz zrozumiałam, że jeżeli się wierzy i pragnie czegoś tak naprawdę to wystarczy konsekwentnie do tego dążyć, a tego dokonamy, "proste" prawo Wszechświata...
Po moich trzykropkach zapewne Pani już widzi moje lekkie zwątpienie w tym o czym piszę... Przejdę może do konkretów, bo znów się niepotrzebnie rozpisuję, ale mam tyle do powiedzenia, ale też świadomość, że jestem drobnym mailem, w tłumie piszących do Pani.

Moim marzeniem od 4. lat jest zostać stewardessa, zrodziło mi się to jak pracowałam w Irlandii, po powrocie do kraju wybrałam jednak stabilną pracę, ze względu na początek studiów. w maju, jak tak rozmyślałam co by tu zrobić aby zmienić życie marzenie to wróciło. rzuciłam pracę, po 3 latach, ale nic mi już nie dawała,[rok temu też starałam się ją rzucić, ale brakowało mi odwagi] pragnę krążyć po świecie i być szczęśliwą, czuję że to zajęcie mi pomoże! Miałam zamiar napisać do Pani maila, jak już będę po przyjęciu na stanowisko stewardessy(do którego idealnie się nadaję, tak na marginesie;p zrobiłam wywiad, poczytałam, jest ok!), ale jak to w życiu bywa, wiara przychodzi i odchodzi, dzisiaj czuję się trochę podłamana, ponieważ ile można czekać? akurat trafiłam na czas bez rekrutacji, zapraszano mnie na rozmowy w czerwcu, wówczas jeszcze nie mogłam, i teraz mam...czekanie. nie wiem w sumie jaki jest cel mojego maila, generalnie ma to być podziękowanie za inspirację i odwagę. staram się być pełna dobrego nastawienia, w sumie ryanair mi odpowiedział że zaakceptowali aplikację i wyślą zaproszenie jak będą przeprowadzać ponowną rekrutację w Polsce. Inne linie milczą, ale staram się myśleć że to po prostu taki czas.

No nic... pozostaje mi szperać w necie i szukać aktualności, czekać, wierzyć... w "międzyczasie" szkolić angielski:)

Z serdecznymi pozdrowieniami,
Ewa

Ewo, jeśli jesteś DDA, to pewnie podświadomie szukasz takiego samego faceta, jakim był Twój tata, czyli uzależnionego, o chwiejnej osobowości, poczuciem winy i brakiem poczucia własnej wartości, zagubionego we własnych emocjach. Z takim facetem nie da się zbudować zdrowego związku.

Najpierw więc fajnie byłoby uzdrowić samą siebie – swoje emocje i swój sposób myślenia i wtedy dopiero rozejrzeć się za fajnym facetem – takim, którego będziesz mogła szanować i kochać. To było coś, prawda? :)

Trzymam kciuki za latanie i krążenie po świecie :))
Cześć,

zaczęło się odkąd obejrzałam Twój udział w Małej Czarnej Katarzyny Montgomery. Później zakupiłam Twoje trzy książki (W dzungli życia, miłości, niepewności) - za jednym zamachem jakbym czuła, że muszę je przeczytać. Pochłonęłam wszystkie trzy w expresowym tempie. Dały mi wiele do myślenia. Czytając widziałam czasem swoje odbicie. Podejście do życia, spostrzeżenia, prostolinijny sposób przekazu, konformistyczne podejście do życia nie było mi obce. Jednak we mnie żyły i żyją dwie osoby. Tak być może mam rozdwojenie jaźni :) ale często czuję, że ta mądra moja część podpowiada mi jak powinnam żyć, reagować a druga ta bojaźliwa podpowiada jak tu znaleźć sobie problemy aby nie wybrać tej lepszej drogi. Jest tak jak pisałaś potrzebna jest wewnętrzna siłownia aby zostać wojownikiem. Ja jestem gdzieś w połowie swojej drogi, aby stać się wojownikiem. Przeczytanie Twojej książki pomogło mi, otworzyło szerzej moje oczy, pokazało, że ludzi z podobnym podejściem jest więcej, dałaś mi również wiarę, że mogę coś zmienić, w pełni uświadomiłaś, że to ode mnie zależy jak będzie wyglądało moje życie. Moja przemiana zaczęła się po rozstaniu z leniwcem. Trwa do dziś, nie jest łatwo, ale dlatego chciałam Ci powiedzieć, że to co robisz ma wielki sens ponieważ pomaga ludziom. Ja jestem tego przykładem. Owszem książka nie ozdrowi człowieka ale może otworzyć szerzej oczy, a dzięki znalezieniu w tekście części siebie jeszcze bardziej nas do siebie zbliża i przekonuje.

Gdy przeczytałam Twoje książki pojawiło mi się wiele pytań.
Liczę, że znajdziesz czas i przeczytać mój e-mail i będę mogła poruszyć kilka moich wątpliwości :)

Ania.

Aniu,

Prawdziwa zmiana i prawdziwy kłopot polega na zmianie sposobu myślenia. I to własnie jest ta „druga ty”, która się odzywa i przeszkadza. Bo racjonalnie już wiesz co jest dobre i właściwie, ale głęboko wpojony Ci sposób myślenia ciągnie Cię z powrotem w świat strachu, niepokoju i lenistwa.

Tu może pomóc duchowa siłownia :) Trzeba ćwiczyć myślenie, zamieniać destrukcyjne i złe myśli na dobre i pozytywne. Nie staraj się kontrolowac wszystkiego, nie martw się o przyszłość, i przestań się też zamartwiać tym, co się już kiedyś zdarzyło.

Spróbuj żyć tu i teraz. Dostrzegaj to, co cię otacza i spróbuj znajdować w tym rzeczy piękne i czerpać z nich radość.

Skoncentrowanie się na tym co MOGĘ i PRAGNĘ (zamiast „nie mogę, nie umiem, boję się”) sprawia, że otwiera się świat i sprzyja takiemu pozytywnemu myśleniu, a uparte ćwiczenie pozytywnego myślenia w końcu staje się odruchem – i wtedy dwie osoby w tobie stają się jedną – szczęśliwą :)

Witam. mam małe pytanko jaka jest szansa żeby pojechac z tobą na taką wyprawe. I czy to możliwe bo takich chętnych pewnie jest na pęczki .ps. audycja jest po prostu super

* * *

Szanowna Pani,
w którymś z numerów magazynu Voyage, przeczytałam Pani informację o organizowanych przez Panią każdego roku w listopadzie wyprawach do amazońskiej dżungli dla "początkujących".Bylibyśmy z mężem bardzo zainteresowani taką formą podróży.Jeżeli nie będzie moja prośba nietaktem z faktu zabierania Pani czasu, uprzejmie proszę o informację o czasie trwania takiej wyprawy( jesteśmy osobami pracującymi zawodowo a ja w budżetówce obligującej, bez względu na stanowisko, do planowania urlopu), przybliżonych kosztach lub wskazanie mi żródła, gdzie takie informacje będą dostępne do zapoznania się z nimi. Pozdrawiam K.


Każdego roku organizuję co najmniej jedną wyprawę, na którą można się zapisać. W tym roku były/będą trzy takie wyprawy - w kwietniu prowadziłam trekking w Himalaje, w sierpniu odbędzie się wyprawa do Peru, a w listopadzie - jak zawsze od wielu lat - wyprawa do dżungli amazońskiej. W planach mam Sylwestrową wyprawę do Australii i Nową Zelandię w lutym. Wszystkie szczegóły zawsze są w dziale "Wakacje dla zuchwałych": http://www.beatapawlikowska.com/trips,next.html
Witam
Mam na imię Daniel i chciałem pogratulować pomysłu i pasji życiowej. Ja bardzo lubię podróże lecz mimo w miarę młodego wieku 33lata nie miał bym odwagi żeby samemu wsiąść w samolot i polecieć gdzieś daleko że o wybraniu się w naprawdę dzikie zakątki nie wspomnę. Naprawdę podziwiam i gratuluję. Chciałem się dowiedzieć czy planuje Pani jakieś spotkania z publicznością czy jakieś pogadanki ?
Pozdrawiam i życzę ilu wyjazdów tylu powrotów w całości (-:
Daniel


Danielu, zapraszam do Puszczykowa pod Poznaniem, gdzie 2 sierpnia o 13.00 będzie spotkanie i otwarcie mojej wystawy fotografii - Muzeum-Pracownia ArkadegoFiedlera, PUSZCZYKOWO koło Poznania, ul. Słowackiego 1
Powr�t