|
"Rzeczpospolita"
1b14
WYWIAD DLA "RZECZPOSPOLITEJ"
- Ile miesięcy w ciągu roku spędza pani w Ameryce Południowej?
Minimum dwa i pół. Zdarza się, że i pięć.
- Od dawna?
Od ponad dziesięciu lat.
- Dlaczego człowiek wybiera takie życie?
W dzieciństwie bawiłam się w taką grę: obserwowałam samolot i wyobrażałam sobie, że znajduję się na jego pokładzie. Stamtąd spoglądałam na ziemię i widziałam siebie. Gdy czytałam książkę o jakiejś odległej krainie, wyobrażałam sobie, że w niej mieszkam. Któregoś dnia odkryłam, że wyobrania to tylko początek drogi, a nie jej koniec. Podróż i przygoda są w zasięgu ręki! Tak wyjechałam po raz pierwszy. I wtedy okazało się, że wszystko wygląda jeszcze lepiej niż w książkach i telewizji. Gdzieś na końcu świata ludzie żyją według innych zasad, oddychają powietrzem, które inaczej pachnie i piją wodę, która inaczej smakuje. Codziennie budzę się w klimacie nieporównywalnym do naszego, polskiego. A co jest najbardziej pociągające? Mogę opuścić miejsce do którego niby jestem przypisana choćby przez urodzenie i doświadczyć tego, jak wyglądałby mój los, gdybym przyszła na świat np. w zagubionej w buszu wiosce.
- Nigdy nie interesowała pani klasyczna turystyka?
Nie interesuje mnie to, co stworzone dla potrzeb turystów. Oni płacą i nie chcą odczuć zbytniej różnicy między domem a celem podróży. Im starczy kontrolowana odrobina egzotyki. Gdyby trafili do Amazonii, nikt nie ośmieliłby się zaproponować im paragwajskiej specjalności pączka z manioku z tłustą larwą w środku. Dla nich zorganizowano by bufet z łososiem i krewetkami.
- Pisze pani, że w dżungli człowiek jest zdany tylko na siebie, na własną pomysłowość, siłę mięśni. Czy chęć sprawdzenia siebie w ekstremalnych warunkach jest ważnym powodem pani wypraw?
Ważniejsza jest ciekawość. Dopiero na miejscu okazuje się, że czasem trzeba przywołać całą swoją siłę. Dopóki człowiek nie znajdzie się w krytycznej sytuacji, nie zdaje sobie sprawy z własnych możliwości. Tu, w Polsce reguły gry są przecież proste: gdy nie mam siły by iść, staję, gdy czuję głód, kupuję sobie bułkę. Tam tak nie jest.
- Jakimi cechami powinien się wyróżniać prawdziwy podróżnik? Siła, wytrzymałość i...
...przede wszystkim wyobrania. Jest niezbędna, by przewidzieć konsekwencje każdego ruchu, kroku w obcym terenie.
- Jaką ma pani receptę na przeżycie w świecie, gdzie wszystko wydaje się wrogie?
Zawsze robić to, co tubylcy. Kiedyś po dziesięciu godzinach spędzonych na rozpalonej słońcem łodzi przypłynęłam do wioski indiańskiej, marzyłam tylko o kąpieli. Na brzegu rzeki pluskały się dzieciaki. Ponieważ chciałam mieć chwilę spokoju, odeszłam trochę dalej. I to okazało się głupie! Weszłam do wody, a wszystkie dzieciaki spojrzały na mnie z najwyższą ciekawością. A ja w następnym momencie wpakowałam się na wielkie, oślizgłe drzewo zatopione pod wodą. Tylko tubylcy wiedzą przecież, w którym miejscu wolno wchodzić do rzeki. Już dwa metry dalej mogą grasować piranie, płaszczki o trujących kolcach, albo kilkucentymetrowe rybki canero. Te są najbardziej paskudne. Żyją głównie w dorzeczu Orinoko i żywią się mięsem większych od siebie ryb. Wpływają im w skrzela i tam żerują. Człowiekowi mogą przy pomocy specjalnych kolców zainstalować się np. w nosie. Usunąć je można tylko chirurgicznie.
- Jakie wrażenie na Europejczyku robi ostatni park jurajski?
To tak, jakby znaleć się w filmie fabularnym z dinozaurami w roli głównej. Szczególnie piękna jest lekko podmokła dżungla, gdzie spotyka się kilkunastometrowe liście. Długie na kilka pięter! I warto znieść wszystkie trudy, żeby zobaczyć coś tak niezwykłego.
- Jakie dostrzega pani różnice w mentalności między Europejczykami i Indianami?
Po pierwsze, stres: u nas to stały element życia, oni są urodzonymi stoikami. Po drugie, czas: Europejczyk z przeszłości idzie w przyszłość, mniejszą wage przykłada do teraniejszości. A u Indian istnieje tylko bieżąca chwila. Nikt nie rozpamiętuje przeszłości, nikt nie zastanawia się nad przyszłością. Indianie wychodzą z założenia, że jutro przyjdzie taki sam dzień jak dziś.
- A podejście do rzeczywistości? Europejczyk ujarzmia naturę.
Tak. To trzecia podstawowa różnica. Europejczyk podporządkowuje sobie najbliższą okolicę. Kiedy trafi do lasu, zacznie wycinać drzewa, żeby zbudować porządny dom. Kiedy go postawi, poprowadzi drogę do najbliższego sąsiada, a potem dalej, aż do miasta. Bo stamtąd Europejczyk czerpie energię. A Indianin dostosowuje swoje życie do tego, co zastał w lesie. Nie wytnie drzew, z liści palmowych zbuduje sobie szałas, wokół znajdzie wszystko, co mu potrzebne do życia.
- W peruwiańskiej dżungli coraz mniej jest Indian, którzy prowadzą dawne, samowystarczalne życie. Czy to już ostatnia chwila, żeby wybrać się na spotkanie z nimi?
Tak. Indianin nie zdaje sobie sprawy, że można żyć inaczej, dopóki nie przyjdzie do niego ktoś z naszego świata. Ponieważ Indianin z natury przystosowuje się do tego, co go otacza, bez zastrzeżeń przyjmie też nową kulturę. Nie przyjdzie mu do głowy, że warto ocalić własne dziedzictwo. Ostatniego prawdziwego wodza w wiosce, do której trafiłam, otaczają wnuczęta w bawełnianych koszulkach, dżinsach i trampkach. Tylko wódz nosi jeszcze tradycyjny strój z włókien palmowych i maluje się czerwoną farbą z nasion owoców onoto.
|