|
|
Wenecka skrzynka pocztowa (79)
Nowe listy proszę słać na adres beata@beatapawlikowska.com albo beata@oliwkowo.pl Odpowiedzi szukajcie poniżej.
Witam Pani Beato, Od wielu miesięcy mam poczucie, że coś muszę zmienić w moim życiu, bo to co robię obecnie zdecydowanie mi nie odpowiada. Nie mam ochoty dalej bezczynnie czekać...Wiele razy przekonałam się, że samo nic się nie stanie. Dlatego też postanowiłam zrealizować coś, co zawsze krążyło mi po głowie, ale chyba bałam sie to wypowiedzieć głośno. Postanowiłam wyjechać na około roczny wolontariat do Ameryki Południowej lub Środkowej. Może to ucieczka...??? Może po powrocie nadal nie będę wiedziała co robić w życiu, ale i tak myślę, że wiecej zyskam podejmując to "szaleństwo" niż tylko marząc o nim. Poczyniłam już pewne kroki, tzn. skontaktowałam się z wybranymi organizacjami i mam pozytywną odpowiedź:)) Jednak nadal waham się do jakiego kraju najlepiej sie udać - myślę o kwestiach bezpieczeństwa. Byłam już w Peru i Boliwii. Jednak zorganizowana wycieczka to zupełnie coś innego. Tutaj owszem, też będę "pod opieką" określonej fundacji, będę miała zapewniony dach na głową, itd. Wiadomo, że trzeba przestrzegać podstawowych zasad tak jak wszędzie. Jednak w niektórych rejonach biała kobieta to nadal sensacja:))) Biorę pod uwagę Argentynę, Ekwador. Podobno Nikaragua jest bezpieczna, a Gwatemala??? Który z tych krajów jest najbardziej bezpieczny, a może jakiś inny??? Pozdrawiam bardzo gorąco. Katarzyna ps. Czekam z niecierpliwością na Pani nową książkę:))
Pani Kasiu, nie wiem skąd wzięła Pani informację, że Nikaragua jest bezpieczna :) Albo Gwatemala :) Z mojego doświadczenia wynika, że w Ameryce Srodkowej najbardziej bezpiecznym krajem jest Kostaryka. Jest tam nie tylko najbardziej spokojnie, ale i najbardziej zielono i ekologicznie, najwięcej parków narodowych, a więc i najwięcej dziewiczych miejsc do zwiedzania.
Argentyna też ciekawa, choć to zależy od regionu, do którego chciałaby się Pani wybrać. Podobnie z Ekwadorem - cudnie tam jest na północ od Quito, w górach.
Zyczę powodzenia i serdecznie pozdrawiam :)
Dzień dobry, Teraz brakuje mi takich prostych rozmów z ludźmi o rzeczach ważnych i mniej ważnych, ale rozmów za którymi nie kryją się złe intencje, krytyka błędów,..........Październik to mój miesiąc, urodziłam się i obchodzę imieniny, może dlatego szukam wtedy bardziej ludzi, nie chcę być sama, zupełnie zapomniana....Wczoraj byłam na deszczowym samotnym spacerze, próbowałam porozmawiać sama ze sobą.....bolało, nie zadałam wszystkich pytań i dostała wszystkich odpowiedzi.....
Małżeństwo i rodzina to moje marzenie z dzieciństwa, mój dom, moja rodzina miał być inna niż ta w której ja się wychowałam, moje dzieci miały oglądać inną mamę niż ja i innego tatę....chciałam stworzyć rodzinę, dom, przystań przed całym zwichrowanym, niezrozumiałym światem, dom pełen miłości, ciepła, akceptacji....ale po drodze narobiłam sporo błędów, bo nie miałam przykładu z dzieciństwa, nie wiedziałam jak się to robi i nadal nie wiem gdzie tkwi klucz do tego..........Chyba dlatego nie chcę odpuścić, poddać się, mimo, że instynktownie czuję, że nie zawrócę rzeki kijem....No i jeszcze odpowiedzialność za dzieci.
Cóż, na pewno nie można mieć wszystkiego. Powalczę jeszcze trochę, ale inaczej niż do te pory. Zadbam bardziej o siebie. To na pewno. Czy Pani jest szczęśliwa w miłości ? W miłości do człowieka, nie tylko do siebie, nie tylko do wszystkiego co nas otacza?
Pozdrawiam Gosia
Pani Gosiu, właśnie chodzi o to, żeby nie zawracać rzeki kijem :) Tylko znaleźc taki własny nurt we wszechświecie, w którym się płynie i czerpie się z tego radość :) Dlatego ja uważam, że zawsze trzeba zacząć od siebie. Nie ma Pani wpływu na to co zrobi Pani mąż, nie ma Pani wpływu na to czy będzie padał deszcz, czy świeciło słońce - ale ma Pani wpływ na to, co Pani pomyśli, poczuje i zrobi w tej sytuacji. Ma Pani wpływ na to jakie wnioski Pani z tego wyciągnie i jakie podejmie decyzje. A kiedy człowiek próbuje przejąc kontrolę nad wszystkim i wszystkimi, zostaje zwykle z dręczącym poczuciem bezsilności. Bo sa rzeczy, na które nie ma się wpływu - i trzeba się z tym pogodzić. A jednocześnie warto robić jak najwięcej w dziedzinie, na którą czlowiek ma wpływ - czyli we własnej duszy :) O tym właśnie jest moja nowa książka "W dzungli milości".
Czy ja jestem szczęśliwa? Tak. Ale dlatego, że niczego nie chcę od drugiego człowieka. Wolę, żeby mnie zaskakiwał tym, co sam chce mi dać :)
Szanowna Pani Beato ! Od dawna nosiłam się z zamiarem napisania do Pani /ok. 2 lat/.Zmobilizował mnie dopiero temat najbliższej audycji "Swiata według Blondynki" - PASJA- i powiedziałam sobie "teraz albo nigdy".Pragnę opisać zdarzenie,które miało miejsce właśnie 2 lata temu.Był początek grudnia 2006 r. - Targi Książki w Pałacu Kultury.Przy stoliku siedział filigranowa kobieta i podpisywała swoje książki.Ja stałam z boku jak zahipnotyzowana i patrzyłam na "Tą" osobę.To było coś niesamowitego !!!! Pierwszy raz w życiu takie emocje.Od osoby tej emanowała potężna pasja,pasja życia.Pomyślałam wtedy-tak wygląda człowiek,który znalazł swoje miejsce w życiu,realizuje swoje marzenia i kocha to co robi.I wtedy zaczęła mi się udzielać taka nieopisana radość i optymizm.Czułam ,żę mogę wszytko. To była właśnie Pani.
Pasja to Wielki Dar i jeżeli jest autentyczna,emanuje z danej osoby.Tak się dzieje w Pani przypadku. I w tym miejscu pragnę podziękować za : -dzielenie się tym wspaniałym darem , -"zarażanie" nim innych,dając jednocześnie możliwość wejrzenia w trochę inny świat, -za entuzjazm, -za impuls do przekraczania granic,na taką zdroworozsądkową odrobinę szaleństwa. /chociaż wiele jest osób,które wolą zrobić krok w kierunku "mostu wiszącego na przepaścią" niż zrobić krok w kierunku realizacji własnych marzeń/ W Pani jest ta PASJA - to widać. Kończąc pragnę życzyć Pani żeby ta pasja zawsze tak emanowała od Pani osoby. Życzę również przemierzania nie tylko "pięknych dróg",ale również znajdowania "pięknych ścieżek". Z wyrazami szacunku Zosia
Dziękuję :) Mam takie poczucie, że pasja dodaje skrzydeł i napełnia niezwykłą siłą. Dlatego tak bardzo lubię opowiadać w radiu o różnych rzeczach, które mnie fascynują i dlatego tak bardzo lubię podróżować i pisać książki. Kiedy byłam nastolatką, bałam się, że zapomne o moich marzeniach i stanę się taka jak większość dorosłych - niezadowolna, narzekająca i wiecznie rozczarowana. Nie zapomniałam o moich marzeniach i teraz staram się przypominać też innym ludziom, że trzeba je mieć i warto je spełniać, bo to daje radość i poczucie sensu :) Serdecznie pozdrawiam i życzę spełnienia marzeń :)
Witaj Blondynko Beato,
już sama nie pamiętam od kiedy słucham Twoich audycji.... może trochę z "przymusu" zaczęłam ich słuchać ale teraz jest to mój niedzielny rytuał!!! Należę do tych parcujących kobiet, które w niedzielę od rana krzatają się po kuchni sprzyjając podniebieniom swoich domowników i przygotowują się do kolejnego tygodnia pracy i braku czasu... a że nie lubię ciszy, a może powinnam powiedzieć uwielbiam ludzi i muzykę - słucham mojej ZETki od rana do wieczora i wszędzie... tak jest i dziś, ale to dziś przyszło mi do głowy wyciągnąć ręce z kolejnej potrawy (pzrygotowuję na obiadek pieczoną karkówkę z grzybami i marchewką) i napisać Ci Droga Beato, że słucham Cię i marzę, iż kiedyś znajdę czas i pieniądze i zacznę podróżować a nie pracować i gotować ;))) no może nie pojadę do dżungli (jakoś mnie przeraża myśl o bezpośrednim z nią obcowaniu) ale piramidy, chiński mur, zamki Francji będę czuła i dotykała.... Teraz tylko słucham, czytam i snuję plany na przyszłość... szkoda, że w mojej księgarni w małym miasteczku na Podlasiu znalazłam tylko jedną Twoją książkę - Blondynka w dżungli... wiem, że mozna kupić je przez internet, ale to jakze słuchaniem opowieści - też przyjemne ale przyjemniejszym jest samemu dotknąć, poczuć i .... kupić ;))). Nic to, mam nadzieję, że wybiorę się tam, gdzie znajdę więcej Twoich książek....
a dziś pozdrawiam z mojej pełnej słońca i zapachów kuchni
Kasia
Witaj Kasiu, cieszę się, że będąc tutaj w radiu jestem jednocześnie w Twojej słonecznej kuchni :) Z tej okazji może podrzucę Ci dzisiaj dwa przepisy na deser, oba łatwe i szybkie do zrobienia, a sądząc po minach gości i prędkości poruszania ich szczęk, są też niezwykle smaczne :) Z całego serca życzę Ci spełnienia marzeń o podróżowaniu i tego, żebyś mogła własną ręką dotknąć Chińskiego Muru, piramid i zamków Francji, dżungli oczywiście też :)
Dobry wieczór Pani Beato! Jakis rok temu przeczytalam Pani ksiazke "Blondynka u szamana". Byla to dla mnie pierwsza ksiazka jaka przeczytalam na temat puszczy amazonskiej, zamieszkujacych ja plemion i ...ayahuasca. Pisze do Pani poniewaz za trzy tygodnie wezme udzial w "ayahuasca workshop and ceremony" prowadzonej przez Shipibo szamana Guillermo Arevalo i Rossa Heaven w miasteczku Besthorpe, Attelborough (dwie godziny od Londynu). Warsztaty te trwaja trzy dni podczas których uczestnicy pija ayahuasca przez trzy wieczory. Wszystko jest zorganizowane z najwiekszym szacunkiem dla ayahuasca i jej mocy (np. wszyscy uczestnicy musza przejsc na specjalna diete na tydzien perzed pierwsza ceremonia). Pisze do Pani sama tak naprawde nie wiedzac dlaczego. Bo jest Pani, tak jak ja, Polka? Bo dzielimy to samo imie? Bo mam nadzieje ze da mi Pani dobre slowo na droge?
Naprawdę sie boje. Mysle, ze mam dobre intencje decydujac sie na spotkanie z Mama Ayahuasca. (Miedzy innymi, chce byc lepszym czlowiekiem niz jestem, chce pozbyc sie moich wad). Mimo to boje sie calkowicie poddac. Oddac kontrole... Jak zapanowac nad strachem? Jak Pani to zrobila?
Bardzo sie uciesze jesli otrzymam od Pani choc kilka slów, ale rozumiem, ze Pani jest bardzo zajeta i zapewne setki wielbicieli prosi Pania o odpisanie kazdego dnia. A byc moze jest Pani teraz w dzungli...? W kazdym razie pozdrawiam cieplo i postaram sie Pani opisac moje doswiadczenie z ayahuasca jak juz bedzie po wszystkim
Beata
Pani Beato, po przeczytaniu Pani listu nie mam wątpliwości co do jednego: ja nie wzięłabym udziału w tej ceremonii. Bo ayahahuasca przynależy do dzungli i tam odbywa się zgodnie z rytuałem i starą tradycją.
Absolutnie nie wierzę w przenoszenie starożytnych obyczajów do wielkich europejskich miast i odprawianie ich w domu z betonu.
Być może nawet szaman, o ktorym Pani pisze jest prawdziwym szamanem. Ale on już nie jest w pełni i bez reszty człowiekiem dżungli. Każdy, kto zetknie się z betonowym miastem, spalinami samochodów, reklamami, pieniędzmi i polityką, traci część duszy. Wiem to stąd, że ja ten zagubiony fragment duszy odnalazłam wlasnie w dzungli.
To jest tylko moje prywatne zdanie, ale nie wierzę i nie mam zaufania do "szamana", ktory odprawia magiczne praktyki w mieście i dla wszystkich chętnych. Robi to pewnie dla pieniędzy albo dla innej korzyści. Moim zdaniem to nie ma nic wspólnego z sensem i powodem, dla którego odprawia się taki rytuał w dżungli.
Jeśli prosi mnie Pani o radę, to radzę tego nie robić. Moim zdaniem to może być niebezpieczne i nie da Pani tego, czego Pani oczekuje. Jeśli chce Pani zmienić swoje życie na lepsze, ayahuasca tego nie zrobi. Może to zrobić tylko i wyłącznie Pani sama -własnymi rękami i własną pracą. Tego jestem pewna na 100%. O tym piszę też w książce "W dzungli życia" i "W dzungli miłości".
Dzień dobry, Pani Beato, zupełnie niedawno natrafiłam na Pani książki i przez przypadek, a może to jakaś siła, szukałam odpowiedzi i znalazłam w "Dżungli życia". Dziś pójdę po "dżunglę miłości", bo jestem na kolejnym zakręcie swojego małżeństwa,......... Lubię ludzi z pasją, bije od nich taka radość, jasność, coś co trudno nazwać, opisać jednoznacznie.....Od Pani bije niewątpliwie. Ja ciągle szukam, a może zgubiłam, jeszcze nie wiem....ale teraz pomyślałam że jednak napiszę, nie odłożę na później bez względu na to jak nieporadne będą te słowa. Może to potrzeba chwili, a może próba przyciągnięcia do siebie dobrych myśli, słów, aby tym razem mi się udało, aby moje małżeństwo przetrwało, abym przetrwała ja w nim - szczęśliwa ........ Ale wracając do Pani - lubię Pani słuchać i lubię czytać i niech tak pozostanie. Życzę wielu dobrych wrażeń w kolejnych podróżach i wiele tematów do opisania. Pozdrawiam Gosia
Pani Małgosiu, to smutne i wiem, że teraz czuje się Pani okropnie. Ale powiem Pani jedno i powiem to mimo że pewnie wiele osób się na to oburzy: moim zdaniem nie ma sensu na siłę próbować sklejać czegoś, co się rozpada. Z Pani słów wynika, że bardzo Pani zależy na tym, żeby to małżeństwo przetrwało i żeby je uratować z huraganu. Z mojego doświadczenia wynika, że na siłę nic nie da się zrobić. Czasem lepiej jest dać się porwać wiatrowi niż z całych sił z nim walczyć.
Nie namawiam Pani do zaniedbania troski o związek. Namawiam Panią do zajęcia się sobą. Może za dużo nadziei i oczekiwań włożyła Pani w swój związek. Może on miał sprawić, że Pani życie nabierze sensu i da Pani szczęście. Ale szczęścia trzeba szukać przede wszystkim w sobie. Trzeba mieć marzenia i próbować je spełniać. Bycie szczęśliwym i spełnionym człowiekiem daje niezwykła siłę, która pozwala przetrwać i huragany, i rozstania, i samotność. O tym piszę w książce „W dżungli miłości”. Będzie w księgarniach pod koniec października. Serdecznie pozdrawiam :)
Beato.. to co robisz jest fantastyczne.. i dziekuje Ci za program dzieki ktoremu mozna poczuc ten specyficzny klimat odkrywcy...:) Zycze Ci wielu nowych cudownych wypraw... i juz z niecierpliwoscia czekam na Twoje kolejne programy o nich... pozdrawiam, Paw :)
Dziękuję i wzajemnie życzę wspaniałych wypraw, odkrywania świata i samego siebie :)
Niestety jeszcze nie miałam okazji przeczytac zadnej Pani książki ale już nie mogę się doczekac kiedy to nadrobie(zwłaszcza tak dobrze tu ocenianej kasiazki „W dżungli życia”). Z przeczytanych jednak na stronie oliwkowo.pl listow mogę się mniej wiecej domyśleć o czym one sa. Ale nie o tym chciałam napisac.
Wiele osob mowi, ze jeśli tylko czegos się mocno pragnie to to się osiaga. Paulo Coelho w jednej swojej książce pisał, ze jeśli czegos pragniemy to cały swiat po cichu pomaga nam w spełnieniu tego marzenia. Ale co jeśli to nie prawda? Ja jeśli tylko czegos zaczynam tak naprawde pragnac albo kiedy mi na czyms naprawde zalezy to momentalnie ten cel się ode mnie oddala, jest co raz dalej, poza moim zasiegiem i wrecz przeciwnie wszystko mi uniemozliwia zrealizowania go. Az przychodza takie momenty ze boje się o czyms pomyśleć ,ze mi na tym zalezy, bo zaraz staje się to jakims niesamowicie ciezkim do osiągnięcia marzeniem, którego spełnienie jest możliwe tylko przy pomocy „cudu”. Ostatnio tez mialam już tego wszystkiego dosc i w waznej dla mnie sprawie odważyłam się zrobic pierwszy krok żeby tylko cos się zmienilo. Ale ten pierwszy krok nic nie zmienił a tylko bolesnie uswiadomił mi, ze nie mam wpływu na swój los. Bo i owszem człowiek jest na tym swiecie sam i sam do wszystkiego musi dojsc, ale jest tez istota ludzka która potrzebuje wsparcia i posiadania drugiego człowieka. Siebie można zmienic, ale jeśli nasze marzenia sa związane również z inna osoba to przeciez nie da się jej „zaczarowac” ani tym bardziej zmusic żeby tez chciała tego co my. I co wtedy musimy z pokora to przyjąć?, pogodzic sie ze to jedno marzenie nigdy nie zostanie spełnione i do konca zycia zyc z nieugaszona pustka i zalem??Bo o takich rzeczach zapomniec najtrudniej a i zaleczyc się ich innym tez nie da.
Czasami sobie mysle ze nade mna wisi jakies fatum, którego nie mogę pokonac a jak tylko w przypływach sił probuje to i tak się nie udaje. I jak mam być pewną siebie optymistką skoro zycie nie szczędzi mi porazek i ciagle naraza na przykre doświadczenia. Nie wiem ile jeszcze starczy mi sił ale mam już ich co raz mniej i nawet nie mam z kad czerpac jej nowych pokładów. Nie mogę rozwijac jakis swoich zainteresowan bo nawet nie wiem czy takie mam a poza tym jestem w klasie maturalnej i czeka mnie trudna droga żeby dostac się na wymarzone studia(turystyke), które mam nadzieje otworza mi drzwi na drodze do spełnienia samej siebie. Ale nie wiem czy chce swoje zycie odkładać na „pozniej”.Teraz moje zycie jest wiecznie przepelnione agresja i zalem do samej siebie i do całego otaczającego mnie swiata.A przeciez takie zycie to nie zycie, to tylko istnienie. Wiem, ze pewnie mój list zginie gdzies tam posrod tysięcy innych, ale nie mam do kogo innego się z tym zwrocic a czuje ze z moja dusza jest już bardzo zle.
Pozdrawiam:)Paula
Paulo, pewnie Cię zaskoczę, ale dokładnie wiem jak się czujesz, bo kiedyś też nie rozumiałam jednej dość ważnej rzeczy.
Moment, kiedy – tak jak w książce Paulo Coelho – świat zaczyna pomagać Ci w spełnieniu swojego marzenia, może się zdarzyć dopiero wtedy, gdy człowiek pozwoli sobie na włączenie się w nurt spraw zamiast próbować je kontrolować.
Chodzi mi o to, że trzeba umieć nabrać wielkiego dystansu do siebie, swojego życia i przyszłości. Człowiek tak naprawdę nie jest w stanie ogarnąć swoim rozumem wszechświata i wszystkich skomplikowanych rzeczy, jakie się w nim dzieją. Nie może przewidzieć przyszłości i dlatego niemądrze jest planować odległą przyszłość i zbyt wiele uzależniać od zrealizowania tych planów.
Świat sam w sobie – tak myślę – sam wie dokąd zmierza. Ludzkie plany tylko mogą w nim utonąć, szczególnie jeśli ktoś próbuje płynąć wbrew swojemu przeznaczeniu.
Sekretem spełniania się marzeń jest życie w harmonii z samym sobą, ze światem i z innymi ludźmi.
Rozumiesz?
W skrócie można to powiedzieć trzema słowami: „Nic na siłę”.
Jeżeli bardzo mocno czegoś pragniesz i myślisz sobie: „Jeśli to stanie, to będę taka szczęśliwa! To będzie spełnienie moich marzeń. To się musi stać. Jeżeli to się nie stanie, to będzie po prostu masakra, tragedia, nie wiem jak sobie poradzę!” – to właśnie popełniasz błąd, bo próbujesz kontrolować przyszłość. I wtedy raczej świat nie pomoże Ci w spełnieniu marzeń.
Ale jeżeli pomyślisz: „Jeśli to stanie, to będę taka szczęśliwa! To będzie spełnienie moich marzeń. Ale oczywiście tak nie musi być. Jeśli tak się nie stanie, to będzie pewnie wiele innych rzeczy, które dadzą mi szczęście. Najlepiej jeśli zdarzy się to, co powinno się stać. Cokolwiek się stanie, ja będę szczęśliwa.” – wtedy nie próbujesz przyszłości narzucać swoich żądań, tylko wysyłasz do niej same pozytywne myśli. I wtedy Twoje marzenia się spełnią.
Droga Pani Beato,coś w tym jest,że nazwali Panią Szamanką,bo oto popijam matę z tykwy niewątpliwie będąc pod Pani wpływem... Przykro mi to przyznać,ale,niestety,moja choroba sprawiła,że piszę teraz do Pani... Kupiłam i przeczytałam "W dżungli życia",bo gdzieś wcześniej natknęłam się na informację,że Pani poradziła sobie m.in.z bulimią,z którą ja borykam się,wstyd przyznać,już chyba ponad 20lat... Dziękuję za tę książkę,za oliwkowo,za dzielenie się...Bardzo trafnie i sugestywnie nazywa Pani różne stany ludzkiego umysłu,nie ukrywam,że w tym momencie mojego życia jest mi to bliskie i potrzebne.Zazdroszczę Pani...Przypuszczam,że możemy być w podobnym wieku,ale ja dopiero teraz dochodzę do wniosku,że moje życie jest w moich rękach,choć to brzmi banalnie...Szukałam miłości...Nadal jej szukam,ale jako stanu ducha wewnątrz mnie,niezależnie od relacji z innymi ludźmi.Przede wszystkim szukam jednak wolności.Isabel Allende powiedziała,że wolność zaprowadziła ją do miłości.Teoretycznie jestem niezależna,ale mój umysł,który kiedyś wdepnął w bagno wciąż tam zawraca...Mój terapeuta twierdził,że nie warto zajmować się jedzeniem,bo ono samo się unormuje jeśli poukładam sobie w emocjach.Widzę jednak,że stan mojego umysłu zależy również od tego co i w jakich ilościach jem!Krążę w błędnym kole,bo uciekając od tematu jedzenia,żyjąc tak jak przeciętni normalni ludzie,jedząc spontanicznie upadam coraz okrutniej a mój organizm coraz gorzej to znosi.Mam wrażenie,że tracę rozum a na pewno coraz bardziej oddalam się od jasnej strony życia.Proszę mi wybaczyć ten mętlik.Korzystam z Pani podpowiedzi zawartych w rozdziale o diecie i byłabym bardzo wdzięczna za radę.Wydaje mi się,że nie ma dla mnie innego ratunku jak tylko potraktować raz na zawsze jedzenie jako formę odżywiania organizmu.Opracować rozsądną dietę i nie odstępować od niej.Wyeliminować słodycze i białą mąkę.Nie jeść po 20stej...Odnoszę wrażenie,że to jest jedyna droga do odzyskania wolności,pierwszy krok...Proszę mi wybaczyć pytanie,ale chciałabym wiedzieć,czy przepis na czekoladę w oliwkowie oznacza,że odstąpiła Pani od wcześniejszych postanowień i jada Pani słodycze?Nie wierzę... Gratuluję Pani wszystkich sukcesów a szczególnie mocno gratuluję uniezależnienia się od nałogów,chociaż to w Pani przypadku było jakby dawno i nieprawda... Czekam na nową książkę.Życzę Pani szeroko pojętego zdrowia.
Nie zaczęłam jeść słodyczy. Nie jem niczego smażonego na tłuszczu. Wczoraj usmażyłam sobie pstrąga na suchej patelni z teflonu Nie jem śmietany, majonezu, ciężkich sosów ani kotletów :)
Nie dlatego, że sobie zabraniam. I nie jest to dla mnie kara ani cierpienie.
Podeszłam do tego racjonalnie. Frytki tuczą dlatego, że są niezdrowe. Maja mnóstwo brzydkiego tłuszczu, który nie tylko dokłada się w ciele, ale i nie daje organizmowi niczego pożytecznego. Więc po co je jeść?...
Chudy twaróg smakuje tak samo dobrze jak tłusty, ale jest zdrowszy. Chleb razowy jest pełen smaku i aromatu, smakuje sto razy lepiej od białego.
Zrozumiałam które rzeczy są ZDROWE i postanowiłam tylko takimi rzeczami się odżywiać. I daję słowo honoru, że po prostu uwielbiam je jeść :) Podeszłam do mojego ciała jak do fajnego urządzenia, które daje mi życie. Po co miałabym je zaśmiecać rzeczami, które je niszczą albo psują? :)
To prawda, że jedzenie wpływa na samopoczucie.
To prawda, że czasem może to być zamknięty krąg bezradności.
Ale można przecież ten krąg przerwać i nie pozwolić się więzić.
Bo co może pani przeszkodzić? Własna słabość? Brak silnej woli? Brak konsekwencji? Brak odpowiedzialności wobec samej siebie?
Te cechy łatwo w sobie pokonać. Naprawdę :) I jeśli chce mnie pani zapytać jak, to proszę poczekać jeszcze chwilę. W połowie października ukazuje się moja nowa książka „W dżungli miłości” – i tam to wszystko dokładnie opisałam.
Niech się Pani nie poddaje. Ma Pani super życie przed sobą. Wystarczy je tylko trochę zorganizować, dla samej siebie :)
Ja się nie zgodze z tym co pani powiedziała przed chwilą w audycji... gdyż uważam że słowa "że cię nie opuszczę aż do śmierci" oznaczają tyle... że będe zawsze przy tobie, nie zdradzę cię, bede o ciebie dbał i że druga połówka może być pewna że po tym sakramencie są jednością, oraz nikt ani nic nie sprawi że więzy miłości zostaną rozerwane. Natomiast zamiana tego sformułowania na "że bede dbał abyśmy byli szczęśliwi" była by jak uważam mylną drogą do prawdziwej miłości, gdyż w taki przypadku, kazdy ma inne rozumienie szczęścia. Równie dobrze wtedy mogła by być dopuszczona zdrada, bo dla kogoś mogła by być to droga szczęścia - trudno było by wtedy również odnieść się w przypadku tego sformułowania, co gdy jedna stron z będzie musiała zmierzyć się chorobą - przecież w tym przypadku wcale nie musiała by być to droga szczęścia? Stosowana obecnie formuła zapewnia również że mężczyzna nie będzie miał wilu żon, lecz będzie wierny tej jednej jedynej którą wybrał sobie na małżonkę.
Ale to taka moja subiektywna ocena... Pozdrawiam serdecznie... i z ogromną przyjemnością zawsze słucham Pani audycji :)!
Moja wersja, czyli propozycja brzmiała "I zrobię wszystko, żebyśmy byli zawsze szczęśliwi" - to zakłada dołożenie wszelkich starań do tego, żeby związek trwał i żeby był szczęsliwy.
Obiecanie komuś "nie opuszczę Cię aż do śmierci’ wydaje mi się ograniczeniem, które może się okazać niemożliwe do zrealizowania. Co zrobić w sytuacji kiedy mój mąż będzie chciał ode mnie odejść? To znaczy, że ja nigdy nie mogłabym mu na to pozwolić, bo obiecałam, że go "nie opuszczę aż do śmierci". Co ma zrobić w tej sytuacji żona Fritzla? Ma żyć do śmierci z potworem i nigdy nie mieć szansy na szczęście?
Poza tym wydaje mi się, że czlowieki może obiecał drugiej osobie tylko to, na co ma wpływ - że będzie uczciwy, wierny oraz że będzie się starał najlepiej i najmocniej jak potrafi, z całych sił. Serdecznie pozdrawiam :)
Witam Pani Beato Właśnie dziś skończyłam czytać Pani książke. Naprawdę daje dużo do myślenia nad samym sobą, nad własnym życiem a zwłascza nad tym co można z nim jeszcze zrobić. Bardzo mi Pani pomogła ta książka! Teraz wiem ze szczęściu muszę pomóc, że samo nie przyjdzie... Ale potrzebowałam właśnie takich rad. Mimo ze mam 20 lat nie powiedział mi nikt o takich rzeczach, które są istotne w życiu dorosłym. Moja sytuacja nie jest zbyt wesoła, mimo ze z zewnątrz wszystko wygląda bardzo kolorowo, od środka jest bardzo szare- chodzi mi o moje życie. Mieszkam z rodzicami i wcale nie jest mi łatwo... nie chodzi o brak pieniędzy chociaż nie mogę mówić że jest ich nadmiar, jednak nigdy nie mogłam i nadal nie mogę się porozumieć z moimi rodzicami.
Czuje i wiem że tutaj nie będę szczęśliwa, jednak nie wiem jak zwyczajnie stad odejsc mam chłopaka, z którym jestem już 6 lat (twierdze, że jeśli zaczynaliśmy swoją znajomość w latach młodości takiej prawdziwej młodości- to ta znajomość musi być moja MIŁOŚCIĄ). Wiec przejdę do sedna sprawy... Bardzo chcę wyjść za niego za mąż... Jednak moi rodzice nie chcą zrobić nam ślubu,wydaje się banalne. Tak, tylko że bez tego ślubu nigdy nie będziemy mogli normalnie razem zamieszkać, nie pozwalają mi wyprowadzić się z domu, mimo że wiele razy mi mówili, że mam się pakować i wynosić
Teraz twierdzą, że jeśli zamieszkam z moim chłopakiem to popełnię grzech... Teraz już sama nie wiem co mam zrobić. Najgorsze dla mnie jest to ze nie będę mogla tutaj wrócić (chodzi mi o mój dom rodzinny) tak powiedział mi mój tata. Dawida mama jest bardzo przyjazną kobietą, jest naprawdę bardzo wyrozumiała, dlatego wiem ze moje życie będzie o wiele lepsze u niego, razem z nim!
Bardzo Panią proszę o radę, wiem ze Pani bardzo dużo przeszła... I Pani życie tez nie było prostą drogą, dlatego ośmielam się zwracać do pani.
Proszę mnie zrozumieć, to nie cała historia drogi jaka pokonuje, jednak najistotniejsze rzeczy.Proszę o odpowiedz. Serdecznie pozdrawiam Marta
Pani Marto,
Z jednej strony jest Pani dorosłą osobą, która chce sama decydować o swoim życiu - czyli wyjść za mąż i wyprowadzić się od rodziców, rozpocząć samodzielne życie.
Z drugiej strony jednak zachowuje się Pani jak niezbyt doroła osoba, oczekując, że Pani rodzice za to zapłacą, że urządzą Pani wesele i że to oni będą ponosili konsekwencje Pani decyzji.
Trudno mi oceniać Pani uczucia. Mogę tylko z doświadczenia powiedzieć, że mając 20 lat lepiej nie wychodzić za mąż. Widziałam Pani film "Mamma Mia"? Tam główna bohaterka ma ten sam problem. Nie chodzi o to, że jest "za młoda", tylko o to, że wyjście za mąż i założenie rodziny to poważna i odpowiedzialna decyzja i lepiej to zrobić wtedy, kiedy człowiek lepiej pozna świat i samego siebie. Rozumie Pani? Kiedy zbierze się wiecej doświadczeń, przeżyje więcej rzeczy. Wtedy jest pani bogatszym człowiekiem, więc więcej może Pani wnieść do związku i do swojej rodziny.
Myślę, że nikt nie może Pani zabronić decydowania o Pani życiu. Ale jeśli sama chce Pani o nim decydować, musi Pani też samodzielnie radzić sobie ze wszystkimi konsekwencjami, jakie pociągają te decyzje.
Na miejscu Pani Mamy powiedziałabym, że jeśli chce Pani się usamodzielnić i wyprowadzić - proszę bardzo, ale to oznacza, że od tej chwili sama się Pani utrzymuje i ponosi koszty nowego życia.
Jesli decyduje się Pani korzystac z pomocy rodziców, musi Pani dać im tez częściowe prawo do decydowania o sobie.
Moja rada jest następująca: niech Pani spróbuje się uniezależnić od rodziców. Niech Pani zacznie od znalezienia sposobu na niezależność finansową. Może jest coś takiego, co może Pani robić i zarabiać? Udzielać lekcji? Pracować w barze? Kiedy stanie się Pani w pełni samodzielną osobą, zmieni się pewnie trochę Pani sposób myślenia o życiu. I wtedy będzie Pani mogła podjąć w pełni świadomą i odpowiedzialną decyzję o tym, czy chce Pani wyjśc za mąż. Serdecznie pozdrawiam i trzymam kciuki :)
Pozdrawiam Panią serdecznie, ’W DŻUNGLI ŻYCIA’ jest pierwszą Pani książka, którą przeczytałem (pani bibliotekarka uprzejmie mi ją podsunęła w zamian za książkę, której akurat nie było). Napisała Pani o dialogu prowadzonym z samą sobą, o marzeniach, o porażkach i sukcesach. Myślę, że książka ta może dać do myślenia młodym ludziom (i niektórym dorosłym). Z przyjemnością sięgnę po następne. Rafał / Starachowice
Panie Rafale, cieszę się i polecam Panu ciąg dalszy "W dżungli zycia", który ukaże się za miesiąc i będzie nosił tytuł "W dżungli miłości", serdecznie pozdrawiam :)
|