|
`Intercity`
3b07
WYWIAD DLA PISMA POKŁADOWEGO `INTERCITY`
-
Wakacje w pełni. Pakujemy plecaki i wybieramy się to w góry, to na Mazury. Pani też kiedyś spakowała plecak i ruszyła ... do dżungli! Jak do tego doszło?
Przestałam odkładać rzeczy na póniej. Do tamtego momentu zawsze kończyło się na marzeniach i na planach. Aż wreszcie pewnego dnia stwierdziłam, że życie ma sens wtedy, kiedy człowiek jest w stanie się nim cieszyć. A ja różne przyjemne rzeczy odkładałam na potem, na jutro. Ale właściwie czemu nie zrobić tego DZI zamiast czekać do jutra?...
Jest Pani miejską dziewczyną, która uwielbia samochód, internet, wszelkie cywilizacyjne udogodnienia, tętniące wokół życie. Czy samotność w dziczy jest szukaniem równowagi, formą odreagowania?
Tak, ale nie wiedziałam o tym przed wyjazdem do dżungli. To się okazało dopiero na miejscu. W Amazonii całe moje życie zostało odwrócone do góry nogami, zmieniła się cała moja perspektywa, z której dotąd patrzyłam na świat. Nagle pojęłam rzeczy, o jakich wcześniej nie miałam pojęcia.
Na przykład jakie?
Zrozumiałam co to znaczy być samodzielnym. Zrozumiałam jak bardzo kruche jest życie człowieka, jak łatwo zagubić się w puszczy. Zrozumiałam co to znaczy głód i nauczyłam się pokonywać własne słabości. Wcześniej kiedy byłam zmęczona, to po prostu zaczynałam odpoczywać. W dżungli wszystko musiałam zmienić.
Czy trasa kolejnych podróży jest konsekwencją poprzednich, czy zdaje się Pani na ślepy los, błądząc palcem po mapie?
Wybieram miejsca, które w jakiś sposób działają mi na wyobranię. Czasem wystarczy tylko sama nazwa geograficzna, żeby wywołać gonitwę myśli i planów. Czy nie chciałaby Pani pojechać na przykład do Gujany Francuskiej i zobaczyć na własne oczy jak ona wygląda? No właśnie. Ja też chciałam. I w tym roku zobaczyłam.
Takie wyprawy na koniec świata muszą być bardzo kosztowne. Jak udaje się Pani zgromadzić fundusze na nie?
Nie wiem co Pani ma na myśli mówiąc kosztowne? Czy chodzi pani o sto tysięcy dolarów? Czy sto tysięcy złotych? A gdybym powiedziała, że taka wyprawa do Ameryki Południowej na miesiąc będzie kosztowała około czterech tysięcy złotych, uwierzy mi Pani?
Chyba nie uwierzę!
Tyle naprawdę kosztuje niezbyt skomplikowana wyprawa do Peru czy Kolumbii, podczas której zwiedza się kraj środkami lokalnego transportu. Do tego trzeba dodać koszt biletu lotniczego ale bilet kupiony w promocji to też wydatek mniejszy niż się zwykle ludziom wydaje. Dwa lata temu poleciałam do Sao Paulo w Brazylii za 450 dolarów w obie strony. Ale wracając do poważniejszych wypraw, takich, które trzeba samemu wymyślić i zorganizować, wynająć czółno i silnik, zatrudnić przewodników to rzeczywiście znacznie większy wydatek. Fundusze na moje wyprawy zbieram w najprostszy i najuczciwszy znany mi sposób pracuję. I odkładam. Zamiast kupić nowe modne buty, ja odkładam na podróż.
Zna Pani biegle hiszpański. Czy nauka tego języka była konsekwencją zainteresowań Ameryką Południową czy też odwrotnie - poznając język zainteresowała się Pani tym regionem? Ile lat uczyła się Pani hiszpańskiego?
Hiszpańskiego nauczyłam się w Ameryce Południowej. Hiszpański, jakiego używa się w Europie, jakoś mnie nie zachwycił. Różnica między hiszpańskim europejskim a latynoamerykańskim jest mniej więcej taka jak pomiędzy językiem brytyjskim a amerykańskim. W Ameryce Południowej po hiszpańsku mówi się bardziej melodyjnie i nie ma tam tego charakterystycznego świszczącego s. Poza tym jest to język bardzo łatwy dla Polaka.
Niewola u Indian Cuna, spotkanie z kanibalami, kąpiel w wodzie pełnej piranii, zgubienie się w dżungli, bliska znajomość z jaguarem, że o jadowitych pająkach i innych okropnościach nawet nie wspomnę! Nawet Indiana Jones nie wyszedłby z tylu opresji obronną ręką. Często wręcz igra Pani ze śmiercią. Czy narażanie się na takie niebezpieczeństwa świadczy o heroicznej odwadze? Czy to przekora, kuszenie losu?
Czasem to po prostu życie. Zbieg okoliczności. Nie planuje się spotkania z jaguarem (śmiech). A w jeszcze innych przypadkach to po prostu konieczność. Niech Pani sobie wyobrazi taką sytuację: siedzi Pani w czółnie przez dziesięć godzin, w palącym słońcu, jest tak piekielnie gorąco, że ma Pani ochotę się rozpuścić na dnie łodzi jak galaretka, ale nie ma mowy o odpoczynku, bo siedzi Pani w tej łodzi trzymając w rękach wiosło i kiedy przestaje Pani wiosłować, to łódka zamiast płynąć do przodu, zaczyna się cofać z nurtem rzeki. Nadchodzi wieczór. Jest Pani spocona, zgrzana, bolą panią wszystkie mięśnie, ma pani bąble na rękach i opuchnięte z gorąca stopy. Przybijacie do brzegu. Indianin mówi, że w tej rzece mogą być piranie. Co pani robi? Idzie pani spać bez mycia? Bez kąpieli? Bo ja zrzucam z siebie ubranie i wskakuje do rzeki. I macham rękami i nogami najmocniej jak potrafię, żeby odstraszyć wszystkie wodne węże, złe demony i piranie, które miałyby ochotę schrupać mnie na kolację.
Nie sposób zawsze polegać na samej sobie. Musi Pani często zdawać się na innych, często obcych ludzi. Czy zdarzyło się Pani srodze na kimś zawieść? Czy podczas podróży nawiązuje Pani dużo znajomości, przyjani i czy jest szansa na pielęgnowanie ich póniej?
Indianie są mistrzami świata we wszystkim, co dotyczy przetrwania w dżungli. Znają dziesiątki sposobów na odnalezienie śladów, robią kilka rodzajów grotów do strzał, którymi strzelają do zwierząt, słyszą rzeczy, których nie usłyszy ucho białego człowieka, widzą to, czego my dostrzec nie jesteśmy w stanie, potrafią komunikować się z dobrymi i złymi duchami dżungli, umieją znaleć wodę i lecznicze rośliny. W tej sferze życia nigdy się na nich nie zawiodłam. Czasem zdarzały nam się nieporozumienia na tle różnic mentalności. Ja kiedyś myślałam, że kiedy przewodnik mówi: wyruszymy o 6 rano, to znaczy, że naprawdę wyruszymy o świcie. I bardzo się robiłam nerwowa, kiedy o siódmej ja wciąż czekałam, a oni byli zajęci swoimi sprawami. Teraz wiem, że w puszczy obowiązuje jungle time czyli czas dżunglowy, który z naszym pojęciem czasu i punktualności nie ma nic wspólnego.
Czy wśród Indian wzbudza Pani ciekawość jako osoba nie z tego świata, czy sympatię, czy wrogość? Czy dziki mieszkaniec amazońskiej dżungli może być Pani bratnią duszą?
Budzę raczej przyjazne zainteresowanie. Jeśli ktoś nie ma ochoty mnie poznać, to skryje się w puszczy i tam zostanie. U niektórych plemion w bardzo jasny i wyrany sposób daje się do zrozumienia czy gość jest mile widziany, czy powinien raczej natychmiast wyruszać dalej w swoją drogę. Czasem spotyka się w puszczy dwie skrzyżowane ze sobą dzidy. To znak, że wkraczamy na terytorium szczepu, które może sobie nie życzyć odwiedzin. Trzeba więc ich zapytać o zgodę. W tym celu pod dzidami zostawia się jakiś niewielki dar, na przykład trochę wędzonego mięsa albo cukier. Następnego dnia wraca się po odpowied. Jeżeli dar został zabrany i zostawiono w zamian coś dla nas, to znaczy, że możemy wejść. Jeżeli nasz dar pozostał nie ruszony, to znaczy, że Indianie nie chcą, żeby im przeszkadzano.
Już sama lektura Pani książek dla niektórych może być największą przygodą. W głowie się nie mieści, że to o czym my czytamy Pani doświadczyła na własnej skórze. Czy taka żądza przygód drzemała w Pani od dzieciństwa? Czy kilkunastoletnia Beatka też szukała mocnych wrażeń wyruszając np. na tzw. giganty lub samotne wyprawy gdzieś stopem w Bieszczady? Czy też była Pani grzeczną dziewczynką, trzymającą się maminej spódnicy?
Chodziłam na wagary i wyruszałam czasem w podróże w nieznane. Wsiadałam w pociąg i znikałam. Zawsze umiałam znaleć drogę powrotną do domu.
Dla wielu osób sałatka z kalmara jest szczytem kulinarnych ekstrawagancji. Pani jada na swych wyprawach tak niesamowite rzeczy, że skóra cierpnie czytając o nich. Pieczony wąż, żółwie, iguany, larwy, piranie, małpę, mrówki a nawet ... zupę z nieboszczyka! Czy takie menu to konieczność aby przeżyć, chęć poznania nowych smaków? A co Pani jada po powrocie z wyprawy, w Warszawie?
W Warszawie jestem właściwie wegetarianką i nie mam ochoty na mięso. W Ameryce południowej to się zmienia. Daleko w dżungli nie ma wielkiego wyboru, a kiedy człowiek jest naprawdę głodny, to z niesamowicie ogromną radością je pieczone mrówki, które wojownicy przynieśli z polowania. Czasem próbuję różnych rzeczy z ciekawości. W tym roku na przykład bardzo smakowała mi kaszanka z tapira.
Blondynka w dżungli, Blondynka wśród łowców tęczy, Blondynka śpiewa w Ukajali to tytuły Pani książek. W radiu Zet - wiat według blondynki. Czy to przekora, świadoma prowokacja? Niejeden dał się nabrać na tytuł sugerujący frywolny, zabawny świat niezbyt rozgarniętej panienki.....
Przekora, prowokacja, zabawa. Ludzie lubią blondynki (śmiech).
Byłam pewna, że Pani debiut literacki to Blondynka w dżungli. Tymczasem już w wieku 18 lat napisała Pani książkę, czytaną w odcinkach w Programie III. O czym jest ta książka?
O tym jak Baltazar który dotąd mieszkał na Wyspie pewnego dnia postanawia wrócić na Ziemię i zobaczyć jak teraz wygląda tam życie. Książka opisuje tę jego podróż. Baltazar spotyka się z Miastami Nocy, rozmawia ze zwierzętami i roślinami, odnajduje swojego dawnego przyjaciela, trafia na wojnę i do dziwnych krain... Czasem jakis fragment z tej ksiażki zamieszczam na moich stronach w Internecie: www.beatapawlikowska.com.
Wiem, że pracuje Pani nad kolejną książką. Jakie przygody dzięki niej poznamy i kiedy?
Mam nadzieję, że moja następna książka podróżnicza ukaże się tak jak poprzedniewczesnym latem, może w maju przyszłego roku. To będzie dalsza część podróży rozpoczętej w książce Blondynka śpiewa w Ukajali. Tym razem wędruję przez dżunglę z dwoma Indianinami, z którymi między innymi przeżywam podróż w mistyczny świat szamanów i uczę się fruwać.
Z przecinkami walczy Pani jak Don Kichot z wiatrakami. Słusznie moim zdaniem. Czy puryści językowi czynią Pani z tego zarzuty? Czy innych różnych mniejszych lub większych bezsensów, których pełno na każdym kroku, też Pani nie ignoruje tylko z nimi walczy?
Staram się walczyć z bezsensami i z bezmyślnością. Czasem mi się to nawet udaje. Podczas czytania zawsze przeszkadzał mi nadmiar przecinków, które wysypują się w języku polskim jak grzyby po deszczy jesienią. Każdy przecinek coś oznacza, każdy przecinek na moment zatrzymuje czytelnika, nawet w tych miejscach, gdzie czytelnik wcale nie powinien być zatrzymywany. Dlatego w moich książkach przecinki stoją tylko tam, gdzie nie przeszkadzają.
Podróże, książki, artykuły do prasy, audycje w radiu i telewizji, spotkania z Czytelnikami na żywo i w internecie... Czy miewa Pani czas tak naprawdę wolny, tylko dla siebie, i jak go Pani spędza?
Maluję obrazy. Właśnie kończę malować obraz na płótnie pt. Piramidy nie-egipskie. A poza tym większość rzeczy, które robię i które ludzie nazywają pracą, to przecież wielka przyjemność.
Wielu rzeczy dokonała Pani jako pierwsza pierwsza kobieta, pierwsza Polka. O czym jeszcze Pani marzy?
Może polecę w kosmos?... (śmiech) Chciałabym nagrać płytę z muzyką dżunglową i zorganizować wystawę multimedialną: dwięki, światło, fotografie, obrazy, liany, rzeby, kolibry...
To trochę niesprawiedliwe wobec nas, zwykłych ludzików, że jedna, niewielka osóbka ma tak wspaniały styl i lekkość pisania, niesamowitą wyobranię, talent malarski, fotograficzny, kunszt dziennikarski, sto pomysłów na życie. Czy zdaje sobie Pani sprawę ze swej niecodzienności?
Myślę, że wielu ludzi ma mnóstwo wielkich talentów, tylko może ich nie pokazują, bo zbyt są zajęci gonitwą codziennego życia. Odkładają na jutro. Ja tylko zaczęłam żyć teraz.
Jakie życzenia złożyłaby Pani np. sąsiadce, której wreszcie udało się eksmitować z mieszkania ex-męża pijaka? Takich akurat nie znalazłam w Książce dobrych życzeń... Jak zrodził się pomysł na tak niecodzienną książkę?
Życzyłabym jej, żeby teraz udało jej się na nowo ułożyć swoje życie. Myślę, że takie życzenia też są w tej książce. A pomysł przyszedł mi do głowy wtedy, kiedy sama usiłowałam w ostatniej chwili wymyślić jakieś sensowne życzenia na Dzień Matki i nic oryginalnego mi nie przychodziło do głowy.
|