|
|
"Claudia" - październik 2007

TYTUŁ: Świat według szczęśliwej blondynki
Drobna osóbka z wielkim charakterem. Najsławniejsza polska podróżniczka, dla której każda wyprawa to przede wszystkim ta w głąb samej siebie. Niektórzy mówią o niej kobieta z przeszłością. Uważna w tym co mówi i jak słucha. Nie lubi słów, które często używają kobiety: „pogodzona ze sobą. - To znaczy, że z rezygnacją przyjęło się coś przed czym nie ma ucieczki - tłumaczy. - Ja czuję się odwrotnie, bo odnalezienie samej siebie we własnym życiu to największe szczęście i skarb. - To prawda, że byłam blisko takich pułapek jak narkotyki, alkohol, anoreksja, bulimia, samotność czy przemoc. Ale zawsze w ostatniej chwili ratował mnie wewnętrzny głos, który mnie budził i podpowiadał, że przecież nie tego szukałam. Dziś jestem szczęśliwa. Bardzo długo szukałam odpowiedzi na ważne życiowe pytania. Pewnego dnia wreszcie zrozumiałam, że trzeba szukać szczęścia zamiast godzić się na coś, co jest niezgodne z moim sumieniem. Zaczęłam nowy etap życia. Dziś stoję na ziemi, ale jednocześnie rękami cały czas dotykam nieba.
Praca nad sobą Przez ponad piętnaście podróżowania po całym świecie przekroczyła w sobie granice strachu, zmęczenia, słabości, pobłażania sobie. Także obrzydzenia. - Wiem czym jest głód - dodaje. - Płynęłam czółnem przez prawie dwa tygodnie, wiosłując po dziesięć godzin dziennie. Piłam wodę z rzeki. Miałam tylko garść suchej kaszy, która pęczniała w żołądku dając na chwilę złudzenie sytości. W jej mieszkaniu w podwarszawskim Mysiadle na wielkim biurku, przy którym powstają książki, felietony i kolejne odcinki audycji „Świata według blondynki” do Radia ZET, leżą dwa drewniane wiosła. - Dał mi je wódz plemienia Indian amazońskich, żebym zawsze umiała płynąć w dobrą stronę. Cały czas pracuję nad sobą - mówi. - Chcę być dobrym, uczciwym, szczęśliwym człowiekiem. Indianie mówią, że każda choroba ciała pochodzi z duszy. Złe uczucia takie jak zazdrość, żal czy rozczarowanie po pewnym czasie zaczynają człowieka trawić od środka, choruje wtedy wątroba, serce, inne organy. Trzeba myśleć pozytywnie i skoncentrować się na spełnianiu własnych marzeń i osiąganiu celu. Nie ma sensu rozmyślać o tym, czego nam brak. Lepiej wykorzystać ten czas i energię na myślenie o tym co mogę zrobić, żeby mi się żyło lepiej.
Kiedy zaczęła wyjeżdżać z miasta i żyć w kompletnej ciszy tylko z dźwiękami natury bez wynalazków cywilizacji takich jak zegarek, komórka czy laptop, spostrzegła, że zaczyna używać zmysłów, o których nawet nie wiedziała, że je posiada. - Proszę sobie wyobrazić, że za gęsto splątanymi liśćmi siedzi nieruchomo wąż. Nie ma żadnej możliwości żebym go zobaczyła, usłyszała, ale WIEM, że on tam jest. Dzięki intuicji. Ona pozwala „zobaczyć” rzeczy zanim się pojawią. Często spotykam podczas wypraw tubylców, od których zależy moje życie. Nauczyłam się czytać z ich twarzy, gestów, spojrzenia, jakie mają intencje, kim są. Czasem wystarczy spojrzeć na kogoś zupełnie obcego i wiedzieć jak mu się układa w życiu, w pracy, jakie ma problemy w domu albo ze zdrowiem. Taka tajemna wiedza czasem bardzo się przydaje.
Dwa światy Dlaczego najbardziej ciągnie ją do Amazonii, gdzie jeździ nawet na trzy długie miesiące? - Bo nie jest zepsuta przez zło, które istnieje w miastach. Indianie nie mają w sobie fałszu. Są sobą. Nie wiedzą co to pieniądze, reklama, socjotechnika. I dlatego są absolutnie prawdziwi. W mieście ludzie przez cały czas muszą grać. Udawać lepszych niż są - bo wiedzą, że nieustannie ktoś ich ocenia. Ja nie oglądam telewizyjnych wiadomości, nie głosuję w wyborach. Nie jestem w stanie słuchać kłamstw i nieustannej manipulacji polityków. Czasem chciałam zostać z Indianami w dżungli na zawsze. Coś mnie jednak zawsze powstrzymywało i myślałam „jeszcze nie teraz, jeszcze nie tutaj”. Jak znajdę TO miejsce, zostanę. I choć od znajomego Kolumbijczyka ornitologa kupiła kawał ziemi w brazylijskiej dżungli, nie zbuduje tam domu. - Tam mieszkają już rośliny i zwierzęta. Nie zamierzam im przeszkadzać - tłumaczy. Przyjazd z wyprawy do Mysiadła, gdzie mieszka od roku, jest przyjemny. Sama to 3-poziomowe mieszkanie urządziła. Kolorowo. Jasno. Z kolekcjami figurek egzotycznych zwierząt starannie ustawionych na kominku przypominającym piramidę z Imperium Majów. - To tylko moja przystań. Dom jest we mniej - mówi oprowadzając po swym „królestwie”. Po przyjedzie robi pranie, jedzie po zakupy i sprząta, bo lubi wokół siebie idealny ład. I może wreszcie jeść ogórki małosolne, twaróg i razowy chleb, za którymi tęskni na każdej wyprawie. - Kocham wielkomiejskie życie tak samo mocno jak kocham dżunglę - mówi. - To dwa równoległe światy. Lubię jeździć samochodem, korzystać z Internetu, prowadzić audycje w radiu, występować w telewizji. Lubię perfumy i kosmetyki. W mieście nie ma sensu rezygnować z takich przyjemności. I choć muzyka dżungli przepełniona odgłosami natury przynosi ukojenie i ładuje jej akumulatory, nie wyobraża sobie życia bez tej „miejskiej”. - Muzyka ma na mnie magiczne działanie. Zawsze mam przy sobie odtwarzacz mp3 z ulubionymi nagraniami. Przenoszą mnie w inny świat, do którego nikt i nic nie ma dostępu. Nie ma stresu, pośpiechu ani nieuprzejmych kierowców. Ostatnio najchętniej słucham Johna Legend, lubię ”Mas que nada” Sergio Mendesa z Black Eyed Peas, płytę „The Eye” zespołu Yello, „Summertime” w wykonaniu Angelique Kidjo, mam tez sporą kolekcję płyt z muzyką chilloutową.
Samodzielna Do szczęścia potrzebuje wolności. - W niej zawiera się wszystko. Dopóki mogę pracować, wszystko jest możliwe. Jest feministką. Ale nie taką, która wykrzykuje nienawiść do mężczyzn i pali staniki. Tylko taką, która demonstruje swoją niezależność poprzez działanie. - Nie zastanawiam się czy mężczyźni są lepsi od kobiet, czy odwrotnie. Człowiek może być wartościowy, silny i odważny niezależnie od płci. Kiedy przeszłam na piechotę przez najbardziej malaryczną dżunglę świata czy zdobyłam sześciotysięcznik w Himalajach, nie robiłam tego, żeby udowodnić, że jestem lepsza od mężczyzn, tylko dla własnej satysfakcji. Nie trzeba sztucznie stwarzać platformy porozumienia między płciami. Mądre, aktywne i przekonane o swojej wartości kobiety są równorzędnymi partnerami równie mądrych mężczyzn. Agresywne feministki zapewne napotkają na swojej drodze narcystycznych macho. Czy mężczyźni się mnie boją? Czasem widzę jak mi się przypatrują, ale nie mają odwagi podejść i porozmawiać. Są czujni. Jakbym miała zaraz wyjąć jadowitego pająka z kieszeni - śmieje się. Po prawie 15 latach związku rozstała się ze swoim poprzednim partnerem. - Byliśmy różnymi osobowościami. Kiedy zaczęłam rozumieć, że chcę być człowiekiem wolnym i realizującym swoje marzenia, różnice między nami stały się nie do pogodzenia. Rozstaliśmy się. Beata robi pauzę. - Jeśli nie jest się szczęśliwym z drugim człowiekiem, to uczciwie jest przyznać się do tego przed samym sobą, i przed partnerem. Wtedy jest szansa zbudować swoje życie od nowa. Tak, to bardzo trudne. Ale warto spróbować. Kiedy spakowałam swoje rzeczy i przeprowadziłam się do nowego mieszkania, nagle uświadomiłam sobie, że prawdopodobnie będę sama do końca życia. Bo z rozwodów czy rozstań człowiek zawsze wychodzi poraniony i smutny. Trudno jest w takiej sytuacji wierzyć, że jeszcze kiedyś może się zdarzyć cud, że będzie można kogoś kochać i być kochanym. Z drugiej strony nie ma możliwości zbudowania nowego, dobrego, uczciwego związku bez wcześniejszego uporządkowania swojego życia. Zaczęłam więc od tego. Zbudowałam mieszkanie, urządziłam je, przeprowadziłam się, zaczęłam nowe życie jako tzw. singel. A potem stał się cud. I dzisiaj nie jestem już sama.
Miłość Kilka lat temu spotkała na swojej drodze Indianina. - On czekał na dziewczynę mieszkającą w gwiazdach. Co wieczór kładł się na ziemi i wpatrywał w niebo. A ponieważ był pięknym mężczyzną poczułam do niego rodzaj uczucia, które być może zostałoby uruchomione, gdyby spotkało się z odzewem z jego strony. Ale tak się nie stało. Bo ja wierzę tylko w szczęśliwą miłość. Uśmiecha się i po chwili dodaje: - Rafała poznałam kilka miesięcy temu na bankiecie jednej z wielkich firm. Oboje byliśmy tam specjalnymi gośćmi, dlatego posadzono nas przy jednym stoliku. Rozmawialiśmy o książkach i o islamie, i patrzyliśmy sobie w oczy. Niedługo potem wyjechałam do dżungli. To magiczne miejsce, gdzie wszystko jest możliwe. Rafał w tym czasie czytał moją książkę „Blondynka u szamana” i pisał do mnie listy. A potem spotkaliśmy się w Warszawie i… zaczęła się niezwykle piękna historia, która trwa do dziś. Kobiety mają dziwną tendencję do wiecznego zamartwiania się: czy ten facet jest wobec mnie uczciwy? A może jutro przestanie mnie kochać? A może już szuka sobie kogoś nowego? Ja wolę myśleć inaczej. Cieszę się każdą piękną chwilą, która mi się przydarza. Nie martwię się tym, co będzie jutro. Większości rzeczy przecież nie da się przewidzieć, więc po co się martwić na zapas? Miłość jest jak dżungla amazońska - cudowna i okrutna. Nie można jej schwytać ani zawłaszczyć. Przychodzi kiedy chce i dopiero gdy trafi na podatny grunt, zostaje i zaczyna kwitnąć.
Buntowniczka Jest i była outsiderką. - Pisanie wymaga ciszy i skupienia. Nie prowadzę bogatego życia towarzyskiego. Nie muszę niczego udawać przed innymi ludźmi, zawsze jestem sobą. Udało mi się tak ułożyć życie, że robię to co kocham najbardziej, a moja praca to jednocześnie moje hobby i odwrotnie. Jako nastolatka była zbuntowana. Marzyła o wolności, egzotycznych podróżach, pisaniu, malowaniu. Buntowała się przeciwko szkolnemu rygorowi, zmuszaniu do wkuwania nieprzydatnych formułek. Potrafiła przyjść do klasy w spodniach od piżamy, w kapeluszu zrobionym z deski klozetowej, a zimą chodzić boso po śniegu. Wagarowała. Wolała słuchać Beatlesów, pisać opowiadania o dżungli i rysować. Nie akceptowała ani siebie, ani świata dookoła. Próbowała popełnić samobójstwo. Miała wtedy siedemnaście lat. Lekarzom udało się ją uratować. Jako19-latka wpadła w anoreksję. - Nie chodziło o to, żeby mieć figurę modelki - zaprzecza. - To nie jest najważniejsze. Anoreksja to choroba duszy, która bierze się z zagubienia, braku celu i poczucia bezradności. Odmawianie sobie jedzenia i gubienie kolejnych kilogramów daje pozór kontroli nad własnym życiem. Bardzo złudnej kontroli, bo anoreksja to choroba prowadząca do śmierci. Ja chciałam się ukarać za to, że nie jestem szczęśliwa, że nie mam tego, o czym marzę, że nie jestem taka, jaka chciałabym być. Postanowiłam więc się odchudzić. Ale czy stracenie trzydziestu kilogramów rozwiązuje jakiekolwiek problemy? Człowiek jest chudy jak szkielet, ale wciąż ma chorą duszę. Pewnego dnia zrozumiałam, że to ślepa uliczka. Postanowiłam więc zaprzyjaźnić się ze sobą i urządzić swoje życie tak, żebym była z niego zadowolona. I to jest jedyna droga wyjścia z anoreksji czy bulimii.
Bez żadnego planu Beata rzuciła po paru tygodniach anglistykę a potem i hungarystykę. Kierunki kojarzące się z Zachodem, z podróżowaniem. - Moja mama nie mogła mi tego wybaczyć. Z jej perspektywy studia były warunkiem zdobycia dobrej pracy i szacunku. Radzono jej, żeby zeszła na ziemię, założyła rodzinę, urodziła dzieci i "ustatkowała się". Ale ona chciała żyć po swojemu. Beata żartuje, że to wszystko co „powinna” mieć ona, ma jej siostra: - Była harcerką. Ma męża, dwójkę dzieci, psa. Mieszka w Gdańsku. Jest doktorantką. Wykłada antropologię kultury na wydziale kulturoznawstwa. Mój młodszy brat niedawno skończył AWF. Mieszkamy daleko od siebie, ale bardzo się lubimy - dodaje z uśmiechem. Ona sama długo szukała swojej drogi. Była operatorem komputera przemysłowego w Zakładzie Elektronicznej Techniki Obliczeniowej w Koszalinie, pakowała zakupy w domu handlowym Saturn, była sekretarką i nauczycielką. W Londynie słała hotelowe łóżka i była kelnerką. Paliła papierosy, szukała zapomnienia w alkoholu. Pewnego dnia zrozumiała, że oszukuje siebie. - Żeby dobrze żyć, trzeba być silnym i podejmować świadome decyzje - mówi z przekonaniem w głosie. - Trzeba być dyrektorem własnego życia. Swoje traumatyczne przeżycia opisała w 2005 r. w bestsellerze „W dżungli życia. Poradnik dla dziewczyn i chłopców (oraz niektórych dorosłych)”. - Nie chodziło o wzbudzenie sensacji. Chciałam pokazać na własnym przykładzie co trzeba zrobić, żeby odnaleźć szczęście. Jak z osoby słabej, użalającej się nad sobą i topiącej smutek w narkotykach albo alkoholu stać się silnym, samodzielnym człowiekiem, który cieszy się życiem i zdobywa cele. Codziennie odbiera kilkadziesiąt maili, na które odpowiada na swojej stronie internetowej. Piszą niedoszli samobójcy, nastolatki chore na anoreksję i bulimię, czterdziestoletni zagubieni w życiu mężczyźni, ludzie głęboko nieszczęśliwi. Piszą, że po przeczytaniu tej książki zrozumieli co zrobić ze swoim życiem. Czasem tacy ludzie jadą z nią potem na wyprawy do Ameryki Południowej, Afryki czy Azji, jakie kilka razy do roku organizuje w ramach swego jednoosobowego biura podróży. - Napisał do mnie architekt: „Mam dobrą pracę, żonę i dzieci, ale straciłem radość życia. Czy może mnie pani zabrać do dżungli żebym odnalazł sens?” Niektórzy jadą na lekach antydepresyjnych, przed i po rozwodach. Smutni, zestresowani. I w obcym miejscu nagle stają wobec mnóstwa zagrożeń - wokół czają się jadowite węże, pająki i skolopendry, ryczą lwy, w ukryciu czyhają jaguary i gigantyczne pijawki. Muszą walczyć ze strachem, słabością, paniką, ze sobą. Ale niespodziewanie w ciągu dziesięciu dni spędzonych w dżungli amazońskiej odnajdują w sobie te rzeczy, które i ja kiedyś znalazłam. Odwagę i siłę. Wolę walki. Zwycięstwo.
Lekcja życia w dżungli Przyznaje, że jeszcze kilka lat temu podróż do dżungli była ucieczką, a nie wyprawą. - Czułam, że tam moje życie nabiera niezwykłości, że mogę być sobą. Po powrocie do Polski natychmiast atakowały mnie dawne, nie rozwiązane problemy. W naszym świecie ludzi chętnie obnażają swoje słabości, czasem nawet idealizuje się nieszczęśliwych bohaterów, którzy cierpią, upijają się i płaczą zamiast zrobić coś konstruktywnego. A ja właśnie w dżungli, wśród Indian, zrozumiałam, że nie ma sensu unikać wysiłku, pracy i odpowiedzialności za własne życie. Trzeba być samodzielnym, odważnym i silnym, bo inaczej się zginie. To jest prawda niezależnie od szerokości geograficznej. Pamięta, jak odmówiła, gdy zaproponowano jej wejście na wulkan Mismi w Peru. Wysokość 5600 metrów. Oddała kolegom swój sprzęt - latarkę i kijki trekkingowe. Poszła spać. Obudziła się o świcie, otworzyła oczy i postanowiła zaryzykować. - Nigdy wcześniej nie byłam w wysokich górach. Walczyłam z brakiem tlenu i niskim ciśnieniem atmosferycznym. Im dłużej szłam i więcej wysiłku musiałam wkładać w postawienie każdego kolejnego kroku, tym więcej znajdowałam w sobie wewnętrznej siły - opowiada. Na wysokości pięciu tysięcy metrów niektórzy dostali choroby wysokościowej i zostali. A ona poszła dalej i zdobyła Mismi. - W dżungli jest tak samo. Upał, parno, moskity, skolopendry, węże - opowiada. - Coś w człowieku krzyczy, że trzeba stamtąd natychmiast uciec. Jeśli w takiej chwili faktycznie się wycofa, nigdy niczego nie osiągnie także w życiu i w pracy. Jednak wystarczy w tym krytycznym momencie zrobić jeszcze jeden krok, jeszcze dwa i nagle człowiek odkrywa się w sobie niesamowity magazyn siły i energii, z której nie zdawał sobie sprawy. To podróże nauczyły mnie, że nie warto się załamywać, tylko w każdej sytuacji szukać rozwiązania.
Kiedyś wydawało jej się, że skoro jest z „małego” Koszalina, to wszyscy z Warszawy są lepsi od niej. Bo chodzili do lepszej szkoły, bo mieli w stolicy większe możliwości. - I na przykład jeśli Warszawiak napisze książkę, to od razu może podjechać z nią do wydawnictwa i podpisać umowę. Bo ja musiałam przez całą noc jechać z Koszalina do Warszawy, żeby zastukać do kilku drzwi i prosić o chwilę rozmowy. Przy Indianach nauczyłam się nie czekać biernie aż coś samo się zdarzy. Biorę życie we własne ręce i naprawiam w nim to wszystko, co mi się nie podoba. Nie wierzę w żadne fatum, przeznaczenie. Nic nie jest zapisane w gwiazdach. Każdy człowiek, w każdej sekundzie ma wpływ na to co się z nim stanie w przyszłości. Przestała odkładać przyjemne rzeczy na później, bo życie ma sens wtedy, kiedy człowiek jest w stanie się nim cieszyć. - Jestem człowiekiem, który marzy i wierzy, że można te marzenia spełniać jeśli się nad tym pracuje. Przy czym absolutnie ważne jest to, żeby być dobrym człowiekiem we wszystkim co się robi i mieć pozytywne nastawienie zarówno do siebie jak i reszty świata. Co mnie ostatnio wzruszyło? Afryka. Poranek nad rzeką. Cały świat spowity błękitną mgłą. Chwila tak niesamowita, że aż nierealna. Może człowiek żyje właśnie po to, żeby doświadczyć takich kilku cudownych sekund?
|