To jest wyjątkowa skrzynka pocztowa, ponieważ znajdzie się w niej tylko jeden list - bardzo długi list od Waldemara, który po przeczytaniu książki "W dzungli życia" zadaje mi szereg ważnych pytań. Niektore z nich wynikają ze złego zrozumienia moich intencji, tym bardziej chętnie więc odpowiem tutaj na te wątpliwości. Pan Waldemar zaczyna swój list tak:
W dzungli niemożności ..czyli refleksje i polemiki po przeczytaniu książki "W dżungli życia".
Szanowna Pani Beato!
Mówią, że zazdrość to bardzo brzydka przywara. Piszę o tym, ponieważ nie ukrywam, że Pani cholernie zazdroszczę. W moim pojęciu jednak niekoniecznie uczucie to jest czymś negatywnym. Jest to według mnie myślenie w rodzaju: "niechże Bozia da Pawlikowskiej jak najwięcej sukcesów, niechże ma to, co ma i osiągnęła, ale dlaczego ja mam być gorszy?" Sądzę, że może być to nawet stymulatorem do pewnych działań. No bo właściwie dlaczego? Dlaczego nie być tym czy owym, to czy owo robić? Tym, co
niszczy, jest natomiast wedle mnie zawiść, którą można by wyrazić zdaniem: "niechże nie będę tym i tym i niech nie mam tego i owego, ale niechże Pawlikowska też tego nie ma!"
Nie, nigdy nie będę umiał odczuwać zawiści. Natomiast zazdrość - i owszem.
Tak więc zazdroszczę Pani. Ale wie Pani czego? Nie tego, że jest Pani znaną osobą, że podróżuje Pani po świecie, że pracuje w radiu, pisze książki, artykuły, reportaże. Nie zatem tego wszystkiego, o czym sam marzę i co już samo w sobie może być przyczyną zazdrości. Nie, nie tego. Zazdroszczę Pani natomiast tego, że znalazła Pani w sobie pokłady Mądrości póki jeszcze był czas, póki jeszcze można było coś w sobie czy wokół siebie zmienić, póki zmiana miejsca, środowiska, pracy nie stanowiła
jeszcze aż tak dużego problemu. Zazdroszczę tego, że udało się Pani dokonać w sobie pozytywnych zmian w wieku kilkunastu czy dwudziestu kilku lat. Obawiam się bowiem, że - wbrew temu, co Pani może w tej chwili pomyśleć czy powiedzieć - dla mnie jest już za późno (ale o tym w dalszej części). Niezwykle Panią cenię za wiedzę, inteligencję, lecz nade wszystko właśnie za tę życiową Mądrość, która pozwoliła Pani znaleźć swą własną drogę ku szczęściu i samorealizacji.
Właśnie skończyłem czytać Pani Mądrą i niezwykle ciekawą książkę, "W dżungli życia". Im dłużej ją czytałem, im więcej stron miałem za sobą, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że mogę już nie mieć czasu na te wszystkie zmiany w sobie i wokół siebie. O tym - jak już wspomniałem - napiszę w dalszej części.
Chciałbym jednak też - jeśli wolno - polemizować z niektórymi zawartymi w książce twierdzeniami lub też zadać Pani w tych sprawach parę pytań. Wyrażam tylko jedną, jedyną, gorącą nadzieję - że list ten nie pozostanie bez odpowiedzi. A dlaczego? Ponieważ Pani książka porusza zbyt wiele zbyt istotnych kwestii, żebym dalej wiódł swe życie jak dotąd. Podtytuł książki brzmi "Poradnik dla dziewczyn i chłopców (oraz niektórych dorosłych)". A ja właśnie zaliczam się do grupy tych osób,
zamkniętych w nawiasie.
Myślę, że najłatwiej będzie odnieść się do poszczególnych kwestii chronologicznie, w takiej kolejności, w jakiej zawrła je Pani w książce:
A! Przede wszystkim dziękuję za DEDYKACJĘ! (nie jestem bywalcem Oliwkowa, ale z pewnością szukam swej drogi...)
Panie Waldku! Słusznie Pan zauważył kilka bardzo ważnych rzeczy, a ja czuję, że chciałabym je wyjaśnić, tak więc po kolei:
A potem... Już na stronie 21 przytacza Pani cytat ze swej książki "Wielka rzeka": "[Samotność] to nieuleczalna choroba, która pustoszy [...] wnętrza, więc przez całe życie próbują tę pustkę czymś wypełnić - nauką, pracą, MIŁOŚCIĄ [kapitaliki moje], sztuką [...]. A zatem czy istotnie uważa Pani, że Miłość może być tylko ersatzem, jedynie zastępować wewnętrzą pustkę? Czy naprawdę nie sądzi Pani, że jedynie Miłość może całkowicie wypełnić pustkę, która człowieka rozdyma od środka? Przy czym
wcale niekoniecznie i nie zawsze musi być to miłość dwojga ludzi; równie dobrze może chodzić o umiłowanie na przykład swej pasji, o umiłowanie - bo czemu nie - swej pracy, o umiłowanie Boga itd. Naturalnie nie ma nic bardziej wypełniającego po brzegi, niż bezgraniczne Ukochanie dwojga ludzi, których owa Miłość stapia w jedno. Ale jak może Pani twierdzić, że Miłość może służyć jedynie wypełnieniu pustki, w dodatku - jak wynika z dalszych Pani słów - nieskutecznie? A nauka i praca? Czy to
właśnie nie dzięki nim (oczywiście między innymi, bez pracy nad sobą i swym życiem nic z tego nie wyjdzie) nie osiąga się założonych w życiu celów? Jak można cokolwiek osiągnąć bez Wiedzy? Miłość i Wiedza to podstawy życia, a nie narzędzia służące mniej lub bardziej skutecznemu wypełnianiu pustki wewnętrznej.
Jestem przekonana o tym, że Miłość (przez wielkie M) czyni cuda i potrafi dać niewyobrażalnie wielkie szczęście. Pisząc powyższe cytowane przez Pana słowa miałam na myśli to, że Wielkiej Samotności, jaka jest czasem cechą niektórych osób nie da się niczym zapełnić. Trzeba tę samotność po prostu przyjąć w sobie, zaakceptować jako naturalny stan rzeczy. Wracając do Miłości, tak, może zaspokoić wiele pragnień, ale moim zdaniem nie powinna być traktowana jako panaceum na wszystkie złe strony życia ani jako cel sam w sobie, bo w takiej sytuacji człowiek ma wrażenie, że jeśli "trafi na miłość", to wszystko inne się w jego życiu naprawi i wyprostuje. A tak nie jest. Miłość to wielkie szczęście. Przychodzi jeśli sama zechce i kiedy zechce. I nie można z powodu jej braku przestać żyć, marzyć i iść naprzód.
Strona 23: Zadawała sobie Pani pytanie, dlaczego ktokolwiek miałby się Panią opiekować i Panią kochać. Może kompletnie źle interpretuję to pytanie, a jeśli tak jest, to proszę mnie poprawić. Ale fakt, że powinniśmy sami dokonywać świadomych wyborów i podejmować świadome działania, by w swym życiu choć trochę to zmienić (o tym, że nie zawsze przynosi to zamierzone skutki jeszcze za chwilę opowiem) nie oznacza weług mnie ani trochę, że powinniśmy obejść się bez opieki i Kochania. Czy wyobraża
sobie Pani jakiegokolwiek człowieka, który nawet odniósłby Bóg wie jakie sukcesy i który czułby się do końca spełniony, gdyby wiedział, że ani nikt się nim nie zaopiekuje (na przykład żona), ani on nie ma nikogo, kim mógłby się zaopiekować (na przykład żoną) i że nikogo nie kocha i/lub nikt jego nie kocha? Na cóż wówczas miałyby być te wszystkie sukcesy, skoro właśnie wówczas życiem takiego człowieka rządziłaby pustka? Więc oczywiście nie chodzi o to, by nieustannie szukać przytulenia,
pogłaskania i rozczulenia (choć ja bym może tak właśnie w pierwszym odruchu postąpił - zanim zacząłbym ewentualnie doradzać - bo wiem, jak straszliwie osamotniającym i kompletnie dołującym może być poczucie osamotnienia, klęski i braku sukcesów, nawet jeśli w 99% takiej sytuacji jesteśmy sami winni). Ale musi być w życiu ktoś, na kim można by się w godzinie próby lub słabości oprzeć. Ten ktoś nie musi zaraz nam pomagać i dawać nam rybę zamiast wędki. Czasem zamiast pomocy wystarczy rada,
czasem jedynie zrozumienie, a czasem wręcz jedynie wysłuchanie bez przerywania. Wiem, bo sam czasem po prostu komuś opowiadałem o swych problemach i choć nie dostawałem pomocy (czasem umiałem te problemy sam rozwiązać, a czasem nie), to samo wygadanie się przynosiło dużą ulgę.
Chodziło mi o to, że moje oczeki3wanie na to, że ktoś się mną zaopiekuje zastąpiło całkowicie jakiekolwiek próby samodzielnego życia. To był błąd, bo skoncentrowałam się na oczekiwaniu, że ktoś przyjdzie i otoczy mnie pomocnymi ramionami – zamiast spróbować żyć samodzielnie, iść mimo wszystko do przodu, marzyć, mieć plany na przyszłość. Chcę więc powiedzieć, że to fantastycznie jeśli istnieje taka osoba, z która można porozmawiać i znaleźć wspólny język, pomoc albo tylko zwyczajnie poczuć jej obecność. Ale jeśli takiej osoby nie ma – to nie można całego życia koncentrować na jej poszukiwaniu. Trzeba być samodzielnym, trzeba sobie radzić. Samodzielna osoba, która jest w stanie rozwiązywać własne problemy i żyć, jest tym cenniejszym przyjacielem dla innych, prawda?...
Strona 27: Zgadzam się, że bezsensem jest ożenek/wyjście za mąż i założenie rodziny tylko dlatego, że tak wypada, że taka jest presja otoczenia czy społeczeństwa itd. Taki związek nie zawsze wróży dobrze (a, proszę mi wierzyć, wiem co mówię). Jednakże jak mógłbym zgodzić się ze stwierdzeniem, że małżeństwo Z OSOBĄ, KTÓRA KOCHA I KTÓRĄ SIĘ KOCHA nie daje szczęścia i jest jedynie "przerzuceniem oczekiwań, tęsknot i żali" na drugą osobę? Pani wybaczy, ale wyczuwam (może zupełnie bezzasadnie)
nutę goryczy i cynizmu w tej Pani wypowiedzi. Przecież TAKIE małżeństwo (i oczywiście TYLKO takie) nie tylko temu nie służy, ale wręcz uskrzydla! To właśnie w takim związku (zresztą nie tylko małżeńskim) byłbym - a raczej jestem - o wiele bardziej zdolny i skłonny do wielu zmian, wiedząc, że mam poparcie i zrozumienie, a czasem i pomoc swej drugiej połowy. Cóż bowiem daje choćby i uwieńczona sukcesem zmiana, skoro radości z tego maleńkiego lub olbrzymiego sukcesu nie ma się z kim dzielić?
Chyba, że tylko z samym sobą... Pozwoli Pani, że zadam niedyskretne pytanie i oczywiście nie musi Pani na nie odpowiadać: czy była Pani w związku (małżeńskim), a jeśli tak, to czy był to związek szczęśliwy i spełniony? Nie muszę znać Pani biografii, by odnieść co najmniej mgliste wrażenie, że albo w obu przypadkach odpowie Pani "nie", albo w pierwszym - "tak", ale w drugim - "nie". A jeśli się głęboko mylę, to skąd takie idee na temat małżeństwa? Ma Pani rację: po pewnym czasie
zauroczenie i fascynacja gasną, wypalają się. Ale w prawdziwym małżeństwie, w prawdziwie kochającym się małżeństwie, pozostaje się partnerami na dobre i złe na całe życie. Wygasa czułość, wygasa pożądanie, ale jest Jedność umysłów i dusz. Mam szczerą nadzieję, że takie właśnie będzie moje małżeństwo za 40 czy 60 lat. I że kiedy będę opowiadał o swoich oczekiwaniach, tęsknotach i żalach (a te - nie ukrywajmy - będą zawsze, bez względu na odniesiony przez nas sukces), znajdę u partnerki
zrozumienie (choć niekoniecznie pomoc).
I tutaj całkiem mnie Pan nie zrozumiał :)Oczywiście, że małżeństwo z osobą, którą się kocha i przez którą jest się kochanym to fantastyczna rzecz, bez cienia wątpliwości i kropka. Uskrzydla, dodaje siły i zamienia się z czasem w głęboki i piękny związek. I tak właśnie życzę Panu i sobie, żeby było Nie myślę o miłości ani o związkach z cynizmem, Pisząc cytowane przez Pana słowa miałam na myśli to, że niektórzy ludzie pragną wyjść za mąż/ożenić się, bo wydaje im się, że pojawienie się drugiej osoby w ich życiu wypełni jakąś pustkę istniejącą w ich sercu i rozwiąże wszystkie problemy. Ale swoje problemy trzeba rozwiązywać zamiast przerzucać je na inne osoby. Człowiek nieszczęśliwy sam ze sobą będzie nieszczęśliwy też w każdym związku.
Strona 45: Rzucenie studiów, jak wynika z treści książki, w Pani przypadku nie mogło być chyba lepszą decyzją. I chociaż zgadzam się z Panią, że niestety większość zajęć na większości naszych uczelni przypomina może jedynie trochę tylko dojrzalszą "szkółkę", to nigdy nie odczuwałem silnej potrzeby porzucenia swych studiów anglistycznych (podobnie jak - że nawiążę do końcowych fragmentów "W dżungli życia" - nigdy nie podejmowałem prób samobójczych, nie cierpiałem na bulimię lub anoreksję, nie
zażywałem żadnych (nawet lekkich) narkotyków, a choć paliłem papierosy, to rzucenie palenia nie sprawiło mi żadnych problemów). Proszę jednak pamiętać, że gdybym jednak rzucił studia, to faceci mają troszkę gorzej od kobiet, a mianowicie perspektywę służby wojskowej (która wówczas była jeszcze dłuższa, niż obecnie). Gdybym więc zdecydował, że moja droga życiowa nie powinna przebiegać przez Nizinę Uniwersytecką i postanowił oddać się temu, co wówczas najbardziej kochałem, czyli śpiewaniu i
graniu na gitarze - to zamiast skórzanej rockowej kurtki i gitary skończyłbym w mundurze i z karabinem w ręku, co wedle moich pacyfistycznych poglądów byłoby jedną z najgorszych rzeczy, jaka mogłaby mi się przytrafić.
Prawda. Ale coś Panu powiem. W szkole średniej mieliśmy zajęcia z „Przysposobienia obronnego” czy czegoś w tym stylu. Jednym z elementów tych lekcji była nauka strzelania z broni palnej. Wszyscy obowiązkowo musieli chodzić na strzelnicę i strzelać. Ale ja powiedziałam, że nie będę strzelać z żadnej broni, ponieważ jestem przeciwko wojnie i nie zgadzam się na nauke strzelania. Powiedziałam twardo, że moje pacyfistyczne przekonania absolutnie nie pozwalają mi chodzic na strzelnice i ponieważ byłam uparta jak koza, w końcu zostawiono mnie w spokoju i nie strzelałam ani razu. Wiem, być może to nieadekwatny przykład, ale chcę tylko panu pokazac, że wnrew wszystkim czasem można pozostać wiernym sobie... :)
Strona 79: Rozdział XII - "Ustalanie priorytetu". W gruncie rzeczy to, co Pani pisze o ustalaniu priorytetów jest bardzo pouczające. Zasadniczo zgadzam się z Panią. Ale... No właśnie, zawsze jest jakieś "ale" i byłbym rad, gdyby Pani ustosunkowała się także do tego, co napiszę poniżej. Otóż sądzę, że właściwie nieważne, czy priorytety dotyczą życia prywatnego, czy zawodowego. Zasada ustalania priorytetu, szczególnie we współczesnym świecie, zdaje się nie zdawać egzaminu, dlatego tym
bardziej interesuje mnie, jak Pani to robi. Albowiem cóż z tego, że z listy reczy do zrobienia wybiorę tę jedną, jedyną i na niej się skoncentruję? Przecież do tej listy rzeczy do zrobienia cały czas dochodzą nowe rzeczy... Tak jest na przykład u mnie w pracy: ledwie człowiek zacznie robić pierwszą i drugą rzecz, a już przychodzi piąta i dwunasta... Jak w takim tempie nawet w ogóle myśleć o stworzeniu listy priorytetów? To samo jest w życiu prywatnym: jest tyle rzeczy do zrobienia (część z
nich stanowi małe elemenciki Wielkiego Planu, zmierzającego do Wielkich Zmian), że nawet jeśli z całej listy zrobię bardzo porządnie i do końca jedną czy dwie, będę miał i tak poczucie "winy", że nie zrobiłem więcej, a ponadto następnego dnia okaże się, że jeszcze muszę zadzwonić do wydawnictwa, odpowiedzieć szefowi fundacji, przygotować zestawienie wydatków, skatalogować moje kompakty etc. etc. I nawet jeśli część z tych rzeczy jest mniej ważna/pilna od innych, to i tak nie mogę odkładać ich
w nieskończoność, a tych "większych" spraw też wciąż i wciąż przybywa! Zatem lista rzeczy do zrobienia robi się błyskawicznie coraz dłuższa, a rzeczy już zrobionych ubywa z niej w ślimaczym tempie! Jak Pani jest w stanie opanować ten żywioł? Bo ja, mimo ustalania priorytetów i wykonywania tylko części rzeczy z listy, i tak czuję, że zasypuje mnie lawina 100-kilogramowych odważników...
Otóż to co Pan opisuje to jest własnie lawina codzienności. Długo czekał Pan aż odpiszę na tego maila, prawda? Własnie dlatego, że chociaż pański list był ważny, odłożyłam go na bok razem z masą innych rzeczy, których nie postanawiam załatwić w pierwszej kolejności. Lista priorytetów nie może mieć tysiąca pozycji, bo nigdy się nie skończy. Na liście priorytetów trzeba mieć tylko pierwszą dziesiątkę. Inne rzeczy niech Pan wrzuci do jednego worka z napisem: „Zrobię albo nie zrobię, nieważne”.
Strona 84: Pisze Pani: "Nie daj się porwać spienionemu strumieniowi [...] pilnych oczekiwań innych ludzi". Tak, to wszystko pięknie i fajnie i z pozoru jest to najświętsza i najprawdziwsza prawda. Ale... gdzie tu miejsce na ODPOWIEDZIALNOŚĆ wobec innych osób? Mógłbym bez reszty oddać się tłumaczeniom książek, planowaniu kolejnej wyprawy, słuchaniu, a może i tworzeniu muzyki, pisaniu artykułów etc. - jednym słowem temu wszystkiemu, co mnie fascynuje, podnieca, pociąga, bawi, co lubię i
kocham robić, co pragnę robić. I to powinien być dla mnie PRIORYTET ŻYCIA. Ale co z obowiązkami? Wobec matki, wobec żony, wobec dzieci? Gdzie wówczas czas na zwykłe, niemiłe, niesympatyczne, dołujące, ale przecież niezbędne do wykonania czynności, jak sprzątanie, prasowanie, gotowanie, zakupy i inne? Tym bardziej, że zarówno na te rozświetlające moje życie, jak i na te całkiem przyziemne czynności czas jest praktycznie tylko w weekendy? Mógłbym sobie cały Boży dzionek tłumaczyć książkę.
Albo prowadzić korespondencję w sprawie ekspedycji w poszukwianiu Agarthy (załóżmy). Czy moja matka, albo żona, albo dziecko mają zająć się tymi przyziemnymi sprawami, abym ja, "książę udzielny", miał czas na swoje pasje? Nie! Tak to nie działa, pani Beato! Nie mogę swoich rzeczy zaniedbać, nie mogę ich porzucić, to rzecz jasna, ale też nie mogą one stanowić numeru 1 moich priorytetów! To jest smutne, ale to jest życie! Czy to dlatego właśnie tak wielu podróżników, których znam osobiście
lub ze słyszenia nie ma żon/mężów i dzieci? Czy to nie jest właśnie tak - nawiązując do wcześniejszych kwestii - że podróże (albo pisarstwo, praca radiowa etc. etc., jednym słowem pasja) nie zastępują im Miłości, nie stanowią odskoczni, zapomnienia od samotności? Czy ceną za sukcesy życiowe/zawodowe i za osobiste poczucie spełnienia ma być samotność? A z drugiej strony, czy ceną za nieuniknione kompromisy w życiu prywatnym i zawodowym, jeśli ma się rodzinę i odpowiedzialne stanowisko, ma
być całkowita lub częściowa niemożność realizacji własnych pasji i fascynacji? Jeśli tak, to należałoby się właściwie wycofać i z tego, i z tego, jak robią to niektórzy mnisi buddyjscy, bo żadna z tych postaw nie przynosi całkowitego szczęścia i spełnienia. Albo bowiem spełniamy swe marzenia kosztem życia rodzinnego, albo mamy (zakładam, że) kochającą i kochaną rodzinę i ustabilizowaną pracę, lecz na realizację marzeń nie staje już czasu i energii (a przynajmniej nie możemy poświęcić się
temu bez reszty).
Panie Waldku. Człowiek zyjący na ziemi wśród ludzi musi pozostać w kontakcie z rzeczywistością. Mimo że ja zyję moimi pasjami, to przecież mam czas na robienie innych rzeczy. Sama prasuję swoje ubrania I traktuję to nie jak przykry obowiązek, ale jako jedną z rzeczy, które postanawiam zrobić. Czlowiek odpowiedzialny tak planuje swoje zycie, żeby nie wyrządzić krzywdy swoim najbliższym. To chyba oczwyiste trzeba czasem zawalczyć o swoje terytorium i zakres wolności, ale nie można być samolubem, który zajmuje się wyłącznie swoimi przyjemnościami, przykre obowiązki przerzucając na innych.
Strona 90: Jakże pięknie opisuje Pani siłę pasji i marzeń! Że potrafi ona przełamać każdą barierę, każdy opór materii. Napisała Pani: "Wiedziałam już, że jedno, o co warto walczyć w życiu, to swoje marzenia. Nawet gdyby oznaczało to utratę pracy." Pani Beato, cóż ja mogę powiedzieć? Że znowu ogarnia mnie zazdrość, iż "wstrzeliła" się Pani w taki moment i taką sytuację, gdy ewentualna utrata pracy nie stanowiłaby dla Pani aż tak wielkiego problemu? Iż albo nie miała Pani wówczas żadnych
zobowiązań i obowiązków rodzinnych, albo - mimo wszystko - własne marzenia były dla Pani ważniejsze, niż cokolwiek innego? Iż najwyraźniej także całkiem przyziemna rzecz, czyli sytuacja finansowa, sprawiała, że mogła Pani sobie pozwolić na potencjalną utratę pracy? Pani Beato, niestety, nie wszyscy mają tak dobrze! Zaledwie w ostatni czwartek, 23 listopada, odbyłem rozmowę ze swym szefem. Owszem, wyraziłem swe obawy związane z piastowanym obecnie stanowiskiem, owszem, powiedziałem mu, że
nie wszystko z tego co robię mnie interesuje, owszem, wspomniałem, że przyjmując te obowiązki spodziewałem się czegoś innego. Ale czy mógłbym tak po prostu powiedzieć mu: "słuchaj, na obecnym stanowisku, w obecnej pracy, w tym dziale, a nawet w całej firmie czuję się osaczony i zaduszony, ta praca dzień po dniu zabija moją duszę i chęć do życia, tworzenia i realizacji pasji, codziennie od poniedziałku do piątku przy życiu trzyma mnie tylko wizja tego, kim mógłbym być, co mógłbym osiągnąć i
gdzie wyjechać!"? Cóż, mój szef jest (zazwyczaj) spokojnym i wyrozumiałym człowiekiem, a ponadto znamy się już od 12 lat (tak! tyle lat żyję już w Matriksie!). Zapewne więc powiedziałby bardzo łagodnie i rzeczowo: "nie trzymamy tu nikogo na siłę i nie zmuszamy do czegokolwiek; jeśli masz takie pasje, to ta firma nie jest dla ciebie właściwym miejscem." I co? Jaki miałbym wybór, pani Beato? Tylko taki: zostać i dalej do końca swej pracy zawodowej (albo i życia) dusić się w atmosferze
spraw, o których nie chcę mieć zielonego pojęcia (a muszę), bo mnie kompletnie, ale to kompletnie nie interesują, albo też odejść z pracy w poszukiwaniu marzeń i pozostawić rodzinę (przynajmniej na jakiś czas) bez środków do życia. Nawet bowiem jeśli "załapałbym" pracę w czymś, co lubię, to ani nie stałoby się to od razu, ani też nie zarabiałbym wystarczająco dużo, by utrzymać rodzinę. To jak to jest, pani Beato? Przeczytałem Pani książkę, lecz wciąż pozostaje pytanie: "JAK?".
Panie Waldku. Chińscy filozofowie mówią, że odpowiedź na to pytanie przychodzi sama – we właściwym momencie. Więcej chyba nie potrafie powiedzieć. Trzeba wierzyć z całych sił, trzeba marzyć i pragnąć, a wszystko co najlepsze dla pana, samo do pana przyjdzie. Na sto procent.
Strona 135: Wewnętrzny ogień? Ależ tak! Bez niego nie byłbym w stanie pracować tu gdzie pracuję (bo miałbym poczucie jeszcze większej pustki i beznadziei, niż teraz), marzyć, tłumaczyć, pisać etc. Ale co, jeśli w miarę upływu lat ten ogień przygasa, bo - vide wszystko powyżej - warunki sprawiają, że do realizacji marzeń coraz dalej, a nie bliżej? Niech mi Pani powie, jak w sobie ten żar utrzymać, aby dodawał siły do zmian i do ułożenia sobie szczęścia?
Prawdziwy żar daje radość, więc napędza sam siebie. Wiem, że są chwile zwątpienia czy rozterki, ale to co najważniejsze pozostaje niezmienne. U niektórych ludzi żar przygasa dlatego, że zamienia się w pewnej chwili w całkiem inną pasję, która sprawia, że człowiek nagle przewartościowuje wszystko i staje się innym człowiekiem. Za mało Pana znam, żeby wnioskować jak jest u Pana. Jedno wiem na pewno: wielka pasja to wielka siła. Nigdy nie wiadomo dokąd człowieka zaprowadzi, ale dobrze jest dać się jej porwać.
Strona 210: Zdanie podkreślone: "Pogoń za miłością, za przyjaźnią, za bliskością drugiego czowieka jest tylko dowodem na to, że nie żyjesz w zgodzie z samym sobą". Jak Pani już pisałem, jestem pełen uznania dla Pani i Pani dokonań. W wielu też sprawach poruszonych w książce zgadzam się częściowo lub całkowicie i dopiero teraz zaczynam pewne sprawy dostrzegać albo też dopiero po przeczyatniu "W dżungli życia" znalazłem nazwy na pewne stany psychiczno-emocjonalne, które trapiły mnie już od
dłuższego czasu. Książkę z czystym sumieniem polecam każdemu, bez względu na wiek, kto wciąż poszukuje swej drogi życiowej lub właśnie takiej drogi szukać zaczął. Ale CAŁKOWICIE nie mogę zgodzić się z powyższym zdaniem!! Pogoń za Miłością, a także bliskością i przyjaźnią to jedynie dowód na to, jak bardzo każdy człowiek jej potrzebuje! Pewnie, że w tej pogoni często popełniamy błędy i świetnie, jeśli są to błędy niewielkie i dające się naprawić. Ale życie w zgodzie z samym z sobą BEZ
Miłości, przyjaźni i bliskości jest w mym mniemaniu równie zabójcze, przerażające i przygniatająco-duszące, co życie bez spełniania i realizowania siebie. A co się tyczy tamtej sytuacji z Londynu, którą Pani opisuje: czy było to efektem rozpaczliwego poszukiwania bliskości, miłości i przyjaźni, czy też marihuany i alkoholu? A więc kto w rezultacie poniósł odpowiedzialność, za to, co się stało?
To jest to samo nieporozumienie, jak przy pierwszym i drugim cytowanym przez pana fragmencie. Miłość – tak. To ogromna wartość i skarb. Ale ustanawianie znalezienia miłości jako jedynego celu w życiu to moim zdaniem błąd, który popłniają najczęściej ludzie zagubieni, nieszczęsliwi i nie lubiący samych siebie. Robią tak w nadziei, że znalezienie miłości wyprostuje wszystkie zaplątane ścieżki w ich duszach. Ale to nieprawda. Problemy z wlasnym zyciem i własną duszą trzeba samodzielnie rozwiązywać. I wtedy można dopiero szczęsliwie się zakochac.
Strona 215: A teraz coś o egoizmie. Jak Pani myśli, jak wyglądaoby moje życie, gdybym znakomitą większość czasu spędzał na rozmyślaniu jak osiągnąć cel służący własnemu szczęściu i spełnieniu oraz na realizacji tego celu? Zaniedbać własną, bardzo ciężko chorą matkę, którą i tak - mam wrażenie - zaniedbuję myślą, gestem, słowem i czynem? Nie zwracać uwagi na partnerkę, niech ona robi zakupy, sprząta, gotuje, pierze, prasuje, zajmuje się dzieckiem, załatwia naprawy, sprawy w urzędach, wikt i
opierunek, bo JA muszę poświęcić się swemu największemu celowi jakim jest ostateczne i całkowite samospełnienie? Choć przecież ona też może mieć wielkie i ogniste marzenia? Jakże tu nie mówić o egoizmie? Jakże nie piętnować czegoś takiego? W każdym razie ja sam - nawet gdybym "powierzchownie" się do tego w życiu nie przyznawał i udawał, że wszystko w porządku - czułbym w głebi duszy niesmak, odrazę, wyrzuty sumienia, złość w stosunku do wlasnej osoby. Dlatego jeszcze raz podkreślam:
zazdroszczę Pani tego, że wszystkie te decyzje zaczęła Pani podejmować w takim wieku, kiedy jeszcze nie ma się różnych takich zobowiązań. Gdybymż tych 10 do 20 lat temu wiedział i rozumiał to, co wiem i rozumiem teraz (m.in. po lekturze Pani książki)! Praca w biurze, rodzina, chora matka (i do tego dostająca śmieszną emeryturę) - czy to wszystko nie są wystarczające powody do tego, by z jednej strony nie móc w pełni rozwinąć skrzydeł, a z drugiej, by płomień pasji przygasł? Niech mi Pani
powie, pani Beato!! Dlatego właśnie wspomniałem wcześniej, że mam wrażenie, iż jest już dla mnie za późno!!
O tym już napisałam powyżej. Nie wolno poświęcić się całkowicie spełnianiu oczekiwań innych ludzi. Ale nie wolno też oddać się samolubnemu spełnieniu własnych kaprysów. Trzeba znaleźć złoty środek. Ustanowić własne terytorium i czas dla siebie, a pozostały czas hojnie dzielić między innych ludzi, pomagać im i odpowiadać na bardzo długie maile ;)
I czy po tym wszystkim, co napisałem powyżej w tym długim liście uzna mnie Pani za człowieka-wampira i nie zechce nie tylko odpisać, ale nawet przeczytać do końca tego maila? I czy rzeczywiście - biorąc pod uwagę wszystko powyższe - jestem takim wampirem?
Jeszcze raz podkreślam: Pani książka jest Mądra, ciekawa i ważna. Mam szczerą nadzieję, że pozytywnie wpłynie na życie jak największej ilości młodych (i nie tylko młodych) ludzi. Ale po jej przeczytaniu dalej zadaję sobie Wielkie Pytanie: "Jak"? Dalej miotam się bezładnie, czasem czerpiąc doraźną satysfakcję z osiągnięcia doraźnego sukcesu. Czasem czynię plany mniejsze i większe, ale nie tyle brak mi determinacji, co widzę wciąż - moim zdaniem całkiem realne, a nie wyimaginowane -
przeszkody w realizacji. Niech mnie Pani źle nie zrozumie: nie proszę o radę w moim konkretnym przypadku, bo to moje własne życie, którego nikt lepiej ode mnie nie zna. Ale czemu wokół mego życia narosło tyle różnych "niemożności"? Kocham swą matkę i rodzinę. Nie chcę, nie mogę i nie potrafię ich zawieść, a jeśli czasem mi się to zdarza - czuję się z tym źle. Uważam, że winiem im jestem i miłość, i odpowiedzialność. W pracy także - choć jej szczerze nie cierpię - winien jestem
odpowiedzialność, bo tak zostałem wychowany. Nie mogę tak po prostu rzucić tej pracy "w diabły" (choć marzę o tym), bo nie mam żadnej innej pracy, a matka i rodzina nie mogą "głodować" (ponadto spłacam kredyt mieszkaniowy etc.). Pani Beato, JAK zatem?
Serdecznie pozdrawiam i życzę nieustającej Mądrości życiowej i tyle optymizmu co dotychczas.
Waldemar
Panie Waldku, przed końcem roku zawsze patrzę wstecz i myślę o tym co zrobiłam i o tym jakie mam plany. Czasem widzę, że nie wszystko poszło po mojej myśli, ale mam takie dziwne wrażenie, że stało się tak, jak powinno było się stać. Człowiek jest ziarenkiem we wszechświecie, w którym rządzą tajemnicze i niewyjasnione siły. Maja wpływ na nasze myśli i czyny. Ja czasem czuję dotyk tej siły i poddaję jej się jak łódka na oceanie. Czasem chwytam za wiosła i wiosłuję ze wszystkich sił. Wierzę zawsze w to, że świat w naturze swojej jest dobry i dąży do harmonii, do najlepszego ułożenia wszystkich spraw wielkich i malych. Więc czasem wszechświatowi trzeba się poddać, nawet jeśli nie można go zrozumieć.
Zyczę panu odnalezienia tego brakującego ziarenka wiary czy nadziei, tego zagubionego sensu. Wiem, że ponieważ dlugo go Pan szuka, lada moment odpowiedź sama zapuka do Pańskich drzwi... Serdecznie tego życzę i pozdrawiam,
Beata Pawlikowska