Beata Pawlikowska właśnie obchodziła swoje urodziny a wkrótce po nich wyjechała na Islandię. W Polsce bywa „na chwilę”. Jest przede wszystkim wybitną podróżniczką, pisarką , dziennikarką i fotografem, Znana z programu w radiu Zet „Świat według blondynki”. Jej najnowsza książka Poradnik Globtrotera, czyli blondynka w podroży to zbiór pięknych zdjęć, użytecznych obszernych porad oraz fascynujących opowieści i przygód podróżniczych.
- Poradnik globtrotera ma bardzo obszerna częścią zdrowotną. Czyżby blondynka zrobiła studia medyczne?
- Zrobiłam je teraz, dla potrzeb Poradnika. Musiałam przeczytać tysiące stron bardzo trudnych podręczników medycznych. Nikt dotychczas nie napisał o chorobach tropikalnych w sposób przystępny i zrozumiały. Czytając te książki musiałam najpierw zrozumieć, o co w nich chodzi, a potem musiałam przetłumaczyć to na język zrozumiały dla wszystkich.
- Co jest trudniejsze: przeczytać medyczne podręczniki czy przejść przez dżunglę amazońską?
- Gdybym przez ostatnie 15 lat studiowała podręczniki nauk medycznych, być może w Amazonii byłoby mi łatwiej. A tak – mam nadzieję – będzie łatwiej moim czytelnikom. I to nie tylko podróżujących po Amazonii, ale i we wszystkich innych zakątkach świata.
- Jakie leki bierze pani ze sobą.
- Właściwie żadnych, z wyjątkiem węgla, wody utlenionej, paracetamolu. Nie zabieram antybiotyków, bo musiałabym też zabrać lodówkę – na opakowaniu zawsze jest przecież napisane, że lek trzeba przechowywać w miejscu „suchym i ciemnym”. W dżungli nie ma takich miejsc. Zamiast dużej torby leków lepiej zabrać zdrowy rozsądek: ja zawsze śpię pod moskitierą, noszę długie rękawy, używam środków odstraszających owady, nie piję nie przegotowanej wody. Czasem jednak nie da się uniknąć zagrożenia. Pewnego dnia zachorowałam na gorączkę tropikalną denga. Czterdzieści stopni gorączki, potworny ból całego ciała, kłopoty z oddychaniem. I nie ma żadnych lekarstw, które leczą tę chorobę. Leżałam bez przytomności przez dziesięć dni. Miałam szczęście, bo zdarzyło się to w Paragwaju, gdzie zajęli się mną polscy misjonarze.
- Wybierając się w podróż zabiera pani którąś ze swoich książek, aby komuś ją podarować. Gdzie na świecie są więc książki Beaty Pawlikowskiej?
- Chyba wszędzie: od Ameryki Północnej, przez Amerykę Południową, Afrykę, Azję i Europę. Zostawiałam je najczęściej tubylcom, którym chciałam dać pamiątkę pochodzącą z mojego „pueblo”, czyli kraju, skąd pochodzę. Dla niektórych Indian to jest pierwsza książka, jaką widzą w życiu. Biorą ją delikatnie do rąk, a potem odwracają, żeby zobaczyć plecy osoby, której twarz widać na okładce. Moja książka była dla nich magicznym przedmiotem, bo po raz pierwszy widzieli ludzi uwiecznionych na fotografiach – czyli w ich pojęciu ludzików mieszkających wewnątrz książki. Kilka moich książek jest w dżungli u mojego przyjaciela ornitologa. Są w Kolumbii w wiosce Indian Carapana. W Brazylii, w wiosce Indian Mayoruna i Marubo, są w Malezji i w Chinach. Sa też w Afryce, bo byłam ostatnio u Masajów byłam i podarowałam im moją książkę.
- Myślałam, że wykupiła się pani książką u wodzów Indian, którzy planowali pojąć panią za żonę.
- Oni zmienili zdanie: jeden uznał, że jestem za blada a drugi – że za głośna. Zresztą ja uciekam z takich miejsc i nie zostawiam tam po sobie prezentów.
- Dlaczego ze wszystkich miejsc na ziemi wybrała pani dżunglę amazońską.
- Bo są tam miejsca, gdzie nigdy nie stanęła ludzka stopa. Żyją tam ludzie, rośliny i zwierzęta, które nigdy nie mialy kontaktu z nasza białą cywilizacją. I są tam duchy, bo Amazonia to także świat pozazmysłowy.
- Kupiła pani sobie ziemię w dżungli i chciała wybudować tam dom a potem zrezygnował pani. Dlaczego?
- Bo przecież tam już ktoś mieszka! To jest dom jaszczurek, węży, skorpionów, papug i pająków, które były tam dlugo przede mną. Nie mam więc zamiaru tego zepsuć. Wolę po prostu rozwiesić hamak miedzy drzewami. Wtedy jestem częścią tego świata, a nie intruzem.
- Skoro mówimy o świecie pozazmysłowym w dżungli – ponoć zamieszkały w pani tsentsaki.
- Tak, dostałam je od szamana. Tsentsaki to rodzaj duchowych pomocników. Można nimi kierować, wysyłać w stronę czlowieka, któremu chcemy pomóc. Jest jednak jeden warunek: trzeba pić sok z tytoniu. A ponieważ w Polsce soku z tytoniu nie mam, więc przypuszczam, że moje tsentsaki są w stanie uśpienia.
- W czym one pani już pomogły?
- Zawsze miałam wrażenie, że czuwa nade mną jakaś magiczna moc. Byłam wiele razy w niebezpieczeństwie – i nie mam na mysli tylko zagrożeń strony zwierząt albo ludzi, ale także ze strony samej siebie. Ludzie czując się nieszczęśliwi chwytają się różnych rzeczy, które mają na chwile poprawić ich samopoczucie. Ja tez tak robiłam. Próbowałam poprawić poczucie własnej wartości alkoholem. Wtedy wydawało mi się, ze jestem wszechpotężna i zmienię wszystko, co mi w zyciu przeszkadza. Problem polegał na tym, że gdy kończyło się działanie alkoholu, powracało poczucie bezradności, spotęgowane o jeszcze gorsze samopoczucie fizyczne i psychiczne. Wtedy znów sięga się po kieliszek. To prosta droga w otchłań. Ale coś zawsze kazało mi wziąć się w garść i naprawiać moje Zycie zamiast je niszczyć...
- Mogła pani też umrzeć z powodu anoreksji...
- Tak, mogłam się zagłodzić. Ale znów wewnętrzny głos zmusił mnie do zastanowienia się co zrobić, żeby być naprawdę szczęśliwą?
- Podróżować! Czy podczas pani eskapad dobre duszki się przydają?
- Kiedyś w samym centrum Limy poczułam dziwne dotknięcie. Od razu się domyśliłam, że zostałam okradziona. I rzeczywiście, z plecaka zniknął portfel z pieniędzmi. Rozejrzałam się wokół: setki, może tysiące twarzy, która z nich należy do złodzieja? Nagle spojrzałam na pewnego mężczyzne i wiedziałam, że to on. Chwyciłam go z ręce – ale, o dziwo, były puste! Przez chwilę poczułam się głupio. Ale potem znów coś mnie tknęło i podniosłam jedno z jego ramion. Spod pachy wypadł mój portfel. W dżungli amazońskiej tysiące razy byłam o centymetr od śmierci lub tragicznego wypadku. Podczas wędrówki przez dzunglę może się zdarzyć naprawdę dużo nieprzewidywalnych rzeczy. Wystarczy się potknąć i upaść na ostro zakończony palik, który Indianie pozostawiają przy ścieżkach. Można zostać uderzonym elastycznym pnączem, którego kolec o milimetr omija oko… Można wpaść do czarnej dziury albo zostac ukąszonym przez jadowitego węża czy pająka…
- Kim pani naprawdę jest? Blondynka, wiotka, delikatna, kiedyś cierpiąca na problem alkoholowy i anoreksję, teraz zajada się ze smakiem mrówkami i potrafi rozwodzić się na temat rosołu z małp... Na dodatek w Europie jest pani wegetarianką.
- Egzotyczne potrawy zawsze mnie fascynowały.
- No to zacytuję pani wypowiedź z jednego z wywiadów: mrówki są kruche, chrupiące, lekko słone, pożywne...
- Mrówki są bardzo dietetyczne! W ogóle całe jedzenie z dżungli jest zdrowe i dietetyczne. Dziczyzna nie jest tuczona w żadnych klatkach ani na fermach. To bardzo uczciwy układ: każda kolacja ucieka i trzeba ją dogonić. I nigdy nie wiadomo kto kogo zje wieczorem. Poza tym w dżungli poznałam tez prawdziwy głód, umiem się więc cieszyć tym, że mam coś do jedzenia
- Upolowała sobie pani kiedyś obiad?
- Myśliwy w dżungli zaczyna naukę strzelania z łuku lub dmuchawki, kiedy ma osiem lat. Osoba wychowana w mieście nigdy w tych umiejętnościach nie dorośnie mu do pięt. Wprawdzie wiele się od Indian nauczyłam, także strzelania z łuku, ale proisze sobie wyobrazic jak trudno jest trafić do małpy, która skacze po gałęziach ukryta w liściach pięćdziesiąt metrów na ziemią.
- Dziękuję za rozmowę.