Powiedziała pani kiedyś, że małe blondynki są bardzo silne, szczególnie jak muszą 10 godzin maszerować
Ludzie generalnie są dużo silniejsi niż im się wydaje. Tyle, że nie zdają sobie sprawy ze swojej siły wewnętrznej, bo w codziennym życiu nie muszą do niej sięgać. Jak ktoś się zmęczy to sobie siada na ławce albo wraca do domu. W dżungli, kiedy człowiek długo idzie, płynie w czółnie, czy w inny sposób przez wiele godzin przemieszcza się za pomocą swoich mięśni, nie może powiedziec że nie będzie dalej wiosłować bo mu się nie chce. Bo nie zdąży do obozowiska albo łódkę porwie nurt.
Krytyczny moment przychodzi po pierwszej pół godzinie. Czujesz zmęczenie i myślisz: już nie mogę, nie mam siły, chcę wracać. Jeśli w tym momencie przezwyciężysz swoją słabość i nie zatrzymasz się mimo zmęczenia, to zacznie się dziać coś niezwykłego: będziesz się ładować jak akumulator. Im więcej siły zużywasz, tym więcej jej masz i tym lepiej się czujesz.
Odkryła to pani w dżungli?
Odkryłam to w najgłębszym kanionie świata Colca w Peru. Można zejść na jego dno – po bardzo stromym zboczu, wąską ścieżką pełną kamieni, które osuwają się pod butami. Na samą myśl, że będę musiała tą samą drogą wchodzić z powrotem na grzbiet zbocza, ogarniał mnie strach. Po dniu odpoczynku na dole, wyruszyliśmy do góry. Przez cały czas myślałam o tym ile jeszcze drogi zostało przede mną, czy dam radę. Kiedy zobaczyłam obok siebie indiańskiego przewodnika, zaczęłam go wypytywać i prosić, żeby dał mi znać kiedy będziemy już w połowie zbocza.
A on odrzekł: Nie myśl o tym. Zapomnij o miejscu, do którego masz dotrzeć. Ciesz się każdym krokiem, jaki teraz stawiasz, nie zastanawiaj się nad przyszłością. Przywitaj się z pięknym kamieniem, pozdrów kwiaty rosnące przy drodze. I znajdź swój rytm. Zrobiłam tak i nagle odkryłam ze zdumieniem, że weszłam w jakiś niezwykły stan medytacji. Szłam własnym rytmem, koncentrując się na wędrujących ze mną myślach. Sama nie wiem, kiedy weszłam na szczyt. Kiedy człowiek nie myśli o tym jak mu ciężko, że nie chce mu się iść do góry, że jest zmęczony, zawiesza się gdzieś między świadomością a podświadomością. Dzięki temu, co powiedział mi ten Indianin, kilka lat później udało mi się wejść na sześciotysięcznik w Himalajach. Notabene, razem z Jackiem Szmidtem, obecnym redaktorem naczelnym TS.
Jak osiągnąć taki stan zawieszenia myśli? Co zrobić by myśli przestały nas „bombardować”?
Wiele razy zdarzyło mi się przeżyć taki moment „medytacji w ruchu” w Amazonii, płynąc na wiosłach. Nie można przestać wiosłować, bo od razu nurt znosi łódkę w przeciwnym kierunku. Czasem na zakrętach jest tak silny, że wiosłowaliśmy z całych sił by... stać w miejscu. Jak się tak wiosłuje przez dwa tygodnie przez 10 godzin dziennie, to przychodzi moment, kiedy człowiek uwalnia się od swoich myśli. Można wsłuchać się w plusk wody. To absolutnie niezwykły dźwięk. Na rzece słychać różne odgłosy z dżungli, ale woda nas od niej izoluje. Słychać tylko miękkie pluśnięcie, kiedy wiosło zanurza się w wodzie, potem delikatne uderzenia kropel wody o powierzchnię rzeki, a potem znów rozcinanie wody przez pióro wiosła. To bardzo poruszający, zmysłowy dźwięk.
Co takiego udało się pani zrozumieć dzięki takiemu wysiłkowi?
Właściwie wszystko co dziś wiem o życiu. Monotonny, miarowy ruch jest jak medytacja. Wiosłujesz albo maszerujesz kolejną godzinę i wchodzisz w stan, w którym nie myślisz świadomie, tylko obserwujesz myśli. W takich chwilach problemy, które wydają się nierozwiązywalne po prostu... same się rozwiązują. One i wcześniej miały rozwiązanie, ale kiedy człowiek spina się i stresuje, to nie jest w stanie konstruktywnie myśleć. Dopiero kiedy rozluźnisz myśli, odpowiedzi na wszystkie ważne pytania same do ciebie przyjdą. Pojechałam kiedyś na wyprawę zostawiając za sobą pogmatwaną sytuację w mojej firmie. Płynąc ciągle kombinowałam, co zrobić, żeby ją usprawnić. I nagle olśniło mnie: ja w ogóle nie muszę jej prowadzić! Rozwiązałam tę firmę, otworzyłam inny, prostszy biznes.
Czy Indianie mają zwyczaj by „przechodzić” problem?
Tak, ale robią to nieświadomie. Indianie często muszą podejmowac taki długotrwały wysiłek. Jeśli do innej indiańskiej osady trzeba iść przez dwa tygodnie na piechotę przez dżunglę, to człowiek po prostu idzie. I przy okazji oczyszcza sobie umysł. Wystarczy słuchać swojej duszy i wsłuchać się w swoje ciało. W miastach ludzie tego nie potrafią i dlatego jest tak dużo ludzi otyłych. Bo przeciez organizm podpowiada czego potrzebuje i w jakiej ilości. W naszym świecie ludzie mnie potrafią wsłuchać się we własny organizm i tyją, bo jedzą więcej niż im potrzeba.
Pani też lepiej poznała siebie?
O tak. Dwa najdłuższe wędrowania dały mi wiele w życiu. Pozbyłam się różnych złudzeń co do siebie. Na przykład kiedyś wydawało mi się, że jestem silna, a podczas pierwszej wyprawy do dżungli okazało się, że byłam słaba, niesamodzielna. Jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia: zmęczyłem się, więc ktoś powinien mnie zmienić albo wyręczyć. Kobiety często mają przekonanie, że powinien zjawić się mężczyzna i złowić dla niej rybę czy przynieść kłodę. Ja też tak myślałam, choć uważałam się za niezależną i samodzielną osobę. Tam na rzece zrozumiałam, że jeśli się w krytycznej chwili poddam – przegram. Jeśli zaś powiem sobie „chcę to zrobić, wytrzymam” za 10 minut przybędzie mi sił. To umiejętność pokonywania słabości, która zostaje z człowiekiem do końca życia.
Nie zawsze dopiero nosząc kłody i wchodząc do najgłębszego kanionu odkrywa sie swoją słabość lub siłę. W nieznanych warunkach nawet takie rzeczy jak zrobienie siku w dżungli są próbą dzielności...
W dżungli tak prozaiczna czynność jak wyjście do toalety bywa wielkim wyzwaniem. Szczególnie w nocy. Kiedy śpi się w hamaku, ciemność jest tak czarna, że czuje się jej dotyk nawet przez moskitierę. I nagle trzeba z tego hamaka wstać i pójść w tę ciemność. Nie wiadomo nic- czy nadepnie się na jadowitą skolopendrę, skorpiona czy pająka? W ciemności czai się to wszystko o czym opowiadają Indianie - nietoperze wampiry, dobrotliwe lub złośliwe wróżki, złe duchy… To jest życie jak na kompletnie obcej planecie. Przy włączonej latarce jest jeszcze gorzej, bo można rozdrażnić to coś, co się kryje w tej ciemności. Poza kręgiem światła ciemność wydaje się jeszcze straszniejsza. Już nie wspomnę o tym, że kucając można się nadziać na jakiś kolec, trującą roślinę czy zwierzę, które w odruchu samoobrony może ugryźć, użądlić albo wstrzyknąć truciznę. Kiedyś musiałam się załatwić wsród tysięcy pająków. Wisiały wokół na pajęczynach i mrugały oczkami, jakby się zastanawiały, czy można mnie zjeść, czy nie.
Dowiedziała się Pani podczas tych wypraw czegoś o sobie, co panią zaskoczyło?
Kilka lat temu brałam udział w ekspedycji na szczyt wulkanu Mismi w Peru, 5600m. Dotąd żyłam w przekonaniu, że ja i góry to zupełnie inne bajki. Nie chodziłam nawet po Tatrach. Sądziłam, że mój żywioł to gorąca dżungla, a nie ośnieżone Andy. W przeddzień wyruszenia na szczyt życzyłam wszystkim udanej wyprawy, bo sama nie miałam ochoty chodzic po górach. Oddałam nawet moją latarkę, czekan, kijki trekkingowe i poszłam spać. Ale nie mogłam zasnąć. Przez całą noc przewracałam się z boku na bok, a o szóstej rano zerwałam się i oznajmiłam: idę z wami. Do dziś nie wiem co mną kierowało.
Może wzywała mnie do siebie góra, a może po prostu moja wewnętrzna siła chciała podjąć wyzwanie?... Na noc rozbiliśmy obozowisko na wysokości ponad 5000 metrów. Połowa ekipy nie miała już siły wyjść z namiotów, bo dopadła ich choroba wysokościowa. O drugiej nad ranem zjedliśmy trochę kisielu z owocami i ruszyliśmy na szczyt. Było kompletnie ciemno, zimno, a my szliśmy gęsiego po zboczu, z nadzieją że o swicie zdobędziemy szczyt. Na tej wysokości ciśnienie spada o połowę, jest bardzo mało tlenu, trudno oddychać, każdy krok jest wysiłkiem.
I nagle pomyślałam: co ja właściwie robię?! To nie ma sensu, po co mi ten szczyt? Może lepiej zawrócić do obozu? Ale szłam dalej. Coś mnie pchało od wewnątrz. Krok za krokiem, na przekór własnych myśli. I jako pierwsza zdobyłam szczyt tego wulkanu. Nie miałam nawet okularów przeciwsłonecznych i gdyby nie to, że szłam z czapką na oczach, oślepłabym od słońca odbijającego się od lodu. W ten sposób dowiedziałam się, ze kocham góry.
A jakieś niemiłe odkrycia na swój temat? W ksiażce „W dźungli życia” opisuje pani swoją walkę z bulimią i anoreksją. Jaki wpływ na pani zwycięstwo miały wyjazdy?
Kiedy zaczęłam podróżować prawie dwadzieścia lat temu, to była dla mnie ucieczka. Wydawało mi się, że jak wyruszę na wyprawę do dżungli amazońskiej, to znikną wszystkie moje kłopoty. Wybrałam dżunglę, bo to jest najbardziej nieprzewidywalne miejsce na Ziemi. Tam żyją Indianie jak w epoce kamienia łupanego, są gigantyczne owady, pięciometrowe rośliny i duchy, więc w takim miejscu można doznać olśnienia i zrozumieć o co mi naprawdę w życiu chodzi. Odrywałam się tam od cywilizacji, pieniędzy, polityki. Dzisiaj wiem, że próbowałam w ten sposób uciec od siebie. A to niemożliwe. Więc kiedy wracałam do domu, natychmiast powracały też wszystkie nie rozwiązane problemy. Przełom nastąpił kiedy zrozumiałam, że od problemów nie należy uciekać. Trzeba mieć odwagę, żeby je rozwiązywać. Kiedy wędrowałam przez długie dni i godziny po dżungli, zastanawiałam się nad sobą. Czego ja tak naprawdę chce? Czego najbardziej pragnę? Co dałoby mi szczęście? Bo podstawowym warunkiem zmiany siebie i swojego życia jest poznanie swoich pragnień.
I podróż stała się terapią?
Tak, bo miałam odwagę, żeby nazwać po imieniu to, co mnie trapi, a potem postanowiłam zmienić się w takiego człowieka, którego będę lubić i szanować. Pewnego razu wiosłując uświadomiłam sobie z przerażeniem, że ja po prostu siebie nie lubię. Każdy, kto jest chory na anoreksję, jest przede wszystkim chory na nienawiść do samego siebie. Choroba to sposób na wymierzenie sobie kary. Pomyślałam wtedy, że to szczyt bezsensu. Jestem sama ze sobą i siebie nie znoszę? To jakim cudem ktokolwiek inny miałby mnie lubić czy szanować?
A potem pewnego dnia w dżungli, tysiące kilometrów od mojego domu, zrozumiałam, że tylko ja mogę spełnić moje marzenia. Przestałam narzekać i czekać aż „coś” się stanie. Wzięłam się do pracy nad sobą i moim życiem. I wtedy już nie musiałam uciekać do nikąd, bo zaczęłam być szczęśliwa.
Sama świadomośc tego, że człowiek się nie lubi to tylko pół drogi. Potem trzeba coś z tym zrobić. Jak pani udało się zmienić to myślenie? Też dzięki wysiłkowi fizycznemu?
Pośrednio tak. Napisałam o tym całą książkę, ale spróbuję streścić w dwóch zdaniach. Zaczęłam pracowac nad sobą. Wypisałam na kartce cechy, których w sobie nie lubię i które chcę zmienić: brak odpowiedzialności, konsekwencji, lenistwo, pobłażanie sobie. Zaczęłam to zmieniać. Nie podobało mi się moje ciało, więc zapisałam się na zajęcia fitness, zmieniłam dietę. Najtrudniejsze i najważniejsze zarazem jest wypracowanie pozytywnego spojrzenia na siebie i na resztę świata. To punkt wyjścia. Jeśli ktoś syci się złą energią, nosi w sobie chęć zemsty, zazdrość, zawiść albo nienawiść, to wysyła złą energię, która szybko do niego wraca.
Moja recepta to pozytywne nastawienie i postawienie przed sobą dobrego celu, który można już teraz zrealizować. To wcale nie jest trudne, wystarczy podjąć decyzję i konsekwentnie się z niej wywiązać.
Jednym słowem, przyzwyczajenie się do wysiłku pomaga rozwiązać codzienne problemy?
Silna wola jest jak mięsień. Jeżeli będzie ją pani trenowała, wyrośnie na mocny biceps. Długotrwały wysiłek działa motywująco nie tylko dlatego, że człowiek wie, ze się sprawdził. Przede wszystkim zmienia podejście do jakiegokolwiek wysiłku w życiu. Ludzie zwykle wolą sobie poleżeć, odłożyć coś na jutro, nie męczyć się. Narzekają, że nie mają w życiu nic pięknego, ale nic też nie robią, żeby to zdobyć.
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Zawsze tyle spraw napatoczy się by zaciemnić kwestię tego, co jest priorytetem...
... Bo ludzie zachodu gubią się w myśleniu o przeszłości i przyszłości. Ciągle wszystko odkładają „na jutro”. A przecież może nie być jutra! I co wtedy? Indianie żyją skupieni na tym, co jest teraz. Ja też zrozumiałam, że nie ma sensu czekać. Jeśli chcę zrobić coś ważnego - to dzisiaj.
Trzeba jechać na koniec świata po takie lekcje?
Nie trzeba. Wystarczy tylko z samym sobą pogadać. W samotności. Bo przyjaciele w grupie ciągle się śmieją, rozmawiają, wszystko komentują. Poza tym trzeba uciec od szumu i hałasu miasta, gdzie nie można usłyszeć własnych myśli. Podróż daje dystans, konieczność dawania sobie rady, a to wyzwala siłę i energię, uczy samodzielności. I kiedy człowiek jest sam, to wreszcie ma szansę usłyszeć co mu naprawdę w duszy gra.
Ludzie podróżujący w grupie nie mają szans, żeby wsłuchać się we własne myśli. Poza tym wśród znajomych liczymy, że ktoś zrobi coś za nas, bo jest dobrym kolegą. Wśród obcych jest inaczej. Nic ci nie są winni, nie liczysz, że będą za ciebie nieść bagaż albo opowiadać żarty, żeby cię zabawić. Musisz się z nimi dogadać. Podróż o której mówimy, powinna nie tylko dać czas na przemyślenie problemów, lecz stwarzać konieczność dania sobie rady, a to wyzwala siłę i energię. Nie znając języka iść na targ, żeby kupić jedzenie, załatwić nocleg, umowić się z taksówkarzem na cenę - to wyzwanie dla samodzielności. Daleko od domu, bez telefonu komórkowego, dostępu do maila, człowiek jest sam ze sobą, z własną duszą. Słucha jej. Może wiele o sobie zrozumieć.
Najważniejsza nauka z podroży?
Jestem odpowiedzialna wobec samej siebie. Wszystkie marzenia spełniam sobie sama. Jeśli nie jestem szczęśliwa, tylko ja jestem temu winna. Niby proste, prawda? A jednak potrzebowałam aż 5 lat, żeby to naprawdę zrozumieć.
Zmiana sposobu patrzenia na świat i samego siebie dotyczy oczywiście wszystkich sfer życia, miłości także.
Nie ma nic gorszego niż pielęgnowanie w sobie żalu, rozczarowania i słabości, które przerzuca się potem na drugą osobę w związku. Moim zdaniem każdy powinien najpierw poznać siebie, nauczyć się lubić siebie i szanować. Mieć marzenia i starać się je zamienić na rzeczywistość. Pracować nad sobą, uczyć się, mieć pozytywne nastawienie do siebie i innych. Sam powinien kreować swój świat. Kiedy jest silny, odważny i samodzielny, może stać się doskonałym partnerem dla drugiego człowieka. Miłość zbudowana na takiej podstawie jest zdrowa i mocna jak skała.