Największą pasją jest samo życie!
Beata Pawlikowska przyznaje, że ma wiele pasji, bez których nie wyobraża sobie życia. Odkąd pamięta rysowała, malowała, pisała, marzyła o podróżach. Potem doszła jeszcze miłość do radia. -Pewnego dnia zrozumiałam, że te moje zainteresowania można ze sobą pogodzić – opowiada.
Teraz podróżuje, opisując swoje przygody w książkach, ilustrowanych własnymi fotografiami i rysunkami. O swoich podróżach opowiada też w audycji „Świat według Blondynki” w Radiu Zet.
W jakim języku rozmawia Pani z Indianami?
Po hiszpańsku. Zawsze też jest ze mną przewodnik, który potrafi mówić lokalnymi narzeczami.
Co najbardziej zaskoczyło Panią, kiedy po raz pierwszy odwiedziła Indian?
W naszej kulturze ludzie bez przerwy odgrywają jakieś role, noszą „maski”, wynikające z pełnionych przez nich społecznych funkcji. Natomiast Indianie w dżungli, Masajowie czy Buszmeni w Afryce różnią się od nas tym, że nie muszą niczego grać, zawsze są sobą. Dlatego tak bardzo lubię do nich wracać i żyć wśród nich.
A szamani? Przecież oni mają wielką władzę nad ludźmi?
Mają też powołanie i wielką moc, i ani jednego powodu, żeby oszukiwać. Kandydat na szamana musi przejść trudną drogę – odmawiając sobie jedzenia i kontaktów z kobietami. Potem szaman żyje w dwóch światach - wśród ludzi i w świecie duchów.
Czy szaman wyleczył Panią kiedyś z jakiejś dolegliwości?
Tak, kilka razy, zawsze z dobrym skutkiem. Indianie znają lekarstwa na wszystkie choroby, a szamani często zażywają specjalne środki, dzięki którym mogą się przedostać do innego świata i tam szukać wskazówek. Często w tym celu zażywają środki halucynogenne, żeby zobaczyć to, co niewidzialne.
Co Pani je w czasie takich wypraw?
Nigdy nie zabieram ze sobą konserw ani jedzenia w proszku. Jem to, co jedzą Indianie, a czasami razem z nimi głoduję. W dżungli nie ma soli, ale można posolić potrawę dodając do niej popiołu ze spalonych liści pewnej palmy. Drugą przyprawą jest piekielnie ostra papryczka. Wystarczy do garnka z rzeczna wodą wrzucić rybę bez wnętrzności, ale z łuskami i głową, dodać kilka czerwonych papryczek i otrzymujemy gorącą, piekącą wodę pełną łusek, które trzeba wypluwać. Do indiańskich smakołyków należą też pieczone mrówki i żywe larwy.
Jak Indianie sobie radzą z zachowaniem higieny?
Tak samo dobrze, jak Europejczycy. Do załatwiania potrzeb fizjologicznych są wydzielone osobne miejsca, daleko od źródeł wody. To tylko nam się wydaje, że w dżungli można się załatwić pod każdym krzaczkiem.
Jak wygląda Pani podróżny ekwipunek?
Mam dwie pary spodni z lekkich syntetycznych tkanin nowej generacji. Te kosmiczne materiały oddychają, szybko schną i mają wiele innych zalet. Zabieram dwie koszule z długimi i krótkimi rękawami, sprzęt fotograficzny, filmowy i do nagrywania dźwięków, a także zapas notatników i długopisów.
Przywozi Pani wiele pamiątek z podróży?
Mnóstwo! Niektóre dostaję od Indian, inne od nich kupuję, wymieniając za jakiś przedmiot. W ten sposób przywiozłam piękny łuk, dmuchawkę i strzałki z kurarą. W moim domu jest pełno figurek zwierząt –mam krokodyle z hebanu, kajmany z zielonego drewna palo santo, tukany i papugi z najlżejszego drewna świata, balsy, żółwie z lateksu, czyli mleka drzewa kauczukowego, kamienne hipopotamy i nosorożce, hebanowe słonie i żyrafy z drzewa różanego. Często kupuję te rzeczy z zamiarem oddania ich komuś w prezencie. Ale potem patrzę na nie i myślę, przecież każde jest inne i najlepiej prezentują się w stadzie… Więc muszą zostać ze mną.