Beata Pawlikowska, znana podróżniczka, dziennikarka i pisarka, po raz pierwszy od 15 lat spędzi tak nietypową Wielkanoc – bo w Polsce. „Super Expressowi” opowiedziała o swoich najbardziej egzotycznych świętach, potrawach i o tym, w jaki sposób odmieniła swoje życie.
- Pisanki zrobię, bo lubię malować – uśmiecha się, parząc herbatę. Właśnie wróciła z Afryki, tuż po świętach wyrusza na kolejną wyprawę.
Jak można się jednak tego spodziewać, na polskim stole podróżniczki nie zabraknie i egzotycznych przysmaków: pieczonych mrówek, w smaku przypominających bekonowe chipsy, jakie przemyciła ze swoich wypraw (Tomasz Raczek, znawca filmu, którego częstowała tym przysmakiem, stwierdził, że mają smak czekolady), czy świeżych nasion baobaba.
- Można je zjeść i wyhodować sobie w żołądku drzewo – opowiada z właściwym sobie humorem.
Najbardziej niezwykłą potrawą, jaką jadła podczas Wielkanocy, była fanesca.
Przyrządza się ją tylko w tym czasie, w Ekwadorze. Tuż przed Wielkanocą, w każdym ekwadorskim mieście, na każdej restauracji, barach wiszą olbrzymie reklamy: - Tu fanesca! U nas najlepsza!
W powietrzu unosi się zagadkowy zapach gorącej ryby.
Bo też fanesca to właśnie gęsta, kremowa zupa z wędzonego dorsza. Beata Pawlikowska też ją na swoją Wielkanoc zrobi.
- W całej Ameryce Łacińskiej obchodzi się Wielkanoc jeszcze huczniej niż w Polsce – mówi. – Już w Wielki Czwartek życie w miastach zamiera. Ludzie zaczynają święta.
Wielki Piątek jest tam najważniejszym, najświętszym dniem. Wszystko jest zamknięte: sklepy, restauracje, nawet hotele. Całe miasto staje się wielką sceną. Mieszkańcy biorą udział w scenach ukrzyżowania Chrystusa. Wiele miesięcy przed świętami zaczynają się ubiegać o to, kto będzie grał Jezusa, kto Marię. Nie ma malowania jajek, ale są przepiękne palmy, plecione z liści palmowych. Są wszędzie, na każdym rogu ulicy. W Hondurasie wieczorem ludzie układają mozaiki z kwiatów na ulicach, na całej drodze procesji do kościoła. Pracują całą noc. Rano po tym dywanie wyrusza procesja.
Z kolei w Brazylii najważniejsza w święta jest tradycja czekoladowych jaj. To prawdziwe szaleństwo. Jaja są wszędzie. Jest taki zwyczaj, że każdy Brazylijczyk na święta powinien dostać co najmniej jedno czekoladowe jajo. Niektórzy obdarowują się jajami z niespodzianką: w jaju jest symbol czegoś, o czym marzy obdarowany.
Potrafi opowiadać o swoich podróżach tak, że czuje się zapach amazońskiej dżungli i szczypanie w język po ugryzieniu owada. Nie wybiera standardowych, turystycznych tras. Podróżuje przeważnie sama, zaprzyjaźnia się z tubylcami, a oni przekazują jej najróżniejsze tajemnice, uczą swoich czarów.
- Im dalej człowiek jest od wielkiego miasta, tym bardziej jest bezpieczny i może zaufać ludziom – wyjaśnia, odpowiadając na pytanie, czy się nie boi samotnych wypraw. - Kiedy przyjeżdżam do Indian z dżungli, oni też nie wiedzą, kim ja jestem i czy przypadkiem nie zrobię im krzywdy. Robimy więc wtedy rzecz najprostszą - patrzymy sobie w oczy. I zwykle w tych oczach widzimy to samo: życzliwość, dobre zamiary, przyjazność. Zanim jeszcze zaczniemy wymieniać słowa, ten pierwszy kontakt – spojrzenie w oczy - pomaga zbudować więź.
Co widzą Indianie z dżungli, patrząc na Beatę Pawlikowską? Jest tak drobna i delikatna, istne chucherko, z jasnymi włosami i niebieskimi, wielkimi oczami, tak niepodobna do nich. Ale z tych oczu przebija ogromna siła charakteru.
Kiedyś wcale nie była taka silna, rzeczowa i poukładana.
- W podstawówce chciałam rzucić szkołę. Chodziłam z chłopakami na wagary do lasu – mówi otwarcie. - W szkole średniej uciekałam z domu. Wsiadałam w pociąg i jechałam. I nikt w domu nie wiedział, kiedy wrócę – wspomina. – Rodzice załamywali ręce: - Co z ciebie wyrośnie! Jak tak dalej będzie, będziesz myła szyby w pociągach! Rodzeństwo nie poszło w moje ślady. Młodsza siostra zrobiła doktorat, ma dwoje dzieci, psa i męża. Brat skończył AWF. Ja rzuciłam studia. Mama nie mogła mi tego wybaczyć. Uważała, że tylko człowiek z dyplomem może coś osiągnąć. A ja byłam zagubiona i potwornie nieszczęśliwa.
Nie mówi o tym wprost, ale napisała w swoich książkach, o próbie samobójczej, bulimii i anoreksji, a nawet gwałcie, jaki przeżyła w Londynie.
- W końcu zrozumiałam, że sama muszę wziąć się w garść – mówi, a w głosie brzmi być może ta sama, co wtedy, determinacja. - Słyszałam wewnętrzny głos, który mi mówił, że nie mogę się poddać, zrezygnować z marzeń i celów. I że muszę coś zrobić ze swoim życiem. Nie ma sensu czekać, aż jutro coś się zdarzy. Pewnego dnia podjęłam kolejne postanowienie noworoczne i po raz pierwszy w życiu postanowiłam dotrzymać danego sobie słowa. Rzuciłam palenie. Zaczęłam się uczyć języka hiszpańskiego. I zaczęłam pisać książki. Tak zorganizowałam sobie czas, żeby móc robić to, co jest dla mnie najważniejsze.
Ludzie sami zgłaszają się, aby zabrała ich na jedną ze swoich wypraw. Ufają jej, wierzą, traktują jak podróżnicze guru.
Beata Pawlikowska mówi, że podróżując, tak naprawdę, podróżuje w głąb swojej duszy. Gdy wraca z jakiejś wyprawy, zawsze czuje się tak, jakby dostała nowe życie. Jest bogatsza i to wcale nie dlatego, że przywozi pamiątki. W kontakcie z innymi ludźmi w egzotycznych zakątkach świata uczy się nowych rzeczy, przeżywa niezwykłe przygody, rozwija zmysły i doznaje wrażeń, jakich nigdy by nie doświadczyła, gdyby nie ruszyła się z domu.
Anita Czupryn