onet.pl PATRONAT
Listy w skrzynce
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Listy

Powrót
Białowieska skrzynka pocztowa (86)

Nazwy skrzynek pocztowych nie mają związku z tematem listów :) Nadaję im egzotyczne nazwy, bo to fajniejsze niż przydzielenie im kolejnych numerów. W gruncie rzeczy jednak chodzi tylko o to, żeby je odróznić od siebie nawzajem.

Nowe listy proszę słać na adres beata@beatapawlikowska.com albo beata@oliwkowo.pl
Odpowiedzi szukajcie poniżej.

Witam, pani Beato!

Obiecałam sobie, że do pani napiszę. Wiem ile jest podobnych listów i ludzi z podobnymi problemami, a w pani zalega pewnie wiele listów. Ale musiałam do pani napisać- tak mówiło mi po prostu serce.

Jestem. Mam na imię Karolina. Mam też szesnaście lat i jestem jedną z tysiąca Zagubionych. Ale powoli, małymi kroczkami zaczynam lubić siebie i zmieniać swoje życie na lepsze. Kiedy byłam małą dziewczynką, często płakałam. Moje życie składało się z Igrzysk Olimpijskich- zapaści alkoholowych mojego ojca i Olimpiad, czyli czasu pomiędzy jednymi Igrzyskami,a drugimi. Olimpiady trwały średnio trzy miesiące, trzy błogosławione miesiące, podczas których moja mama nie krzyczała, mój tato nie pił, a ja była szczęśliwa. Jedna z Olimpiad była dłuższa i trwała pół roku. Moi rodzice zaczęli wreszcie ze sobą rozmawiać. Co prawda, nie jak para zakochanych nastolatków, ale jak sąsiedzi, którzy mają wspólne podwórko. Wreszcie mieli coś, co ich łączyło. A ja uśmiechałam się pod nosem, kiedy słuchałam snuli wspólne plan. Miałam nadzieję, że tak będzie już zawsze. Ta Olimpiada była piękna, ale same Igrzyska okazały się tragiczne. Mój tato zmarł. Przez wiele miesięcy pytałam się: dlaczego?i na przemian obwiniałam o śmierć mojego taty siebie albo mamę. Potem zaczęłam szukać szczęścia.

 Marzyłam o Księciu z Bajki i naszej wspólnej przyszłości w Krainie Cudów. Powierzałam swój smutek Kościołowi, na próżno. Patrzyłam z zazdrością na tych wszystkich szczęśliwych ludzi. I pragnęła, też się tak czuć. Nie miałam chłopaka, nie umiałam się bawić w gronie moich rówieśników, nie miałam żadnej pasji, więc postanowiłam zostać wspaniałym uczniem. I tak stałam się autodestrukcyjnym potworem, który za każde niepowadzenia, surowo się karał. Przelewałam tysiące łez i zastanawiałam się dlaczego jestem taka beznadziejna. Wkrótce trafiłam na pani książkę. Przeczytałam. I postanowiłam znaleźć swoją pasję. Zaczęłam pisać. Przez wakacje pisałam opowiadania o pełnej pasji, rudowłosej dziewczynie, która pomimo wspaniałej pracy i kochającego męża, postanawia wyjechać w samotną podróż po Afryce. I wtedy czułam się wolna. Postanowiłam, że już nigdy nie będę skazywać siebie na karę za szkolne niepowodzenia. Napisałam do siebie kilka listów, które postanowiłam otwierać w chwilach załamania. Odkryłam jak cudowne może być fotografowanie.

Zaczęłam uczyć się na miarę swoich możliwości, w chwilach lenistwa wsiadałam na rower albo otwierałam kolejny list do siebie. Przyszedł maj. I spostrzegłam, ze prócz jednego niedokończonego opowiadania, nie napisałam nic. Postanowiłam to zmienić. Kupiłam zeszyt. Chwyciłam za pióro, a spod stalówki zaczęły wychodzić mi zdania, tak jakby ktoś odkręcił kurek pełen magicznych kropli, a one z kolei zaczęły składać się w słowa i zdania. Skończyłam gimnazjum, dostałam się do wymarzonego liceum i zaczęły się wakacje, a ja zaczęłam się martwić, czym dam sobie radę i czy przypadkiem nie wyjdę na głupka. Zaczęłam więc czytać repetytorium, pisać notatki. Rano biegałam, słuchałam radia i pyk! Nauka. Te dwie godziny były dla mnie męczarnią. Po pewnym czasie miałam już dosyć. Schowałam książki głęboko do szuflady. I ogarnęła mnie pustka!

Żeby jej nie czuć rysowałam, lepiłam anioły z masy solnej, ale nic. Ona nadal karmiła się moją duszą- zjadała siłę woli, optymizm, marzenia, plany. Nie! Nie chcę marnować sobie życia!- powiedziałam do siebie, kiedy znów mnie dopadła. I wzięłam się w garść. Wiem, ze jestem Dyrektorem własnego życia. Wiem, ze życie jest piękne, mimo tych wszystkich pułapek. Chcę żyć! Zaczynam: pisać. Czekanie na natchnienie, nie ma sensu. Trzeba po prostu: włączyć pozytywne myślenie, usiąść przy biurku, wziąć kartkę, chwycić do ręki pióro i pisać- to jest najlepszy sposób. Talent jest przecież jak ziarnko fasoli, które ma szanse wykiełkować dopiero wtedy, kiedy wypuścimy je z ręki na glebę. A jeśli będę unikać pisania, to znaczy, że mi na tym nie zależy. Jeżeli nie ma się w życiu pasji i żyje się jak kłoda zboża, lecąc z nurtem rzek, mając ciągle nadzieję, że nagle ktoś przyjdzie nam z pomocą- to to jest najlepszy sposób na zmarnowanie swojego życia. Muszę tylko włączyć w sobie pozytywne myślenie, uwierzyć w swoje możliwości, być sobą, i nie przejmować się tym, co pomyślą inni ludzie.

Zaciskam więc pięści i do dzieła. Będę się zdrowo odżywiać( zacznę o jedzenia owsianki z jogurtem na śniadanie, a na kolację kanapka, jogurt i jakiś, pyszny soczysty owoc. A i zacznę akceptować swój wygląd. Jestem przecież szczupła, mogłaby być trochę wyższa, ale widać tak się Panu Bogu spodobało. Mam oczy i brwi greckich przodków, usta po tacie, uszy są co prawda trochę odstające, ale od czego mam długie włosy, a nos, cóż szeroki, ale każdy ma przecież swoje „wystające żebra”, prawda?
Co jeszcze, jeśli tylko nadarzy mi się jakiś problem i nie będę umiała go rozwiązać napiszę do mojej wewnętrznej redakcji. Może zacznę pisać pamiętnik?

Ach! I będę się uczyć na miarę swoich możliwości. Pałka, przecież każdemu może się zdarzyć.
A i tak na koniec: kończę znajomości z wampirami. Bo to tylko strata energii. Niedawno zauważyłam, że takim właśnie wampirem jest, jak mi się do tej pory wydawało, mój przyjaciel. Będzie trudno. Ale dam radę! Nie warto przecież, komuś czegoś radzić tylko dla samych słów. Nie mogę! Kończę z pytaniami: co ona na to? I myślami: nie mogę jej teraz zostawić.

Mam jeszcze do pani jedno pytanko: jak rozbudzić w sobie wiarę w siebie i jak uwierzyć w swoje możliwości?

PS. Przepraszam za długość i niepoukładane myśli, ale sama pani rozumie, że to co się w człowiekowi dopiero budzi, zazwyczaj jest niepoukładane.


Karolino, myślę, że sama udzieliłaś odpowiedzi na te dwa pytania, które zadajesz na końcu :)

Jak rozbudzić wiarę w siebie?
Uwierzyć w to, że każdy człowiek zasługuje na to, żeby go szanować, kochać i dobrze traktować. Ty też. Zacznij więc od nauczenia się szacunku, przyjaźni i sympatii do samej siebie.

Nie musisz lubić swoich wad, ale doceń swoje zalety. A nad wadami popracuj, bo nie warto ich w sobie pielęgnować.

Nie wymagaj od siebie doskonałości. Każdy może się czasem pomylić albo głupio zachować. Najważniejsze w takiej sytuacji to wyciągnąć tego naukę na przyszłość. I żyć dalej, starając się nie popełniać tych samych błędów :)

I najważniejsze ze wszystkiego: staraj się myśleć pozytywnie. Dobra energia to największa siła, jaką można w sobie wypracować.

Ten kto sieje dobro, zbiera dobro od ludzi i od losu.

I uśmiechaj się do swojego Anioła Stróża, on też Ciebie kocha :)

Witaj, Beatko. Znam Cię z książek podróżniczych i mądrych spostrzeżeń na Twojej stronie internetowej. Niestety nie miałam jeszcze okazji przestudiować ani „ W dżungli życia „ ani „ W dżungli miłości”- tylko przekartkowałam je obie gdzieś w kącie w empiku .

Rzadko udaje mi się zakupić książkę ,zadowalam się jedynie zapachem druku w księgarniach. Przyczyna-podobnie jak tysiące ludzi w tym kraju staję przed wyborem: książka albo jedzenie tudzież ksera materiałów na studia… Powiedz , jak Ty to robisz i skąd bierzesz siłę? Nie miałaś nigdy okresów załamania a jeśli miałaś to jak już odzyskałaś siły ta bezsilność i jakieś trudne do nazwania stłumienie siebie nigdy już nie powracało?...

Mam 25 lat. Jestem pasożytem , nikim jakby to powiedziała moja matka, która zresztą zaraz by dodała, że bardzo mnie kocha i chce mojego dobra. …Kiedyś byłam dziewczyną która była duszą towarzystwa, do której przychodzili znajomi bliżsi i dalsi zadając to samo pytanie co i ja teraz Tobie: skąd bierzesz siłę? Udało mi się przerwać stare studia-kultura Rosji-by iść na wymarzoną orientalistykę, zebrać się w sobie i zwalczyć anoreksję i depresję , gdy usłyszałam jak matka mówi do słuchawki koleżance: „…tylko pamiętaj, żadnych terapii ! żadnych wyrzutów sumienia! Rodzice nie popełniają błedów!to twój syn wpadł w złe towarzystwo i jedyną pomocą są egzorcyzmy….”i pomyślałam wtedy że jeśli nie wstanę i nie zrobię coś ze sobą umre duchowo albo fizycznie, i ze sama o siebie musze zadbać… .tylko jak dbać o kogoś kogo się nie znosi? Jak mieć poczucie własnej wartości gdy słyszysz kilkadziesiąt razy dziennie że masz oddać kasę za 25 lat życia, gdy słyszysz ,że nic nie umiesz nic nie potrafisz ,jesteś budzona w środku nocy żeby zobaczyć że „ o tam przez ulicę osiedlową idzie cała banda pijanych ludzi, szkoda że wczoraj jak wracałaś o pierwszej w nocy się z nimi nie spotkałaś, akurat towarzystwo dla ciebie może wzięliby cie do piwnicy i by ci się podobało” i „ ….ja Ci nie życzę ale musi cie dopiero ktos zgwałcić żebyś zrozumiała jakie jest życie” …etc etc….To boli .

Nie można się chyba uodpornić na słowa, które wg mnie bolą bardziej niż uderzenie.Jest taka fundacja „ Zły dotyk”, a ja myślę że powinna być tez „ Złe słowo” bo zostaje i czasem warunkuje nasze dalsze zachowanie… .Moja matka…65 lat, fanka radia Maryja , która nie ma nic wspólnego z Bogiem choć powołuje się na niego bez przerwy nawet mówiąc mi ,że gdy mój ojciec lekko nawiany przyszedł mnie zobaczyć gdy byłam niemowlęciem, Duch Swięty ją natchnął by gdy zapytany po co przyszedł odpowiedział : chcę zobaczyć moje dziecko, odpowiedziała mu „ to tylko jest moje dziecko!” licząc na to że przez stan w którym był opatrznie zrozumie jej odpowiedz , że nie jestem jego. Tak się stało. A sąsiedzi z bloku opowiadają że przychodził , a moja matka wzywała policję. Zdecydowała ,że chce mieć dziecko dla siebie. Ze tak będzie lepiej. Kto dał jej takie prawo? Nie znam ani imienia ani nazwiska swojego ojca, nie mam nawet fotografii nie będąc podobna do nikogo z własnej rodziny… Nawet nie mam pieniędzy na proces sądowy… Słyszę tylko że mam po nim skażone geny, żebym uważała z kim się zwiążę żeby w moim dziecku nie było genów takich jak ja mam …Można czuć się silnym i wartościowym słysząc takie słowa codziennie, prawda?...Moja matka-która otaczała mnie kloszem , nie mogłam nigdzie wyjść-raz jeden , jeszcze w liceum poszłam na juwenalia, wróciłam o pierwszej w nocy, szczęśliwa , ubłocona….. nigdy nie zapomnę co się potem działo: matka wrzaskiem obudziła sąsiadów, którzy wyglądali z mieszkań by zobaczyć co się dzieje, a ona kazała mi rozbierać się na korytarzu, wyrzuciła ubrania i gdy się ukąpałam dezynfekowała po mnie wannę bo na pewno zgwałciło mnie kilku facetów i mam hiv… .Buntowałam się , kłóciłam ,ale teraz się jakoś poddałam. Boję się jej niepoczytalności, tego że zadzwoni lub przyjdzie na uczelnie i swoim zachowaniem przekreśli mi kolejną szansę w życiu… bo już raz przyszła do pani dziekan….

Plany mam takie: chciałabym jechać do Egiptu, doprowadzić do perfekcji język-który jest i tak na tyle dobry ,że zaczęłam tłumaczyć opowiadania i nawiązać kontakty z literatami, poczytać ich dzieła. Jak Ci się podoba plan?:) Stypendium dostałam . zapłacić mam tylko za przelot i mieć przy sobie trochę drobnych na życie. tylko skąd je wziąć??????? Studiując dziennie nie pracuję , chcąc wyprowadzić się od matki z domu musiałabym pracować minimum na ¾ etatu żeby móc się utrzymać , a pracując na ¾ etatu nie mam szans na dobre wyniki na uczelni bo po prostu nie będzie kiedy się uczyć. Teraz próbuję szukać pracy na wakacje , próbuję już od miesiąca i nic!... a nawet jeśli śa jakieś drobne idą na ksero, jedzenie i podstawowe artykuły- matka ma tylko niską emeryturę i mnóstwo długów…Drugiej szansy na stypendium nie będzie..

Nie wiesz czy istnieją jeszcze jakieś fundacje , oprócz studenckich, które udzieliły by mi wsparcia finansowego na realizację mojego planu badawczego i przy okazji na realizacje samej siebie bo może gdy tam cos osiągnę i sama siebie zobaczę w innych oczach. A może znasz kogoś osobiście kto by mnie wsparł? Czasem sobie myśle ludzie wygrywają w radiach miliony, przeznaczają je na rozrywki-mają do tego prawo, wiem- a ja chcę się uczyć , zrobić coś nowego innowacyjnego , z czego mogę i chcę się potem rozliczyć, i nie mam jak? Możesz mi jakoś pomóc? Proszę, nie odmawiaj…

Nie umiem też nawiązywać relacji z ludżmi, poznaję ludzi szybko i szybko się wycofuję, nie umiem kontynuować… nie mówiąc już o miłości. Pragnę jej i nie mogę uwierzyć że mogłaby do mnie przyjść. A nawet czując intuicyjnie że obok jest taka osoba, która też kryje w sobie jakiś ból, i być może zrozumielibyśmy się bez słów, nie umiem powiedzieć nic. Jestem jak głaz, mając tak wiele do powiedzenia…
Napisz do mnie , proszę.
Dorota




Witaj, Doroto,

Przeczytałam Twój list i odpowiem Ci na niego najlepiej jak potrafię – i jestem ciekawa czy skorzystasz z mojej rady.

Wierzę w to, ze człowiek miotany jak listek przez emocje i pozwalający innym ludziom na poniżanie siebie, powinien zacząć od naprawienia swojego „ja”. Sama wiesz mniej więcej gdzie leży Twój problem, bo przecież dlatego właśnie napisałaś ten list. Jeśli pozwalasz komuś traktować się bez szacunku i piszesz, że „zgadzasz się na to”, to znaczy, że sama do siebie nie masz szacunku i gdzieś w głębi duszy uważasz, że to Ci się należy.

I to jest pierwszy zasadniczy błąd w Twoim myśleniu.

Wydaje mi się, że nawet gdybyś dostała od kogoś pieniądze na wyjazd, to i tak nie byłabyś zadowolona, bo zniewolenie, które czujesz w swoim życiu, nie pochodzi od ludzi z zewnątrz, tylko z Twojej własnej duszy.

Ty pozwalasz na ta, żeby o sobie samej myśleć źle i żeby inni ludzie też tak myśleli.

Myślę więc, ze powinnaś zacząć od własnej duszy. To co inni myślą albo mówią to jest ich sprawa. Ale Ty powinnaś polubić samą siebie, bo to da Ci wewnętrzną siłę do pokonania wszystkich przeciwności.

Jeśli więc chcesz rady, to moim zdaniem powinnaś szukać pomocy u terapeuty, psychologa, który pomoże Ci odnaleźć samą siebie. Wyprowadzić się od mamy i unikać osób, które Cie poniżają. Dlaczego mieszkasz z kimś, kogo nie lubisz i nie szanujesz? Nie sądzisz, że jest to forma masochizmu albo chorobliwego uzależnienia?

Nie ma powodu, żeby siłą napędową w życiu był gniew, rozczarowanie albo żal. Trzeba je zamienić na pozytywne uczucia. W tym właśnie pomaga terapia.

Kiedy odnajdziesz samą siebie, polubisz własną duszę, wszystko na świecie stanie się łatwiejsze. Cele, możliwości, marzenia i życie.

Szanowna Pani Beato,
Byłam ostatnio na Pani spotkaniu autorskim w Cafe Empik w Kazimierzu Dolnym, zdobyłam pani autograf, ale odczuwam jeszcze chęć bezpośredniego zwrócenia się do Pani z kilkoma pytaniami. Siłą rzeczy na takim spotkaniu autorskim jest raczej tłoczno i trudno jest skupić myśli. Spotkanie było bardzo ciekawe , stwierdzam, że mówi Pani równie ciekawie jak pisze.

Ale nie o podróże, egzotyczne dla nas miejsca i ludy chciałam zapytać, choć książkę o Czarnym Lądzie nabyłam i przeczytałam z ciekawością. Chciałam wrócić do Dżungli miłości , na którą natrafiłam przypadkiem w Empiku i wpływu , jaki ta książka wywarła na moje życie.

Jestem zaskoczona, że tak młoda osoba iak Pani prezentuje tak dojrzałe poglądy. Dla mnie, kobiety ponad 50-letniej były odkrywcze i pozwoliły mi zdiagnozować moje problemy , podjąć decyzję o wyjściu ze związku ( rozwód po 27 latach małżeństwa) i pracy nad sobą. Ja całe swoje życie byłam niewolnikiem licznych zobowiązań , uważałam, że bardzo sie staram i nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie otrzymuję w zamian tego czego oczekiwałam i dlaczego jestem tak sfrustrowana i nieszczęśliwa.

Pojęcie leniwca i wojownika trafiło mi do przekonania. Bardzo pomogła mi wspomniana w książce zasada , że wszystko, co człowiek robi drugiemu człowiekowi , dobre czy złe, wraca do niego z większą siłą. Muszę przyznać, że powstrzymało mnie to przed zrobieniem rzeczy, których bym teraz niewątpliwie żałowała , czyli przed zemstą i odpowiedzią złem za zło. A jak czytałam książkę to byłam zrozpaczona i myślałam, że tylko zemsta uleczy moje rany. Uświadomiłam sobie, że przecież ja wiem, że trzeba zawsze postępowac zgodnie ze swoim sumieniem i że różne rzeczy, w których uczestniczyłam przez lata jako żona budziły mój wewnętrzny sprzeciw.Teraz odcięłam się zdecydowanie i jest mi lepiej.

Ale jeszcze o czymś chciałam napisać. Jak poniechałam myśli o zemście i rozpoczęłam pracę nad sobą otrzymałam niespodziewaną informację, że wygrałam główną nagrodę w konkursie , organizowanym przezz jeden z magazynów- samochód. Stałam się posiadaczką pierwszego w moim życiu samochodu, co znakomicie rozwiąże wiele moich problemów ( dojazdy do chorego ojca, ) o ile oczywiście opanuję szybko sztukę prowadzenia samochodu ( mam prawo jazdy, ale 30 lat nie jeździłam).Czuję się teraz tak, jakbym obudziła się z długiego letargu , rozejrzała i zobaczyła zupełnie inny świat. Jestem wszystkiego ciekawa , bo wydaje mi sie, że muszę szybko nadrobić zaległości.

Chciałabym jeszcze poznać Pani zdanie w następującej kwestii-jak można uwolnić sie od strachu , szczególnie jak na człowieku spoczywa odpowiedzialność za innych?
Jak Pani odpoczywa ?
Jak Pani organizm znosi te odmienne od naszych warunki klimatyczne?
Jakimi językami posługuje się Pani najczęściej na swoich wyprawach?
Czy zawsze podróżuje Pani z zeszycikiem i zapisuje na gorąco ciekawe informacje?

Serdecznie pozdrawiam
Hanna


Pani Hanno, dzień dobry,

Myślę, że strach i odwaga często mieszają się ze sobą w życiu. A największa życiową odwagą jest oddanie się Wyższej Mocy, która kieruje ludzkim życiem. Strach bierze się najczęściej z chęci przejęcia kontroli nad życiem własnym i innych ludzi. Ale jeśli zastanowić się i pomyśleć logicznie, to przecież człowiek nie posiada żadnych narzędzi, które umożliwiałyby mu kontrolowanie swojej przyszłości, ani tym bardziej przyszłości innych osób.

Strach bierze się z natrętnego myślenia o tym, co będzie. Mimo że jednocześnie nie ma absolutnie żadnego sposobu, żeby to odgadnąć albo przewidzieć.
Kiedy sobie tu kiedyś uświadomiłam, poczułam jeszcze większy strach.

Dopiero potem przyszedł spokój.

Zrozumiałam, że nie wiem i nie będę wiedziała co ma się zdarzyć. Przestałam się bac przyszłości, bo przestałam ja szczegółowo planować i przewidywać.

Planuję to, czym zajmuję się teraz i w najbliższym czasie. Reszta sama przyjdzie.

Poczułam ulgę, kiedy pozwoliłam sobie cieszyć się tym co mam tutaj i teraz. Co będzie jutro? Nie wiem. Ale wierzę w to, że istnieją Dobre Siły Opiekuńcze, Dobra Moc, której wystarczy się poddać, żeby zostać przez nią zabraną w najlepszym możliwym kierunku.

I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: każdy ma własne życie, za które jest odpowiedzialny. Nie można żyć, myśleć i bać się za kogoś. Jeśli ktoś nie nauczył się jak być szczęśliwym i żyje w ciemności własnego lęku, stresu i ograniczeń, to jeśli sam nie chce znaleźć dobrej dla siebie drogi, nie szuka jej i nie słucha dobrych rad, to nikt mu nie może pomóc.

Jak odpoczywam? Sportem, ruchem, jazdą na rowerze, zajęciami fitness.

Jak mój organizm znosi inne klimaty? Dobrze, bo najważniejsze jest odpowiednie nastawienie psychiczne do miejsca, w którym jestem. Staram się myśleć pozytywnie, akceptować zmiany i przystosowywać się do nich.

Języki? Najczęściej posługuje się hiszpańskim.

Notatki? Zawsze i wszędzie. Nie rozstaję się z notatnikiem :)


Witam,
miałem to szczęście i byłem na spotkaniu z Panią w Kazimierzu Dolnym. W pewnym sensie spełniło się moje marzenie - spotkać Panią osobiście. Napisałem w pewnym sensie bo to jedno z takich wydarzeń, które po fakcie, po uporządkowaniu sobie wszystkiego w głowie nabierają rangi spełnionego marzenia, o istnieniu którego świadomie niekoniecznie się wiedziało. Od dawna jestem zafascynowany tym co Pani prezentuje w swoich książkach, w radio i telewizji. Podziwiam w Pani tą wolność i dystans do świata.

Pod koniec kazimierskiego spotkania był czas na pytania publiczności. Mam jedno trudne pytanie, którego nie ośmieliłbym sie zadać publicznie, dlatego zadaję je drogą mailową. Jaki jest Pani stosunek do osób z homoseksualną orientacją?

Zadałem Pani to pytanie, bo zastanawiam się czy zwiedzenie tylu zakątków świata, poznanie tylu kultur i zachowań ludzi pozwala obiektywnie spojrzeć na temat homoseksualizmu i wyciągnięcie wniosków. Ja należę do tej mniejszości i często zastanawiam się jaki interes przyroda miała w tym abym urodził się właśnie taki. To nie jest kwestia wyboru. Tego nie
można zmienić jak koloru włosów. Ludzie często myślą, że to jest moda, zachcianka i jedną z metod nawrócenia na właściwy tor jest łopata i ciężka praca, aby wywietrzały z głowy niepoprawne myśli. Przecież łatwiej iść z prądem niż pod prąd, nie wyróżniać się z tłumu, być takim jak każdy. Czy ktoś kiedyś zastanowił się nad tym, że opluwanie, wyszydzanie i upokarzanie gejów boli. Przecież nikt tego nie chce na własne życzenie i jeśli byłoby to możliwe każdy z nas oddałby wszystko by mieć normalną orientację seksualną bo homoseksualizm nie jest czymś normalnym.

Na spotkaniu opowiadała Pani o takim momencie, kiedy po długiej drodze przygotowań, wreszcie dochodzimy do celu podróży. Dzieją sie wtedy magiczne rzeczy. Ja to przeżyłem w tym roku. Nie była to daleki zakątek, ale polskie Tatry. W wieku dwudziestu ośmiu lat zobaczyłem je po raz pierwszy i pomimo nieprzespanej nocy w rozlatującym się autobusie PKS, poczułem dreszcze na plecach. To była szczególna podróż. Moja pierwsza z moim chłopakiem. Musieliśmy pokonać wiele przeszkód, aby razem wyjechać. Mieszkamy w małej miejscowości. Nie jesteśmy po "coming oucie". Nie chcemy się z tym obnosić, to nie służy nikomu i niczemu. Nie jesteśmy też za adopcją dzieci ani za równouprawnieniem w kwestii małżeństw.

Na kazimierskim spotkaniu byliśmy razem. Mój Chłopak dotychczas znał Panią tylko z radia. Na spotkanie przyjechał ze mną bo był ciekaw kim się tak zafascynowałem. No i go wzięło. Już pożyczył ode mnie Pani książki. Urzekła go Pani swoją skromnością i bezpośredniością oraz tym z jaka pasją opowiada Pani o swoich przygodach. Można powiedzieć, że mamy
już wspólną Idolkę(chociaż nie lubię tego słowa).

Pozdrawiam serdecznie
Krzysztof



Panie Krzysztofie, moim zdaniem każdy ma prawo być kim chce i z kim chce. Dopóki jest zwyczajnie dobrym człowiekiem, życzliwym, uczciwym, pozytywnym, to nie ma dla mnie żadnego znaczenia jakiej jest orientacji seksualnej.

Tak naprawdę w głębi duszy mam wrażenie, że w przyszłości będzie tyle samo związków homoseksualnych, co heteroseksualnych, i nikogo nie będzie to dziwiło. Wydaje mi się, że jest to zupełnie naturalny kierunek rozwoju ludzkości. Kiedyś byliśmy skoncentrowani na związkach, które miały przynieść jak najwięcej potomstwa. Myślę, że teraz to się powoli zaczyna zmieniać. Jest to też pewnie związane z tym, że kościół chrześcijański w swojej tradycyjnej formie nie nadąża chyba za nowoczesnością, więc prędzej czy później zostanie w tyle, a wtedy ludzie zaczną myśleć nie schematami narzuconymi przez religię, ale własnymi myślami.

Widziałam dużo nieszczęśliwych związków heteroseksualnych. Czy związek kobiety i mężczyzny jest gwarancją na szczęście? Wpajano nam to do głowy przez wiele lat, ale czas chyba to zweryfikował, jako dowód podając liczbę rozwodów.

Znam też mnóstwo dorosłych wychowanych w nieszczęśliwych domach prowadzonych przez pary heteroseksualne. Więc dwoje rodziców różnych płci też nie jest gwarancją dobrego i szczęśliwego wychowania dziecka.

Jeśli o mnie chodzi, nie miałabym nic przeciwko małżeństwom homoseksualnym. Myślę, że powinni też mieć prawo do adoptowania dzieci.

Z drugiej strony uważam, że każdy dorosły, który chce mieć dziecko – naturalne czy adoptowane – powinien przejść przez specjalny kurs, taki jak na prawo jazdy. I dopiero jeśli dostanie licencję, mógłby wychowywać dziecko.

Nie podobają mi się parady gejów, bo są prowokacyjne i często agresywnie podkreślają swoją inność, tworząc wizerunek człowieka wyuzdanego, nieskromnego, który celowo szokuje innych, budząc tym strach i niechęć.

Ale widok dwóch osób tej samej płci okazujących sobie zwykłą ludzką czułość, nie jest w moim odczuciu niczym złym ani dziwnym. Człowiek ma prawo kochać. I ma prawo wybrać kogo kocha.

Witam,
Dzięki mojej koleżance przeczytałam "W dżungli życia" oraz "W dżungli miłości". Ona bardzo zachwala obydwie Pani książki, przyjmując je poniekąd jako własne poglądy, co nie zawsze jest dobre (w późniejszej części maila napisze dlaczego). Mi osobiście bardziej podobała się "dżungla życia". To taki oryginalny poradnik jak poradzić sobie z sobą, co często dzisiaj nie wychodzi niektórym ludziom, być może z zagubienia.

Opisała Pani wszystko przez co Pani przechodziła, dzięki czemu nawiązuje Pani pewną magiczną więź podobnych przeżyć z czytelnikiem. Ta książka podobała mi się bez żadnego ale. Jeśli chodzi o "dżungle miłości", wywołała ona o wiele więcej kontrowersji. Na początku zacięcie kłóciłyśmy się z koleżankami o trafność Pani stwierdzeń. Moja koleżanka, która pierwsza ją przeczytała, na przykład wyciągnęła pochopny wniosek, na podstawie czytania któregoś z rozdziałów, że "wszyscy mężczyźni zdradzają i nie można jej ufać". Więc jak zbudować związek, bez zaufania? Po co poznajemy kogoś? To poznanie daje nam pewną gwarancję, że ten człowiek jest godny naszego zaufania. Ze stwierdzeniem, że mężczyzną do końca nie można ufać, bo trzeba zawsze mieć oczy szeroko otwarte, bardziej bym się zgodziła. Może ukazując Pani kolegę, który cały czas zdradzał swoją żonę, miała Pani coś innego na myśli, ednak można to w różne strony interpretować.

Podobało mi się stwierdzenie "Obie osoby muszą tego chcieć tak samo mocno(...) muszą czuć się ze sobą bezpiecznie i mieć pewność, że to jest właśnie to, co chcą zrobić" słowa z proste, a jednak piękne.

Dzięki Pani książce, zrozumiałam, że powinno się bardziej panować nad negatywnymi emocjami, że nie warto tak bez sensu wybuchać, bo szkoda życia, ale nie mogę tak do końca się zgodzić, że trzeba w ogóle złość wyrugować ze swojego życia. Z jednej strony bylibyśmy zdrowsi, ale jak naczej wyrazilibyśmy swoje niezadowolenie w krytycznych momentach? Nie
można ukrywać uczuć, bo ktoś może nas mylnie odebrać. Pozbawilibyśmy się pewnej cząstki, która w niektórych sytuacjach, w małych ilościach jest potrzebna. Popieram, że w codziennych sytuacjach można trochę przystopować i starać się spokojnie przekazywać coś komuś, nawet jeśli esteśmy na tą osobę zdenerwowani, ale czasem trzeba podkreślić słowa
emocjami.

Ukazała Pani miłość w trochę innym świetle, w świetle jednostki. Aaa i jeszcze jedno mnie wzbudziło, napisała Pani, że można w każdej chwili wyjść ze związku biorąc tylko swój tobołek na plecy i być tym samym człowiekiem, co wcześniej. Tak można byłoby zrobić, jeśli w grę nie wchodziłyby uczucia. Przywiązujemy się do ukochanej osoby, zdobywamy nowe doświadczenia, nowe pasje, rozwijamy się, po prawdziwym związku już nie jest się takim jak wcześniej, przynajmniej całkowicie.

W pełni zgadzam się z Panią, że w związku trzeba pozostać jednostką, by partner nie hamował naszego rozwoju, nie ograniczał nas. To jest zdrowy związek.

Mam nadzieję, że Pani nie zanudziłam. To kilka moich najważniejszych refleksji. Dobrze, że napisała Pani te książki, na pewno nie jednej osobie otworzyła Pani oczy na pewne sprawy.
Pozdrawiam
Paulina



Pani Paulino, dziękuję za recenzję, to dla mnie bardzo ważne, bo bez czytelników nie byłoby żadnej ksiązki :)

W dwóch sprawach nie do końca się z Panią zgadzam.

Wydaje mi się, że nigdzie w tej książce nie napisałam, że w każdej chwili można wyjść ze związku i być tym samym czlowiekiem co wcześniej. Bycie z drugim czlowiekiem w całkiem naturalny sposób wywiera wpływ i na pewno ludzie trochę się wzajemnie pod swoim wpływem zmieniają. Mam nadzieję, że na lepsze :)

W każdym razie miałam na myśli to, że można znów być szczęsliwym człowiekiem - nawet jeżeli podejmie się decyzję o rozstaniu, która zawsze jest trudna i zawsze sprawia jakiś ból. Ale jeżeli rozstanie jest słuszną decyzją, to można po nim znów zyć i budować zycie na nowo.

Druga rzecz to kwestia gniewu. Myślę, że myli Pani okazywanie złości z odczuwaniem negatywnych emocji.

To jasne, że nie wolno chować w sobie słusznego gniewu ani udawać, że "nic się nie stało" jeśli człowiek czuje się skrzywdzony. Chodzi jednak o sposób wyrażenia i przekazania takich emocji innym ludziom. Można być w takiej sytuacji albo asertywnym, albo agresywnym. Z mojego doświadczenia wynika że atakowanie drugiej osoby w zlości i bez panowania nad emocjami nie przynmosi niczego dobrego. Rani drugiego czlowieka, a potem wraca falą wyrzutów sumienia i smutku.

Znacznie lepiej jest zachować się asertywnie - czyli przekazać swoje prawdziwe uczucia w taki sposób, który będzie komunikatywny, ale nie sprawi przykrości drugiej osobie.

Tłumienie w sobie złych emocji jest złe, bo prędzej czy później obraca się przeciw człowiekowi, który je tłumi. Wybuchanie gniewem i tracenie panowania nad sobą jest tak samo złe. Trzeba po prostu umieć wyrazić swoje (nawet trudne i negatywne) uczucia i emocje w pozytywny sposób.

Witaj Beatko,

Chciałbym poradzić się Ciebie w imieniu swoim i kolezanki.

Postanowilismy wspólnie że chcemy wyjechać gdzies samodzielnie tak jak często Ty proponujesz by to zrobić. Koszt jest wtedy mniejszy.

Ja miałbym chęć by odwiedzić Ameryke Południową a Gosi bardzo zależy na Peru.z uwagi że mam wakacje bardzo przyglądam się Peru, kupilismy przewidnik, mnóstwo informacji jest w Internecie. I im dłużej przeglądam wszystko tym bardziej przekonuję się że peru to
jeden z mniej odpowiednich krajów. Choćby dlatego że 4 razy większy od Polski a wszystko co chce się tam zobaczyc jest "porozrzucane" i odległe od siebie o kilkaset kilometrów.

Wydaje mi się bardzo trudne by logistycznie to mogło sie odbyć gdy wiele rzeczy ma się dziac ""na bieżąco" a mamy niewiele ponad dwa
tygodnie (tyle może Gosia). Moim założeniem jest by zmieścic sie lipcu bądź sierpniu.

Początkowo bardziej zależało mi na odsunięciu sie od miast i podróżowaniu w bardziej pustych rejonach a w bliskości przyrody.
Kultura Peru gdy zaczalem czytac spodobala mi sie ale chyba nie da sie zobaczyc Titicaca, Machu Picchu, Cusco i dzungli na północy w tak krótkim czasie gdy nie jest to wycieczka zorganizowana i wszystko gotowe, bus czeka i mozna zaplnowac loty w Peru bo wiadomo ze bedzie sie na miejscu i o czasie.

mogłabyś poradzić i napisac czy moje obawy są trafne?

Za to fajnym krajem wydaje się Wenezuela Wenezuela to przede wszystkim przyroda, dzika i piękna. Nie ma szans na włóczenie się po miastach, muzeach, sklepach ale jest za to gwarancja oderwania się od wszelkich dzieł ludzkiej cywilizacji i przeżycia czegoś prawdziwego, bliżej przyrody.

Możecie nastawić się na podróż łodziami, spotkanie z kapibarą czy anakondą, przeżycie ulewnej tropikalnej burzy, spanie w hamakach,
słuchanie odgłosów dżungli nad ranem, przejście za wodospadami, kąpiel w rzece lub w morzu czy testowanie termitów.

Jeśli przeraża cię wysoka wilgotność (czyt. wiecznie spocona koszulka), upały, zwierzęta (nie tylko w lesie ale również w twojej
chacie), podróże rzeką czy też brak łazienki, to Wenezuela nie jest miejscem dla ciebie. To raj dla amatorów przyrody i przygody. Pełno
tam miejsc, gdzie jeszcze nie dotarła masowa turystyka.


Lub Ekwador bo czytam opinię że przez to że kraj jest mały tez łatwo doświadczyc róznej przyrody itp...

Napisz proszę w wolnej chwili gdy nie będzie to dla Ciebie problemem.

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie
marcin


Marcinie,

Odpowiem krótko: PERU! Peru jest super miejscem, gdzie jest bardzo kolorowo, bardzo egzotycznie, a jednocześnie magicznie i tanio.

Wenezuela jest tak samo wielka jak Peru. To ogromny, ogromny kraj i nie ma szans, żeby podczas jednej podróży zobaczyć wszystko. Dlatego niezależnie od tego który kraj wybierzesz, zawsze lepiej skoncentrować się na jakiejś jego części i tę część poznać lepiej.

W Wenezueli dokładnie tak samo jak w Peru jest kilka kompletnie różnych od siebie regionów geograficznych. Na południu masz dżunglę i Orinoko, i najwyższy wodospad świata, w środkowej części masz równiny podobne do sawanny, na zachodzie są góry, na północy wybrzeże.

Mając do dyspozycji dwa tygodnie, i tak musiałbyś wybrać jeden region.

Dżungla w Wenezueli jest piękna, ale na pewno jest to wyprawa znacznie droższa niż podróżowanie po Andach w Peru.

Machu Picchu, Cuzco, Arequipa, jezioro Titicaca to miejsca tak niezwykłe, że będziesz marzył o tym, żeby tam wrócić :) Warto je zobaczyc choc raz w życiu, zapewniam Cię :)

Poza tym podróżowanie po Andach jest łatwiejsze niż po dżungli, SA dostępne środki komunikacji publicznej, dzięki czemu spadają koszty, a wzrasta poziom przygody i ciekawości świata :)

I ostatni argument: w dżungli w Wenezueli w lipcu i w sierpniu trwa pora deszczowa, czyli leje deszcz. A w Peru jest teraz sucho i słonecznie :)

Daj znać jaka decyzje podejmiecie,
Serdecznie pozdrawiam

Witam pani Beato,

Piszę ten list, bo jestem świeżo po przeczytaniu Pani książek: "W dżungli życia" i "W dżungli miłości". Zrobiła Pani coś wielkiego, i nie mam tu na myśli tego że owe książki stały się bestsellerem, ale to że zawarła w nich Pani tyle mądrości i prostych rzeczy niezauważalnych w normalnym funkcjonowaniu. Wiele Pani rad utknęło mi głęboko w sercu, wiele też poruszyło moje jak dotąd nieodkryte pragnienia czy próby zrozumienia świata. Choć jestem, myślę że jestem, jeszcze młoda, mam 19 lat, to uważam te był to najlepszy moment na przeczytanie Pani książek. Zaczynam nowy etap w życiu, zaczynam studia, wyprowadzam się z domu, czyli mówiąc ogóle zaczynam żyć samodzielnie, dotąd byłam otoczona opieką rodziców, czasem można było ją nazwać "nadopieką" co nie pozwalało mi poznać siebie i świata. Teraz z własną ciekawością, chęcią i Pani radami myślę że jestem o wiele bogatsza niż moi rówieśnicy. Już teraz świat mnie nie przeraża, jedynie co to obawa, że kiedyś może zabraknąć mi życia na realizacje moich planów. Ale ważne że jakieś są i trzeba dożyć do ich realizacji.
Pani Beato, dziękuję że podzieliła się Pani z nami swoimi doświadczeniami i radami, nam także nadzieję że dobrze wykorzystam moje życie, w końcu należy ono do mnie, a nie do kogoś innego, i że kiedyś będę mogła podzielić się dobrą radą tak jak zrobiła to Pani.
Życzę wszystkiego dobrego!
Pozdrawiam,
Bogna


Pani Bogno, ja też zauważyłam taką dziwną cechę dorosłych w naszej części świata, że strasznie starają się traktować swoje dzieci jak księżniczki i królewiczów, usuwając spod ich stóp wszystkie kolce, dostarczając przyjemności i spełniając wszystkie ich zachcianki.

Teoretycznie to jest miłe, szczególnie dla księżniczek i królewiczów, ale sprawia, że współcześni młodzi ludzie są kompletnie nieprzystosowani do prawdziwego życia, niesamodzielni, nieodpowiedzialni, bo przyzwyczaili się do tego, że „ktoś za nich to załatwi”.

Wychodzą z domu w prawdziwe życie i łup, co chwile doi staja po głowie, a świat wydaje im się groźny i niebezpieczny. Od tego już tylko jeden krok do depresji albo wpadnięcia w jakieś uzależnienie.

A ponieważ ja też przeszłam taką drogę, pomyślałam, że warto byłoby spisać to, czego nauczyłam się o dorosłym życiu i stąd właśnie wzięły się te dwie książki.

Cieszę się, że znalazła w nich Pani coś pożytecznego dla siebie, trzymam kciuki za Pani samodzielność i siłę :) Serdecznie pozdrawiam :)

Witam Pani Beato !

Zauważyłem na Pani stronie możliwość dołączenia do wypraw do Amazonki :)) Jak co drugiemu fanowi literatury podróżniczej opisującej tamte rejony, chodzi i mi po głowie podróż w tamtym kierunku. Ciekaw jestem jakie warunki, trzeba spełniać, żeby wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Czy mogłaby mi Pani podesłać szczyptę informacji na ten temat? Chciałbym się dowiedzieć, czy w ogóle mogę je w ogóle spełnić :)
Będę bardzo wdzieczny za odpowiedź lub podpowiedź (w przypadku braku możliwości wyjazdu z Panią), gdzie można poszukać wyprawy w podobnym stylu.
Zależy mi na tym, żeby jechać na miejsce pod okiem osoby doświadczonej tak jak Pani, bo wtedy wyprawa będzie dla mnie najbardziej wartościowa.

Pozdrawiam
Marcin


Panie Marcinie, nie stawiam dodatkowych warunków ani wymagań :)

Wystarczy się zapisać i być rozsądnym człowiekiem. Przed wyprawą do dżungli zawsze robimy spotkanie. Wtedy opowiadam o realnych zagrożeniach i niebezpieczeństwach, uczulam na niektóre sprawy. Jeśli ktoś ma problemy z sercem albo inne poważne kłopoty ze zdrowiem, sam musi zdecydować czy mądrze będzie ryzykować.

W tym roku jest jeszcze jedno wolne miejsce na wyprawę do dżungli amazońskiej w listopadzie. W przyszłym roku wstępnie planuję wyprawę do dżungli w Wenezueli, a także najprawdopodobniej wyprawy w Himalaje, do Birmy i Kambodży, Namibii i na Borneo. Szczegóły ogłoszę niedługo na www.beatapawlikowska.com

Witam serdecznie p. Beato,

czytam jedną z Pani książek - W dżungli życia - na przemian płaczę, śmieję się i wznoszę się na skrzydłach moich marzeń. Pragnę Pani serdecznie podziękować za ten poradnik, to wszystko o czym Pani pisze gdzieś we mnie siedziało w środku, ale uliczny gwar mojego poznańskiego życia je przytłumił. Od dziś to się zmieni. Nie wiem w jaki sposób mogę podziękować Pani za najcenniejsze lekcje jakie otrzymałam w życiu zawarte w w/w książce.

Bałkany są moim życiem, wszystkim co posiadam, znam język serbski, chorwacki, bośniacki i czarnogórski. Uczę się też macedońskiego. Jeśli kiedykolwiek będę mogła się Pani odwdzięczyć, chociażby poprzez tłumaczenia na te języki czy zaproszeniem na kawę po bośniacku bardzo proszę o kontakt.
Życzę Pani wszystkiego najlepszego i pomyślności w kolejnych wyprawach.

Pozdrawiam,

Paula

Pani Paulo, gratuluję pasji do języków obcych i obiecuje, że jeśli los przybliży mnie do Bałkanów, skorzystam z Pani wiedzy :) I niech Pani dba o swoje skrzydła, bo marzenia są w zasięgu reki dla tych, którzy słuchają swojego wewnętrznego głosu. Serdecznie pozdrawiam :)
Witaj droga Beato,

piszę do Ciebie na Ty, bo jakoś czuję, że się nie pogniewasz. Zresztą po przeczytaniu kilku wywiadów i felietonów, czuję, jakbyśmy znały się od zawsze. Być może płyniemy przez życie tą samą podskórną rzeką.
Piszę, bo chciałam się Ciebie poradzić. Postaram się opisać mniej więcej tło wydarzeń. Otóż podróże, włóczęgi są w mojej duszy od bardzo dawna. Czuję, jakbym drogę miała wytatuowaną wewnątrz piersi. Wędrując bezkresnymi polami, pokonując kolejne kilometry, zdobywając szczyty, wyspy, jeziora czy rzeki czuję się szczęśliwa. Kiedy pod stopami mam ziemię, a nad głową bezkresne niebo, czuję, że żyję. Podróż to dla mnie medytacja, droga do zrozumienia świata i siebie, tej wielkiej harmonii. Podróżuję głównie sama. Nie mogę znaleźć kompana, który nie przeszkadzałby, a wspierał w wędrówce. Najważniejsze wyprawy odbyły się w Polsce, Portugalii i na Maderę.
Od roku marzę o wyprawie na bliski wschód. Chciałabym dojechać w okolice góry Ararat w Turcji i potem wędrować głównie pieszo wzdłuż Muratu, potem Eufratu. Nie znalazłam kompana na tę podróż, a ciągnie mnie tak bardzo, że ciężko mi się opanować. Zdaję sobie sprawę, że Turcja i Syria to muzułmańskie kraje, gdzie kobiety traktuje się inaczej niż w Europie. Wciąż tylko słyszę, że jestem niepoważna, że w ogóle chce się tam zapuszczać na wyprawę z kimś. A jednak czuję, że czeka tam na mnie coś ważnego. Że to podróż, którą muszę odbyć. Śni mi się kobieta, która wzywa mnie na suche wzgórza Syrii. Chcę poznać, poczuć starą Mezopotamię. Czuję, jakby czekała tam na mnie jakaś stara mądrość, której jeszcze nie odkryłam.
Droga Beato, myślisz, że powinnam pójść za intuicją i pojechać tam sama, czy też posłuchać otaczającego mnie głosu rozsądku i dalej szukać partnera? Być może jest to setny mail, którego dziś czytasz, być może dostajesz takich pytań całe sterty. Jednak chciałabym wiedzieć, czy myślisz, że kobieta może jednak bezpiecznie przejść taką podróż? Wiadomo, że ludzi spotyka się przeróżnych, zarówno pięknych jak i niebezpiecznych. Ale świat nie jest przecież tylko zły. Trzeba być uważnym i ostrożnym, odważnym i pełnym spokoju.Mam 23 lata. Przejechałam trochę kilometrów. Może to naiwne - wierzę w pierwiastek dobra w człowieku.

Mam nadzieję, że spędzasz dzisiejszy wieczór tak, jak lubisz. Że jesteś szczęśliwa. Tego też Ci życzę. Radości chwili, tworzenia, pasji i drogi.

Puszczy w sercu, w sercu puszczy.

Irmina


Ja też wierzę w to, że ludzie są dobrzy, a świat w naturze swojej dąży do harmonii i równowagi. Z mojego doświadczenia wynika, że jeśli masz pozytywne nastawienie i życzliwość do innych ludzi, to odpłaca Ci tym samym. Tak właśnie zawsze było podczas moich podróży.

Nie wiem ile masz doświadczenia. Gdybym wiedziała jak podróżujesz i jak zachowujesz się na trasie, mogłabym odpowiedzieć na Twoje pytanie. Nie znając Ciebie nie mogę doradzić czy możesz wyruszyć w taka podróż.

Jeśli coś ciągnie Cię do tego miejsca, to znaczy, że czeka tam na Ciebie coś szczególnego. Ale być może nie jest to coś, co chciałabyś poznać już teraz.

Wierze w to, że wszystko następuje w dobrym dla siebie czasie – jeśli tylko pozwolisz rzece zdarzeń zabrać Cię ze sobą. Nie trzeba się spieszyć. Jeśli czujesz wahanie, to znaczy być może, że właściwy moment jeszcze nie nadszedł. Serdecznie pozdrawiam

Witam serdecznie Pani Beato!

Naszła mnie wielka ochota, żeby napisać do Pani.
Nawet nie to, że kolejny zawód miłosny... A może trochę to :) I przyjaciel zawiódł... I ja zawodzę Przyjaciela :(
Nie ma rady, trzeba jechać na wyprawę :)

Marzę aby z Panią na czele gdzieś się wybrać. Nie w tym roku - trochę brak finansów, a trochę mam już rozdysponowany urlop.

Ale mam pytanie: jakie wyprawy planuje Pani w przyszłym roku? Począwszy od stycznia - świeży urlop i trochę czasu, żeby odłożyć pieniążki.
Przyznam się szczerze: dżungla amazońska mnie przeraża... w moim wypadku taka wyprawa to były pewny zawał albo... mistrzostwo świata :) Pierwszy pająk, na którego spojrzałam łaskawszym okiem był ten na okładce Pani książki - W dżungli życia... Wiem, przerażające... ale o czegoś trzeba zacząć!
Bardzo jestem ciekawa Pani planów.
Jeśli mogłaby Pani mi coś "szepnąć na ucho" w tym temacie - już bym żyła wyprawą.

Zasyłam pozdrowienia spod krakowskiego nieba.

I dziękuję, że pojawiła się Pani na mojej drodze. :)
Ania, 29 lat

Pani Aniu, znam kilka osób, które też tak mówiły o dżungli, a kiedy tam trafiły, zakochały się :) A muszę dodać, że trafiły tam niekoniecznie z własnego wyboru :)

W przyszłym roku mam zamiar przygotować kilka wypraw, na które będzie można się zapisać  Myślę, że będzie wśród nich wyprawa do Australii, do Birmy i Kambodży oraz do Wenezueli. Szczegóły postaram się jak najszybciej przygotować i potwierdzić. Proszę zaglądać na www.beatapawlikowska.com, tak na pewno będą najświeższe informacje :)

Witam Pani Beato!
Jestem zaiteresowana Pani wypowiedzią w Gali odnośnie wiary w Boga.Bardzo mi się podoba stwierdzenie "bo jeśli Bóg jest miłością, to przecież nie trzeba ludzi straszyć karą za grzechy, tylko raczej namawiać do tego, żeby kierowali się w życiu pozytywnym myśleniem i miłością do innych ludzi.Także tych, którzy są inni" Tak właśnie głosił Jezus.Od 2000 lat działa Jego Duch, Duch Św.Tylko my mamy wolną wolę i nie chcemy w samotności porozmawiać ze sobą.Idziemy na łatwiznę i wolimy się straszyć i ulegać złu.Ja odnalazłam pokój duszy i piękną ciszę, o której Pani mówi, przez Ducha Św. Przepraszam, jeśli Panią swoją wypowiedzią w jakiś sposób obrażam.Pragnę jeszcze się podzielić informacją o GLORII POLO, która stała u bram nieba i piekła.Ona wyjaśnia wiele rzeczy .Jeśli Panią to interesuje, to w internecie wystarczy napisać: Gloria Polo.Ma Swoją stronę. Ja Panią podziwiam za odwagę, samotne, ale PRAWDZIWE ŻYCIE!!
Jestem z wykształcenia geofizykiem i lubię podróżować.Mam rodzinę i większość podróży jest palcem po mapie. Z poszanowaniem

Krystyna

Pani Krystyno, witam, nakłanianie do dobra i powstrzymywanie się przed złem jest cechą wielu religii. Wiem, że jest też istotą nauczania Jezusa, chociaż mam dziwne wrażenie, że w powszechnym przekazie kierowanym do wiernych w kościołach ta prawda jest przedstawiana na marginesie albo takimi słowami, które pozostają dla wielu osób niezrozumiałe. Nie chcę generalizować i mówię wyłącznie o moich prywatnych odczuciach, być może miałam pecha, ale zwykle w kościele słyszałam połajanki i groźby za grzechy. Nie przypominam sobie, żebym w katolickim kościele słyszała proste słowa o tym, że Bóg kocha wszystkich ludzi – także czarnych i homoseksualistów, a dobry człowiek i dobry chrześcijanin to taki, który czyni dobro i postępuje uczciwie. Być może to zbyt proste, żeby mówić o tym w kościele. Zgadzam się więc, że taka prawdę głosił Jezus i z taka właśnie religią zgadzam się w każdym możliwym wymiarze, zarówno buddyjskim, jak i chrześcijańskim czy indiańskim.

Czesc Beato,

Wybieramy sie na wakacje samochodem do Wenecji. Czy masz jakies sprawdzone adresy pol namiotowych/campingow? Szperam w internecie, ale tam co jeden to mądrezjszy, wolalabym zasiegnąc rady eksperta. Moze masz jakas stronę , ktora mogłabys polecic? bede wdzieczna

Joanna


Joanno, nie znam campingów ani pól namiotowych w Wenecji, ale mam pomysł.

Nie zatrzymuj się w samej Wenecji na noclegi.

Kilkanaście minut pociągiem od Wenecji jest miasto, ktore nazywa się Mestre. Tam jest wiele razy taniej niż w Wenecji, jest tez dużo hoteli. Jak wrzucisz do wyszukiwarki "Mestre hotels", to zobaczysz.

A z Mestre co chwilę jeżdzi pociąg do Wenecji, podróż trwa nieco ponad 10 minut :) 

Zajrzałam też do przewodnika National Geographic o Wenecji. Nie podaje żadnych pól namiotowych ani kempingów. Myslę, że Wenecji po prostu ich nie ma.

Pani Beato przywróciła mnie Pani do życia. W swoim trzydziestoletnim życiu przeczytałam już tyle poradników, że mogłabym chyba doktorat zrobić z zakresu "jak odnaleźć siebie". Wszystkie dotychczasowe książki oprócz poszerzenia mojego zasobu słownictwa o tak zwane mądre słowa nie wniosły w zasadzie nic co naprawdę prowadziłoby do zmiany. Rozmowy z psychologiem też w zasadzie nic nie dały. Pani książka "W dżungli życia" dopiero stała się tym punktem zwrotnym. Dlaczego? Bo pisała Pani szczerze, jasno i z autopsji. Prawda jest najlepsza. No i uświadomiłam sobie to co jest tak naturalne, ale jednocześnie takie trudne - to, że sama sobie mogę być sterem i żeglarzem i tylko ode mnie zależy jaki kierunek obiorę. Zamiast mówić po prostu trzeba robić. A ja chciałam by tak wszystko samo: samo przyszło, samo się zadbało, samo się nauczyło, samo się realizowało bez mojego najmniejszego wysiłku. A prawda jest tak, że to lenistwo zyciowe spowodowało tylko stan depresyjny, bo każdy dzień był niczym "dzień świstaka" z tą tylko róznicą, że bohater tego filmu uczył się jak stac się rpawdziwym człowiekiem, a ja stawałam się "żywym trupem". Paradoksalnie chciałam być wolna i po skończonych studiach, latach nauki postanowiłam,że w tej wolności nie będę robic planów i żyć spontanicznie. Tylko, że te plany nadają życiu sens. Tych paradoksów na włsane życzenie pewnie mogłabym wymieniac jeszcze wiele, ale nie o to chodzi. Nadal nie wiem co robić zawodowo w życiu, ale coś robię i to powoduje,że moje dotychczas opuszczone kąciki ust teraz przez większą część dnia są uniesione do góry. Dziękuję Pani za przywrócenie mnie do świata żywych i szczęśliwych.
Z chmurki (już dość wygodnej) pozdrawiam serdezcznie i dziękuję.
Ula S.


Nie wiem czy już zauważyła Pani taki dziwny fakt, że w momencie gdy przestaje Pani czekać aż wszystko „zdarzy się samo”, w chwili gdy bierze Pani w pozytywnym sensie swoje życie we własne ręce, rzeczy naprawdę zaczynają „zdarzać się same”!

Najważniejsze jest zachowanie równowagi. Nie chodzi o to, żeby całkowicie przejąć kontrole nad przyszłością – bo to jest niemożliwe. Chodzi głównie o to, żeby nauczyc się mądrego sposobu myślenia o sobie, o świecie dookoła, o tym co już się zdarzyło i nawet o tym, co dopiero nastąpi. Moim zdaniem trzeba mieć choćby niewielki plan dla samego siebie, dotyczący przewidywalnej przyszłości, – a jednocześnie być otwartym na wszystko co może się zdarzyć i mieć zaufanie do przeznaczenia, że prowadzi nas w dobrym kierunku :)

Serdecznie pozdrawiam i życzę zwycięstwa nad opadającymi kącikami :)

Droga Pani Beato!

Mam na imię Paulina, mam 20 lat i prowadzę z pozoru bardzo udane życie. Ale to tylko pozory…

Mam zaburzenia odżywiania. Zajadam wszystkie frustracje, smutki, lęki. Jedzenie wypełnia mi każdą pustkę. Czasami zastanawiam się dlaczego tak się stało, dlaczego moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Przecież byłam kiedyś szczupłą, ładną dziewczyną. I nagle mi odbiło- głodówki, anoreksja, brak miesiączki. A teraz to- napychanie się do granic możliwości, nienawiść do siebie i własnego ciała.
Tyle czasu straciłam, mogłam zrobić tyle konstruktywnych rzeczy, ale mój umysł pochłaniało zupełnie coś innego.

Byłam wielce podbudowana Pani książką „ W dżungli życia”. I pełna podziwu. Naprawdę sama Pani wyszła z sideł bulimii bez niczyjej pomocy? To naprawdę niesamowite, bo wiem ile wiąże się z tym trudu i samozaparcia. Uważam, że to wręcz nierealne. Ja tak nie potrafię, wiele razy próbowałam. Pewnie będzie się to ciągnąć za mną do końca życia.

Czy to było tak: powiedziała sobie Pani od dzisiaj, od teraz jem zdrowo i nie zapycham się słodyczami i obyło się potem żadnych wpadek? Nigdy więcej już się Pani nie złamała? Tak po prostu? Jak to jest?

Piszę ten list w nadziei, że mi Pani da jakąś wskazówkę albo da słowa otuchy, których tak bardzo potrzebuję…Nie chcę żeby moje życie tak wyglądało, ale nie jestem w stanie go zmienić, bo gdy pomyślę ile pracy mnie czeka, to uznaję, że i tak nie dam rady i od razu się poddaję.

Czuję się jak w klatce, z której nie ma żadnego wyjścia. Od siebie nie da się uciec.

Proszę o odpowiedź.
Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Paulina




Paulino, zapomniałaś dopisać w swoim liście, że nienawidzisz siebie, czujesz się jak śmieć, czujesz się gorsza i głupsza od innych ludzi i najchętniej miałabyś czasem ochotę zniknąć. Jest tak?

Myślę, że tak jest, a wiesz skąd to wiem?

Bo bulimia i anoreksja są tylko powierzchownie związane z jedzeniem. To tak jak wulkan, który stoi na oceanie roztopionych skał, które gotują się pod nim i szukają jakiegoś ujścia.

Pewnego dnia znajdują tunel i strzelają w powietrze roztopioną lawą. Tak jest właśnie z bulimia i anoreksją – są następstwem wielu nienazwanych emocji, które gotują się w tobie i z którymi nie umiesz sobie dac rady.

Ze mna też tak było. I gdybym – tak jak piszesz – postanowiła pewnego dnia, że „od dzisiaj jem zdrowo”, to nie miałabym szansy na to, że mi się to uda.

Bo prawda dotycząca bulimii i anoreksji leży nie na talerzu, tylko w duszy.

Wyniosłaś skądś głęboko skrywane przekonanie, że nie jesteś godna tego, żeby cię lubić. Pewnie ci się wydaje, że jesteś gorsza, głupsza i brzydsza od innych ludzi. Boisz się samotności. Bardzo chciałabyś mieć kogoś bliskiego, ale jednocześnie jesteś pewna, że to niemożliwe, bo i tak nikt nie chciałby z Tobą być. Prawda? Wydaje Ci się też być może, że jeśli jeszcze troche schudniesz, to wreszcie będziesz mogła być szczęsliwa?

Prawda jest taka, że jesteś uzależniona od złego myślenia o samej sobie. Nie lubisz siebie i to właśnie jest przyczyną anoreksji i bulimii. Wszystkie Twoje kłopoty biorą się właśnie stąd, że jesteś sobie wrogiem.

Napisałaś do mnie, z czego można wyciągnąć wniosek, że masz do mnie pewnego rodzaju zaufanie. Jeśli tak jest rzeczywiście, to mam nadzieje, że posłuchasz mojej rady:

Żeby uwolnić się od bulimii i anoreksji, od prześladujących Ciebie złych myśli i samotności, trzeba pójść do lekarza od duszy. Do psychoterapeuty, który zajmuje się problemami z jedzeniem. Jesteś zaskoczona? Gdybyś miała złamaną rękę, to gdzie być poszła? Do sklepu po cukierki? Nie, poszłabyś do ortopedy. Bo ortopeda leczy złamane ręce i nogi. A psychoterapeuta leczy złamaną duszę. Spróbuj. Jeśli nie będzie ci się podobało, zawsze możesz przestać. Ale jeśli nie spróbujesz, to nie dasz sobie szansy wyjścia z choroby, która Cię gnębi.

Serdecznie Cie pozdrawiam i życzę, żebyś odnalazła właściwą ścieżkę :)

Witam Pani Beato. Jestem nauczycielką w małej wiejskiej szkole. Ostatnio gościł u nas podróżnik, który opowiadał o życiu dzieci afrykańskich. Opowiadanie i zdjęcia bardzo poruszyły dzieci i postanowiły zorganizować zbiórkę pieniędzy. Zebrały dla nas może niewielką sumę, bo 170 zł.ale na pewno może ona pomóc kilkorgu dzieciom.Niestety mamy problem ze
znalezieniem rzetelnego nr konta, na które moglibyśmy przesłać te pieniądze. W internecie można znaleźć różne adresy,ale nie wiem czy są one wiarygodne.Dlatego zwracam się z prośbą do Pani. Może mogłaby Pani nam pomóc i podać informacje na ten temat. Bylibyśmy bardzo wdzięczni, zwłaszcza, że rozpoczęły się wakacje, a pieniądze nie zostały jeszcze
przekazane w odpowiednie ręce. Nadmienię jeszcze,że dzieci chciałyby w przyszłości organizować podobne akcje. Dlatego zależy nam na wiarygodnym kontakcie. Z góry bardzo
dziękuję Urszula


Witam, Pani Urszulo, zasięgnęłam rady moich przyjaciół i jeden z nich polecił mi ośrodek w Ghanie. Twierdzi, że w tym ośrodku ludzie robią "naprawdę świetną rzecz od wielu lat i z sukcesem, i pomimo nazwy nie sa organizacja misyjna. Nie działają tez ad hoc. To przemyślany od początku do końca program, który dzieci przygotowuje do dorosłego życia. Ta suma może wesprzeć stypendium dziecka ulicy, który na ogol pochodzi właśnie ze wsi, z której przyjechali jego/jej rodzice."

Link do strony tego ośrodka: http://www.cas-ghana.com/

Swoja drogą, jeśli będzie Pani organizowała podobna akcję w przyszłości, chętnie przyślę cos na aukcję,

Serdecznie pozdrawiam.

Witam Pani Beato,

Nazywam sie Agnieszka,mam 27lat-wkoncu zdecydowalam sie do Pani napisac-"wkoncu"bo mam poczucie ze co beda obchodzic innych moje problemy,ale trudno zaryzykuje. Jestem z Lublina,tutaj skonczylam studia, ale wybral go za mnie moj ojciec,a nie ja.W kazdym razie probuje znalesc dla siebie miejsce w zyciu,obrac jakis cel,ale jest to trudne,gdyz niewiem co chce robic w zyciu-wiem ze to kiepsko brzmi bo mam 27lat a juz powinno sie gdzies pracowac cos miec w zyciu,a ja ani pracy niemam ani chlopaka ani kolezanek czy nawet znajomych,jest to straszne uczucie-byc samemu jak palec,a jedynyi osobami z ktorymi rozmawiam sa rodzice(mieszkam jeszcze z nimi niestety).

W tym roku wyjechalam do Warszawy do pracy,gdyz bardzo chce zmienic miejsce zamieszkania ale popracowalam 3miesiace i sie zwolnilam bo nieczulam sie tam dobrze.Niestety nieznalazlam innej pracy w Warszawie i musialam wrocic do domu.Itak siedze w Lublinie,gdzie kazdy dzien jest podobny do siebie i niewiem co mam ze soba zrobic,a czuje jak zycie przecieka mi przez palce.

Pewnego dnia natknelam sie na Pani ksiazke"w dzungli zycia",kupilam,przeczytalam i troche odnalazlam siebie w Pani historiach,tez szukalam pomocy u psychologow ale tak do konca nieumieli mi pomoc,przeczytalam w ksiazce ze rzucila Pani studia,ja swoich nierzucilam a powinnam. Licze,ze Pani ksiazka bedzie dla mnie wskazowka,bo niecche zeby moje
zycie dalej tak beznadziejnie przebiegalo jak dotychczas,podoba mi sie ze Pani pokazuje jak konkretnie trzeba sie do tego zabrac(np.zadac sobie pytanie na glos itd). Miala i ma Pani wiele szczescia w zyciu,czego szczerze zazdroszcze,bo mi ono niebylo dane.

A chcialam jeszcze zapytac czy bedzie Pani podpisywala ksiazki w Lublinie jakos w najblizszym czasie-jesli tak to kiedy?bo bardzo bym chciala miec wpis w moim przewodniku "w dzungli zycia" :)

Mam nadzieje,ze nie przynudzilam zbytnio,ale niemam z kim o tym wszystkim porozmawiac. Pozdrawiam Pania serdecznie,mam cicha nadzieje ze mi Pani odpisze,
Agnieszka


Pani Agnieszko, tak naprawdę niewiele napisała Pani o sobie. O czym Pani marzy? Co najbardziej chciałaby Pani robić w życiu? Jak wygląda Pani życie z rodzicami?

Odpowiem więc tak:

Nie ma sytuacji bez wyjścia.

Jeżeli mieszkanie z rodzicami jest efektem Pani decyzji, to super. Jeśli jednak w jakiś sposób czuje się Pani zobowiązana do mieszkania z nimi (żeby im pomagać itd.), to gorzej, bo oznacza jakiś rodzaj uzależnienia.

Gdybym więc miała coś doradzać, to w pierwszej kolejności zadać sobie parę ważnych pytań, a przede wszystkim:

Co tak naprawdę musiałoby się zdarzyć, żebym poczuła się szczęśliwa?

To nie powinien być jakiś odległy i nierealny plan (np. lot w kosmos), tylko coś, to mogłoby się zdarzyć tu i teraz.

Dobrze byłoby wypisać wszystkie istniejące opcje. Zastanowić się co musiałby Pani zrobić, żeby osiągnąć to, o czym Pani marzy.

Jeżeli czuje Pani w sobie jakiś ból, samotność, blokadę, to znaczy, że być może Pani sposób myślenia jest w pewien sposób zniekształcony, więc dobrze byłoby znaleźć terapeutę, który pozwoli znaleźć to, co Panią blokuje i uwolnić się od tego.

I może sięgnie pani po ciąg dalszy „W dżungli życia”, czyli książkę „W dżungli miłości”.

Do lublina na razie się nie wybieram, ale jeśli chciałaby Pani specjalna dedykacje w swojej książce, proszę ja przesłać na moje nazwisko do Radia ZET, ul. Żurawia 8, 00-503 Warszawa. Podpiszę i odeślę, serdecznie pozdrawiam :)

Witam serdecznie,

Mam do pani kilka pytań w sprawie czerwcowej wyprawy do Peru. Czytam przewodnik i fora, jednak na najbardziej prozaiczne pytania nie mogę znaleźć odpowiedzi. Chciałabym się dowiedzieć jakiej najniższej temperatury możemy się spodziewać, czy o tej porze w Peru może padać deszcz, czy warto zaopatrzyć się w porządne buty – mam na myśli górskie. Nie wiem czy dobrze, ale nastawiam się na ciepłe dni i chłodne noce. Czy faktycznie jest tak, że bez znajomości hiszpańskiego ciężko się porozumieć?

Z pozdrowieniami :)

Marta

Pani Marto, całe Peru to wielki kraj, w którym są zarówno góry, jak i gorąca, wilgotna dżungla, a więc i jest tam kilka różnych klimatów. Zakładam jednak, że pyta Pani o część Peru najbardziej popularną wśród turystów, czyli o okolice Cuzco, Machu Picchu, Nazca, jezioro Titicaca, które leżą w Andach.

W tych okolicach trwa teraz pora sucha (od maja do października), co w praktyce oznacza, ze prawie na pewno nie będzie padał deszcz. Najsuchsze są czerwiec i lipiec.

Temperatura w ciągu dnia przez cały rok jest mniej więcej podobna i przypomina polską ciepłą wiosnę, bo w południe jest zwykle ok. 20 stopni.

Chłodno jest rano i wieczorem, a najzimniejszymi miesiącami są te najbardziej suche, czyli maj, czerwiec, lipiec i sierpień, kiedy nocą temperatura może spaść do zera.

Podkreślam, ze zimno jest w nocy, chłodno rano i wieczorem, natomiast w ciągu dnia temperatura zwykle wzrasta do 20 stopni.

Jeśli chodzi o język hiszpański – tak, trzeba mówić po hiszpańsku, bo po angielsku można się porozumieć jedynie w bardzo turystycznych miejscach (czyli np. kasa sprzedająca bilety do Machu Picchu) albo lepsze hotele. W pozostałych miejscach hiszpański jest konieczny.

Dobre buty trekkingowi zawsze się przydadzą, choćby podczas chodzenia po Machu Picchu.

Droga Pani Beato!

Dwa lata temu otrzymała Pani list, którego autorką była zagubiona i nieszczęśliwa dziewczyna, tkwiąca beznadziejnie w destrukcyjnej znajomości i szukająca rozpaczliwie pomocy. To byłam Ja.

W odpowiedzi na ten pełen żalu i bólu list, napisała mi Pani kilka krzepiących słów, jednak najważniejsze wśród nich to były te, które okazały się prorocze. Bowiem napisała mi wtedy Pani, że mam cudowną przyszłość przed sobą. I miała Pani rację :)

Ostatnie dwa lata ciężko pracowałam nad sobą i swoim życiem. Błądziłam i próbowałam od nowa. Stawałam przed lustrem i wpatrywałam się w swoje odbicie, szukając odpowiedzi na wiele ważnych pytań. Kiedy coś mnie przerastało pozwalałam płynąć łzom. Ale jeszcze częściej zaciskałam pięści i modliłam się do Boga, siebie, świata, by starczyło sił i uporu w realizacji postanowień i byciu konsekwentnym i silnym człowiekiem. Gdzieś w głębi serca czułam, że przyjdzie taki moment, kiedy te trudne doświadczenia nabiorą sensu i kiedy mój wysiłek przyniesie rezultaty. I tak też się stało.

W tym czasie zdążyłam skończyć studia, odbyłam kilka samotnych podróży po Polsce, podejmowałam pracę w różnych miejscach i rozpoczęłam działalność w wolontariacie. Każdy krok, każda decyzja związane były z myślą o realizacji mojego największego marzenia życia - podróży do Afryki i napisania książki-relacji z pobytu na Czarnym Lądzie. Zatem uruchomiłam wszystkie metody wypracowane i polecane przez Panią i mówiąc najprościej - wzięłam się do roboty :)

Tak naprawdę nie robiłam nic nadzwyczajnego :) - szukałam pracy tak jak moi znajomi-absolwenci, udzielałam się w wolontariacie i zaczęłam pisać - najpierw dla siebie, a potem z przeznaczeniem na różne konkursy, których w prasie i internecie można znaleźć mnóstwo. Z tym że wszystko, co robiłam, miało przybliżyć mnie do celu - zarobione pieniądze odkładałam na wymarzoną wyprawę, wolontariat misyjny pozwalał mi na bliższy kontakt z kulturą afrykańską oraz artystami pochodzącymi z Afryki i ludźmi, którzy zetknęli się osobiście z tym fascynującym kontynentem. Z kolei prowadząc dziennik, który pisałam z myślą o konkursie ogłoszonym przez mój ulubiony miesięcznik pozwalał mi ćwiczyć styl, a jednocześnie porządkować swoje myśli i życie każdego dnia.

W tegorocznym Pałacu Noworocznych Postanowień znalazł się także mój wpis, gdzie między innymi napisałam, że w Nowym Roku znajdę nową satysfakcjonującą mnie pracę i pojadę do Afryki. Po kilku trudnych miesiącach poszukiwań, dzięki splotom jakichś niesamowitych zbiegów okoliczności znalazłam dobrą pracę, a wieczorami dzięki kolejnemu zrządzeniu losu zaczęłam jeszcze dorabiać jako opiekunka do dzieci. Jak się miało w niekrótkim czasie okazać to był dopiero początek niespodzianek, jakie przygotowało mi życie.

Po niespełna miesiącu spędzonym w nowej pracy, któregoś wiosennego wieczoru otrzymałam telefon z propozycją wyjazdu na półroczny projekt misyjny do Afryki, w ramach wolontariatu. Świat zatrzymał się w miejscu. Miałam dobę na zastanowienie. Ale moja decyzja mogła być tylko jedna. Choć patrząc obiektywnie otrzymałam tę propozycję w najmniej odpowiednim momencie, kiedy wszystko właśnie zaczęło się pięknie układać, kiedy moje życie nabrało określonego rytmu i upragnionego koloru. Dobra praca (o którą w dobie kryzysu wcale nie jest łatwo i której szukałam od wielu miesięcy)świetna atmosfera i nowe znajomości, częste wyjazdy związane z wolontariatem, poszukiwania nowego mieszkania i próby tzw. małej
stabilizacji.

Ale oto życie dało mi pstryczka w nos. I wtedy podczas tej bezsennej nocy pomyślałam sobie, że to jest moment próby. Próby, jakiej zostałam poddana ja i moje marzenie, próby, która miała pokazać, co tak naprawdę jest dla mnie najważniejsze i czy to właśnie jest Afryka, o której tyle dotychczas myślałam i mówiłam. Ta próba była też po to, by pokazać mi, na ile i czy w ogóle mam odwagę spełniać swoje marzenia i walczyć o szczęście.

Następnego dnia poszłam do mojego szefa i uczciwie przedstawiłam sprawę, składając jednocześnie swoją rezygnację. Jego bardzo pozytywna reakcja,
popierająca moją decyzję i zapewniająca mnie o pomocy w odzyskaniu etatu po moim powrocie, wprawiły mnie w zdumienie. Podobnie było w przypadku bliskich mi osób oraz moich wszystkich znajomych, którzy zaskoczyli mnie bardzo pozytywną reakcją. To nie koniec tej "lawiny cudów". Kilka dni temu otrzymałam telefon z informacją, że mój dziennik został wyróżniony w konkursie i otrzymam nagrodę literacką...

Pani Beato, w takich momentach słowa wydają się nie posiadać odpowiedniej pojemności emocjonalnej, by móc oddać wielką radość z życia, której właśnie doświadczam. Jedno jest pewne - warto jest ŻYĆ, pracować nad sobą i swoim życiem, warto jest mieć marzenia, spełniać je i wierzyć w swoje możliwości. Zgadzam się z Panią, że jeśli się czegoś tak bardzo pragnie i to jest dobre, to cały świat sprzyja nam, byśmy dotarli do celu i napełnili swoje wnętrze i serce tym upragnionym, życiodajnym dobrem. Bo właściwie dlaczego miałoby być inaczej? :)

Pani Beato, napisałam ten długi list dlatego, że miała Pani duży udział w tym, że jestem teraz w takim, a nie innym miejscu, a moje oczy, jak
twierdza inni, są pełne takiej radości i blasku, jakbym była zakochana :) Bo rzeczywiście - jestem zakochana - w ŻYCIU i niezliczonych możliwościach, jakie nam ofiarowuje :)Wystarczy odważnie po nie sięgnąć!

Kiedy pisałam do Pani swój pierwszy list byłam bardzo nieszczęśliwa, ale w wielkiej mierze na własne życzenie. Wyleczyłam się z chorej miłości, zakończyłam toksyczna znajomość i zaczęłam życie od nowa - krok po kroku. Mówiąc w skrócie, by już nie przedłużać - nie było łatwo, ale było warto :) Dlatego dziś dziękuję Pani i sobie - bowiem za trzy dni o tej porze będę już na pokładzie samolotu, a w dniu swoich urodzin (kiedy zobaczyłam datę rezerwacji biletów nie mogłam uwierzyć - kolejny niesamowity zbieg okoliczności?)wyląduję w wymarzonej Południowej Afryce, gdzie będę miała niepowtarzalną okazję pracować i żyć przez najbliższe pół roku.

I tak na koniec. Jedno najważniejsze odkrycie, jakie poczyniłam w dotychczasowym życiu, to przekonanie, że w przeważającej mierze to my
decydujemy o tym, jak wygląda nasze życie. Nie mamy wpływu na wszystko, ale na bardzo wiele. Nie warto czekać na cuda, które spływają z nieba,
bo one rzadko albo wcale się nie zdarzają. To nasze ręce i głowy mają ogromną moc sprawczą, która wraz z mocą Bożą prowadzi nas do szczęścia.
Każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek wie, że w życiu przychodzą dobre i złe chwile. I dlatego ja także wiem, jakie ryzyko podejmuję decydując
się na wyjazd i biorę pełną odpowiedzialność za swoją decyzję. Bo inaczej się nie da. Moje marzenie wymagało wyrzeczeń - musiałam w jednej
chwili postawić wszystko na jedną kartę - rzucić pracę, pozostawić bliskich i znajomych, a nawet wyprowadzić się z ukochanego miasta.
Nieustannie jestem pytana o to, czy się nie boję. A ja uśmiecham się pod nosem i odpowiadam, że oczywiście, że się boję - powiem więcej- na
początku byłam przerażona. Ale któregoś dnia powiedziałam sobie, że strach nie może przeszkodzić mi w spełnianiu marzeń i byciu szczęśliwą.
Jest tylu ludzi, którzy nawet nie wyjeżdżając daleko, będąc tu w Polsce, choćby w swojej pracy codziennie czegoś się boją i czymś się stresują.
Przed strachem się nie ucieknie, ale można, a nawet trzeba z nim walczyć i przerabiać w coś pozytywnego. I tego chciałabym życzyć każdemu i
każdej zbolałej duszyczce, która być może cierpi teraz gdzieś tak samo jak ja cierpiałam przez kilka długich lat.

Pani Beato, proszę trzymać za mnie kciuki, bym dała sobie radę z tym wszystkim, co jest ode mnie niezależne - z resztą jakoś sobie poradzę
:)Serdecznie Panią pozdrawiam !

Tiza onana!:)

Monika


P.S. Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zechce Pani czasem zajrzeć do naszego oficjalnego bloga, który będziemy prowadzić w Afryce, a który
już funkcjonuje. Poniżej link: http://kapiri.wolontariusz.swm.pl/

Pani Moniko, będę trzymała kciuki i bardzo się cieszę, że tak się wszystko ułożyło :) To prawda, potwierdzam z całej siły, że pozytywne myślenie i dobre nastawienie do samego siebie i własnej przyszlości jest pierwszym kluczem, ktory otwiera drzwi do szczęścia. Drugi klucz to chyba uświadomienie sobie tego, że nie ma sensu kierowac się w zyciu strachem. Zamiast hodować strach we własnej duszy, lepiej jest zawierzyć Sile Wyższej - jakkolwiek czlowiek może ją rozumieć :) Dobrze jest uwierzyć w to, że nie trzeba mieć całkowitej kontroli nad wszystkim, co się dzieje w życiu. Niektore rzeczy dzieja się same - jeśli tylko człowiek umie odrobinę wyluzować i pozwoli im do siebie przyjść :)

Jeszcze raz gratuluję i proszę tak trzymać :) Niezależnie od tego w jakim kierunku popędzą Pani pragnienia, niech Pani pozwoli im pociągnąć się za sobą :)
Powrót