onet.pl PATRONAT
Treść wywiadu
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Kufer z wywiadami

Powrót
Polska.The Times - czerwiec 2008
Prawdziwe dzikie plemiona nie są nadal odkryte – twierdzi podróżniczka Beata Pawlikowska w rozmowie z Konradem Dulkowskim

Znajdą nas, gdy sami będą chcieli


Media obiegły zrobione w dżungli amazońskiej zdjęcia Indian z plemienia, które nigdy dotąd nigdy spotkało białego człowieka. Pani uważa, że te zdjęcia to mistyfikacja.

Może nie tyle mistyfikacja, co drobne oszustwo. Moim zdaniem to zdjęcie jest prawdziwe, ale wcześniej upozowane.

Skąd to przypuszczenie?

Podróżuję po Amazonii od prawie 20 lat i z mojego doświadczenia wynika, że Indianie nie mieszkają w miejscach, które łatwo zobaczyć z powietrza. Dżungla amazońska z góry przypomina zielony kalafior, nie widać nic, co jest poniżej koron drzew. Dlatego właśnie to jest jedno z ostatnich miejsc, gdzie nieodkryte plemiona mogą istnieć. Tymczasem zdjęcie przedstawia chaty stojące na szerokiej drodze.

To pierwsza wątpliwość, a druga?

Indianie nie są głupi. To urodzeni myśliwi, którzy potrafią świetnie tropić i celnie zabijać. Na widok wielkiego żelaznego ptaka, który z rykiem krąży nad ich głowami, na pewno nie strzelaliby do niego z łuków, ale schowali się w dżungli i czekali na najlepszy moment do ataku. Kiedy Indianie z plemienia Flecheiros w Brazylii widzą, że na ich terytorium wpływa czółno z nieproszonymi białymi ludźmi, biegną dalej wzdłuż rzeki i kryją się na czubkach drzew. Kiedy łódka znajdzie się w zasięgu ich łuków, zasypują ją deszczem zatrutych strzał. Nie ma szans, żeby ktoś się uratował.

W takim razie kto i w jakim celu rozpowszechnił to zdjęcie?

Myślę, że organizacje, których zadaniem jest ochrona Indian. Chcieli w ten sposób zwrócić uwagę świata na bezprawie, jakie dzieje się w Amazonii.

Na stronie organizacji Survival walczącej o prawa rdzennych mieszkańców dżungli widziałem wstrząsające relacje Indian, którzy ocaleli jako jedyni ze swojego plemienia. Wszystkich ich bliskich zabili biali.

Indianie są mordowani, bo żyją na ziemi będącej łakomym kąskiem dla chciwych białych ludzi. W rzekach za pomocą trującej rtęci wypłukuje się złoto, a dżunglę karczuje pod plantacje albo dla drewna. Prawda jest taka, że gleba w dżungli jest zbyt uboga na uprawy warzyw, a w przypadku kradzieży drewna, dotarcie do dużych drzew wymaga zniszczenia ogromnej połaci mniejszych drzew, krzewów, roślin, czyli tego wszystkiego, co splątane w symbiozie tworzy ekosystem lasu tropikalnego. To zwykle nielegalne wycinki, ale trudno upilnować teren o powierzchni prawie równej Stanom Zjednoczonym albo Europie.

Słowem powtarza się historia „podbijania” Dzikiego Zachodu.

Wtedy też uważano, że Indianie są dzicy, a cywilizację to reprezentujemy my. Tymczasem my mamy swoją cywilizację, a oni maja swoją. Nasza opiera się na podboju. My wykarczujemy dżunglę, żeby postawić miasto, w którym będzie nam wygodnie żyć. Natomiast Indianie nie usiłują pokonać natury, ale żyją z nią w symbiozie. Z tego też wynika inne nastawienie do wielu spraw.

Na przykład podobno Indianie w ogóle się nie złoszczą.

Właśnie niedawno uświadomiłam sobie, że nigdy w życiu nie widziałam Indianina, który straciłby panowanie nad sobą.
Nas wyprowadzają z równowagi drobiazgi, na przykład to, że kanapka spadnie nam na ziemię. W takiej sytuacji biały człowiek zwykle krzyczy ze złości i przeklina, a Indianin zaczyna się śmiać.

Ale oni nie mają korków na drogach i innych irytujących atrybutów rozwiniętej cywilizacji. Jednak to właśnie my podbiliśmy ziemię, skonstruowali samoloty i sztuczne serce. I może karczowanie dżungli to cena, jaką płacimy za rozwój naszej cywilizacji?

Skoro jesteśmy tacy mądrzy, to powinniśmy zrozumieć co się stanie, kiedy naprawdę wytniemy dżunglę do ostatniego drzewa. W Amazonii rośnie 50 000 gatunków roślin, z których dotąd udało się poznać i opisać zaledwie połowę. Żyje tam jedna trzecia wszystkich ziemskich gatunków zwierząt. Dżungla wytwarza też 40% tlenu, którym oddychają ludzie na świecie. Jeżeli wytniemy dżunglę, zmieni się klimat na całym globie. Nie chcę powiedzieć, że nasza cywilizacja jest zła. Uwielbiam jeździć samochodem, Internet i muzykę, jakiej nie ma w dżungli. Nie staram się udowodnić, że świat Indian jest lepszy od naszego. On jest po prostu inny, ale równie dobry.

Dołącza więc pani do głosów mówiących, że należy zostawić w spokoju takich Indian, którzy nie mieli kontaktu z naszą cywilizacją.

Oni wypracowali sobie delikatną równowagę, która umożliwia życie w dżungli. Nasza ingerencja może tylko ją zburzyć. Tak się często dzieje za sprawą misjonarzy, którzy mowią Indianom, że ich szaman jest wcieleniem zła, a potem wyjeżdżają, zostawiając Indian z niczym. Szamana nie wolno słuchać, bo podobno jest „zły”, a kto w takim razie będzie ich leczył, chronił przed złymi duchami i radził kiedy iść na polowanie?

Większość z tych odizolowanych plemion wie, że istnieje jakiś inny świat. I niektórzy świadomie robią wszystko, żeby ten świat do nich nie dotarł. Wtedy właśnie świat obiegają sensacyjne wiadomości, że Indianie „zamordowali” grupkę białych, która w „pokojowych zamiarach” pragnęła nawiązać z nimi kontakt. Zginęli, ponieważ Indianie bronili swojego terytorium i swojej tożsamości przed białymi, którzy chcą podbić i zniewolić wszystko, co wciąż jest na świecie wolne i niezależne.

Skąd ci Indianie wiedzą, że w ogóle istniejemy?

Niektórzy nie wiedzą i dlatego kiedy przypływałam do takich szczepów, uważali mnie za UFO. A inni Indianie przemieszczają się po dżungli, spotykają myśliwych i wojowników , wymieniają się informacjami. Z ich punktu widzenia cały świat jest porośnięty dżunglą, ale niektórzy wiedzą, że za rzeką jest inna wioska, a za trzema rzekami mieszka inne plemię. My jesteśmy dla nich takimi ludźmi z wioski za dziesięcioma rzekami.

Historia zna odwrotne sytuacje. Po II Wojnie Światowej na jednej z wysp Indonezji znaleziono plemię, które nigdy nie widziało białego człowieka. Jednak po pewnym czasie okazało się, że to bajka, którą wymyślili wódz z szamanem, żeby poprawić byt wioski. Stali się atrakcją turystyczną.

Niektórzy Indianie mający kontakt z nasza cywilizacją poprzez misjonarzy albo handlarzy wiedzą, czym jest miasto. Może nawet spróbowali coli lub piwa. Albo zobaczyli tak egzotyczną ozdobę białych kobiet, jaką są biustonosze. Mogą wtedy zapragnąć zdobyć te dobra, idą więc do miasta. Ale tam się okazuje, że nie można niczego dostać za darmo ani znaleźć na drzewie. Podstawą życia w mieście są pieniądze, które trzeba zarobić. Problem polega na tym, że w świecie Indian nie ma kalendarza, zegarka ani niczego, co się z nimi wiąże. Indianin nie wie, co to są obowiązki ani na czym polega umowa o pracę. Nawet jeśli dostanie jakąś posadę, szybko ją traci. Wtedy albo wraca do dżungli, albo zostaje żebrakiem.

Nie są w stanie się zasymilować?

To dwa zupełnie różne światy. W dżungli nie funkcjonują zasady naszego świata i odwrotnie. Np. w dżungli nie ma przeszłości. Nikt nie wie, ile ma lat, nie istnieje coś takiego jak rok czy miesiąc. Zdarzało mi się, że czekałam wiele dni na kogoś, z kim się umówiłam. W takiej sytuacji biały człowiek myśli, że Indianie go lekceważą, albo że o nim zapomnieli. Tymczasem Indianie przychodzą wtedy, gdy po prostu nadejdzie odpowiedni czas na spotkanie. Nieważne czy nazwaliśmy ten czas poniedziałkiem, czy wtorkiem. Bo to my tak nazywamy czas, oni nigdy tego nie robią, bo nie ma takiej potrzeby.
W dżungli przeszłość istnieje o tyle, że się o niej opowiada. O przyszłości nie warto myśleć, bo nie wiadomo co się wydarzy. Tam zrozumiałam, że ważne jest to, co robimy teraz. I nie warto odkładać niczego na później, bo jutro może wcale nie nadejść.

Powroty do naszego świata były trudne?

Kiedy po dwóch miesiącach w dżungli wylądowałam w małym miasteczku nad Rio Negro wszystko mnie dziwiło. Widok mojej twarzy w lustrze, to że można pójść do łazienki i odkręcić kran, z którego leci woda. W dżungli kąpiel polega na tym, że wchodzi się do rzeki pełnej piranii i kajmanów, w której woda ma kolor kawy z mlekiem.

I wtedy człowiek sobie myśli: „rany, jak dobrze wrócić!”

Z jednej strony tak, ale potem rozmawia się z ludźmi i okazuje się, że oni nie potrafią docenić tego, co mają. Wszyscy mówią o pieniądzach i zastanawiają się co zrobić, żeby mieć ich więcej i ma się wrażenie, że to jest świat, w którym ludziom brakuje duszy.

Dżungla uczy doceniać inne wartości niż materialne?

Tam nauczyłam się rzeczy, które uważam za najważniejsze w życiu. Przede wszystkim wewnętrznej siły, jaką każdy z nas w sobie nosi, ale zwykle z niej nie korzysta. Bo nie musi. Jeśli nie chce się komuś czegoś robić to wzrusza ramionami, mówi „nie chce mi się” i żyje dalej. Dżungla nie daje takiego komfortu, bo każde poddanie się słabościom może oznaczać śmierć. Nie można zatrzymać się w połowie drogi, bo jestem zmęczona, bo mi się nie chce. Ale wtedy właśnie dzieje się coś niezwykłego – kiedy człowiek przezwycięża swoje słabości, staje się coraz silniejszy, tak jakby ładował się od własnego wysiłku jak akumulator.
W naszym świecie nikomu nie chce się pracować nad swoim charakterem. Niby ludzie chcą spełniać swoje marzenia, ale tak na co dzień nie robią nic w tym kierunku, bo to wymagałoby odrobiny siły woli, konsekwencji i wysiłku. Wolą więc nie robić nic i dryfować przez życie na tratwie bez kompasu.

Ale nie wybrała pani dżungli jako miejsca do życia.

Bo znalazłam równowagę. Będąc tutaj, jestem częścią tego świata, a jadąc tam, staję się częścią tamtego. Nie próbuję ich zmieniać, porównywać, ani przenosić zasad z jednego do drugiego.

Czy pani nigdy nie kusiło, żeby dotrzeć do takiego plemienia, które nigdy nie widziało białego człowieka?

Ja byłam wśród takich Indian. Wiele lat temu, kiedy kierowałam się typowym dla białego człowieka sposobem myślenia. Wydawało mi się, że jeśli gdzieś kryją się „prymitywne” plemiona Indian, to ja tam pojadę i stanę się wielkim odkrywcą. No i stałam się odkrywcą, ale co z tego? Pamiętam jak uświadomiłam sobie własną bezmyślność i zachłanność. Indianie w tamtej wiosce wtedy po raz pierwszy zobaczyli buty, moskitierę i osobę o białej skórze, jasnych włosach i niebieskich oczach. Byli zdumieni, dotykali mnie, zaglądali pod ubranie. Zapragnęli też nosić buty i chronić stopy przed kolcami. Chcieli jeść ryż z torebki zamiast manioku. Chcieli mieć cukier i mydło do prania. Ale nasza cywilizacja dałaby im też alkohol, nieznane im choroby, na które nie są odporni, takie jak na przykład zwykła grypa, która zabijała tysiące Indian po kontakcie z konkwistadorami. Dlatego dzisiaj nikomu nie mówię, jak trafić do tamtej wioski. I sama już też nigdy tam nie pójdę. Żeby im w ten sposób okazać szacunek, żeby mogli żyć tak, jak chcą.



Beata Pawlikowska – pisarka, podróżniczka, dziennikarka Radia ZET. Od prawie 20 lat przynajmniej kilka miesięcy w roku spędza podróżując, głównie po Ameryce Południowej. Swoje wyprawy opisała w wielu książkach, m.in. „Blondynka śpiewa w Ukajali”, będącą pierwszą książką polskiego autora wydaną przez National Geographic. Właśnie ukazała się jej najnowsza książka „Blondynka wśród łowców tęczy”. Co tydzień pisze felieton podróżniczy specjalnie dla Magazynu.

























Powrót