onet.pl PATRONAT
Treść wywiadu
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Kufer z wywiadami

Powrót
WERANDA - listopad 2007
Lubię wyjazdy tak samo jak powroty.

Na drzwiach mieszkania Beaty Pawlikowskiej wisi wizytówka i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że wisi od wewnątrz. - Jest tak ładna, że mogę jej się przyglądać godzinami. Zrobili ją dwaj rzeźbiarze z Mozambiku, wyryli na niej także moich chińskich opiekunów – słonia i węża – tłumaczy podróżniczka.

Ktoś może pomyśleć – po co osobie, która tyle czasu spędza w podróży, dom? Ale w życiu trzeba mieć miejsce, do którego chce się wracać, które jest tylko nasze, przez nas wymyślone i urządzone. Ja tak samo jak wyjazdy lubię powroty.

W Warszawie mieszkam od piętnastu lat, ale do niedawna mieszkania wynajmowałam, teraz wreszcie mam własne. Długo go szukałam, bo musiało spełniać specjalne warunki: chciałam, żeby było duże i słoneczne, czyli żeby okna wychodziły na wschód, zachód i południe. Lubię przestrzeń i naturalne światło. Znalezienie takiego mieszkania okazało się bardzo trudnym zadaniem, w końcu jednak to mi się udało. Urządzałam mieszkanie po raz pierwszy w życiu, ale wiedziałam jak powinno wyglądać.

Nie spodziewałam się jednak, że pochłania to tak dużo czasu i energii. Pewnego dnia szef ekipy remontowej, która pracowała u mnie w domu, powiedział: "Pani Beatko, czas kupić umywalkę". Myślę sobie – nie ma sprawy, pojadę do sklepu i kupię. Wchodzę, a tam na ścianie wisi trzysta umywalek. I jak tu wybrać tę jedną, z która spędzę następne kilka lat? Tak samo było z kaflami do łazienki, podłogą... Chodziłam więc po sklepach tygodniami, do chwili, gdy znalazłam dokładnie to, czego szukałam. Podłoga jest zrobiona ze złotego bambusa, który nie tylko pięknie wygląda, ale i jest twardszy od zwykłych parkietów. Poza tym bambus jest trawą, a więc mam parkiet ekologiczny, który nie powstał kosztem wycinania lasów albo tropikalnych puszcz.

Długo projektowałam kominek. Po obejrzeniu wielu katalogów stwierdziłam, że nie wymyslono jeszcze takiego kominka, jaki chciałabym mieć. Sama go więc zaprojektowałam – na wzór schodkowej piramidy Majów. Okazał się niezwykle pracochłonny w wykonaniu - fachowiec, który go dla mnie zrobił, powiedział na końcu z wyrzutem, że w tym czasie zrobiłby trzy normalne kominki. Efekt końcowy był jednak tego wart.

Moim rajem jest miejsce do pracy, czyli biurko i komputer. To tu spędzam najwięcej czasu - piszę książki i artykuły, a poprzez internet jestem w kontakcie z resztą świata. Meble w tym pokoju zaprojektowane są na wzór kufrów podróżnych.

Mimo, że żyję na walizkach, nie lubię, gdy w domu jest rozgardiasz po podróży. Dlatego zaraz po powrocie robię porządki. Nie lubię także w domu zbędnych rzeczy i staram się nie obrastać w przedmioty, które „mogą się przydać”. Nauczyły mnie tego ciągłe przeprowadzki. Wolę nowoczesne, jasne wnętrza. Antyki czy styl rustykalny kojarzą mi się nagromadzeniem rzeczy, które niepotrzebnie ograniczają przestrzeń i przytłaczają. Unikam bibelotów. Ozdobą mojego mieszkania są tylko pamiątki przywiezione z podróży. Mam w domu kawałek Ameryki Południowej, kawałek Afryki i Azji, tak nawet będąc tu w Europie jednocześnie jestem na innych kontynentach.

Niektóre pamiątki dostałam od Indian, inne od nich „kupiłam” za jakiś przedmiot. W ten sposób przywiozłam na przykład piękny łuk, dmuchawkę i strzałki z kurarą. Włócznię Masajów wymieniłam za latarkę. Oryginalną maskę Indian Mayoruna dostałam zamian za dwa kilogramy cukru.

Od kilkunastu lat z każdej podróży przywożę też figurki zwierząt – mam w kolekcji krokodyle z hebanu, tukany i papugi z balsy – najlżejszego drewna świata, żółwie z lateksu, czyli mleka drzewa kauczukowego, nosorożce z kamienia i żyrafy z drzewa różanego. Zbieram też wiosła, które „pomagają mi płynąć w dobrą stronę”.

Są miejsca na świecie, gdzie nie istnieje pojęcie domu. Na przykład u Indian znad Orinoko jest tylko plac, wokół którego biegnie spadzisty dach z liści palmowych. Pośrodku jest ognisko, dookoła którego wiszą hamaki. Dach nawet nie chroni przed deszczem, bo jak zacina, wszyscy są mokrzy.
Moje domy w dżungli to takie właśnie obozowiska z hamakami rozwieszanymi między drzewami. Jeśli przychodzi deszcz, to się śpi w deszczu. To okropne uczucie – najpierw jest ciepło i przytulnie, a potem nagle za koszulę zaczyna się wlewać lodowaty strumyk wody.

Mam nawet ziemię w dżungli. Przez moment chciałam wybudować tam dom, ale szybko zmieniłam zdanie, bo zrozumiałam, że już ktoś tam mieszka - jaszczurki, węże, skorpiony i pająki były tam długo przede mną. Ten kawałek dżungli ma dla mnie znaczenie symboliczne.

Niedaleko stamtąd mieszka mój przyjaciel – ornitolog. Zbudował coś w rodzaju stacji naukowej, gdzie przyjeżdżają studenci i uczeni z całego świata, żeby badać przyrodę Amazonii. Czuję się tam jak u siebie w domu. Jest tam fantastyczna kucharka Maria, która robi steki z pirarucu – największej słodkowodnej ryby świata. Ten amazoński kolos waży ponad dwieście kilogramów i ma cztery metry długości. Steki z pirarucu są większe od talerza, a smakiem przypominają mięso kurczaka.

Lubię moje domy z podróży. Dobrze się czuję zarówno w hotelu, przejściowm obozowisku, wiosce u Buszmenów, jaki i w mongolskiej Jurcie. Zawsze marzyłam, żeby przekonać się na własnej skórze, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie urodziła się w Polsce. Podróże mi to umożliwiają, bo żyję wtedy jak tubylcy. Jeśli oni jedzą pieczone mrówki, zupę z małpy czy żywe larwy - ja też je jem. Doświadczając tego samego co Indianin urodzony i żyjący nad Amazonką, Masaj mieszkający w Kenii albo dziewczyna z mongolskiego stepu, czuję się tak, jakbym zyskiwała nie tylko wiedzę, doświadczenia i przygody, ale i całkiem nowe życie.

Dorota Czerwińska


Powrót