onet.pl PATRONAT
Treść wywiadu
Napisz do mnie
Napisz do mnie
Kufer z wywiadami

Powrót
Auto Vip - kwiecień 2007
W przyszłości mogę mieszkać wszędzie

Rozmowa z Beatą Pawlikowską o potrzebie podróżowania, wyprawach do krajów
Ameryki Połudnowej, ludziach je zamieszkujących oraz samochodach jeżdżących
po ich drogach.


Ameryka Południowa. Gdy słyszy Pani te słowa, jakie obrazy stają przed oczami przede wszystkim?

Słońce i owoce.

Czy postrzega Pani ten kontynent jako jedną spójną całość?

Nie, poszczegolne kraje są nieco inne, choć można oczywiście wskazać na pewne
podobieństwa - na przykład między Wenezuelą i
Kolumbią. Ale między Brazylią i Surinamem nie ma już prawie nic wspolnego. To
są dwa różne światy.

Który kraj darzy Pani największą sympatią?

Lubię kraje, gdzie wszystko jest jeszcze względnie dziewicze, gdzie ludzie
nie są zagubieni w gonitwie za pieniędzmi i wynalazkami współczesnej
cywilizacji. Lubię więc szczególnie Peru, Wenezuelę, Kolumbię, amazońską
część Brazylii.

Czy czuje się jeszcze w tych krajach ducha przodków indiańskich? Czy widać
tam dawną historię kontynentu?


Tak, najbardziej W Peru. Z tym krajem wiąże się zresztą ciekawa historia. Do
jego brzegów szybko dotarły statki pierwszych
konkwistadorów i mogłoby się wydawać, że w związku z tym do dzisiejeszych
czasow niewiele zostalo z rdzennej kultury. Ale jest inaczej. W Peru co chwilę
znajduje się ślady indianskiej przeszłości. Wystarczy przyjechac do Pępka
Swiata, czyli Cuzco - miasta wybudowanego przez Inków. Legenda mówi, że Bóg
Słońca wysłał dwoje ludzi, zeby znaleźli idealne miejsce na Ziemi na założenie
osady. Dal im w prezencie zloty pręt, ktorym mieli sprawdzac czy ziemia jest
odpowiednio miękka. Wysłańcy dlugo wedrowali, aż pewnego dnia zobaczyli na
niebie tęczę. Uznali, że to znak od Boga. Na wszelki wypadek zanurzyli w
ziemi złoty pręt, który zagłębil się bez żadnego problemu. Postanwili więc
założyc tam osadę, którą nazwali pępkiem świata. W języku keczua brzmi on
właśnie Cuzco.

Cuzco istnieje do dzisiaj, sa tam ulice i domy wybudowane przez Inków. A
niedaleko w górach leży Machu Picchu, czyli miejsce, do ktorego hiszpańscy
konkwistadorzy nigdy nie
dotarli. Tu naprawdę czuje się niesamowitą energię. To są niezwykłe miejsca.
Także dlatego, że żyją tam Indianie, którzy kultywują
swoje tradycje i są dumni z tego, kim są.

Zauwazyłam, że ostatnio Indianie w Andach zaczęli znów doceniać wartość swojej
kultury i chcą wracac do korzeni. Kiedys było inaczej. Pięćset lat temu biali
ludzie przybyli do Ameryki Południowej i uparcie twierdzili, że ich kultura
jest lepsza, i niektórzy Indianie
im uwierzyli. Teraz to się zmienia. Ludzie znów chcą szanować własne tradycje.
Jednym z dowodów na to, jest choćby fakt, że obecnym prezydentem Peru jest
Alejandro Toledo,
który ma indiańskie korzenie. Był synem szewca, miał czternaścioro
rodzeństwa. To piękna historia w amerykańskim stylu.

Jakimi samochodami jeżdżą mieszkańcy Brazylii, Wenezueli i innych krajów
Ameryki Południowej?


Jeździ tam sporo samochodów identycznych do tych, którymi poruszają się
Europejczycy, ale noszą inne nazwy. Na przykład w Ameryce
Południowej nie ma Opla Corsy, jest Chevrolet Corsa. Nie ma Volkswagena
Golfa, jest Volkswagen Gol. Po prostu europejskie nazwy nie pasowały do
poludniowoamerykańskiej rzeczywistości.

Pamiętam, że kiedyś spróbowano przenieść nazwę marki samochodu w tamte
realia. Pechowy model nazywał się Nova. Nazwa
okazała się o tyle nieszczęśliwa, że po hiszpańsku "no va" znaczy “nie
jeździ”. Nikt więc nie chciał go kupować.

Oprócz marek znanych Europejczykom po drogach Ameryki Poludniowej jeżdżą też
stare amerykańskie samochody, trzymające się razem dzięki tasmie klejącej.
Szczególnym przypadkiem jest Kuba, gdzie do dziś jeżdżą
samochody sprowadzone ze Stanów Zjednoczonych w latach 50. Po rewolucji
kubańskiej wyspa zerwała stosunki dyplomatyczne ze swoim wielkim sąsiadem, ale
amerykańskie krążowniki szos jeżdża tam do dzisiaj. Podobne samochody
widziałam też w
Wenezueli i Kolumbii. Reszta krajów jest nam motoryzacyjnie bliższa.

A jak współgra południowy temperament tamtejszych kierowców z koniecznością
przestrzegania przepisów ruchu drogowego?

Nie współgra w ogóle (śmiech). To po prostu niemożliwe. Przepisy są traktowane
dość
umownie, a kierowcy tworzą własne zwyczaje. Na przykład ręka zwieszona od
niechcenia przez
okno oznacza, że kierowca chce skręcić w lewo. Nie jest tak, że mruga
migaczem, który i tak pewnie jest zepsuty, ani nie daje wyraźnego znaku reką,
tylko ją przerzuca za okno, jakby mu bylo za gorąco.

A jak wygląda drogownictwo amerykańskie?

Z tym jest różnie. Bywa, że większe miasta są połączone dobrą siecią
drogową. Na przyklad W Brazylii wybudowano drogę przez dżunglę. Asfaltową,
prościutką jak strzała. Jest jednak jeden problem - wszyscy boją się nią
jeździć, bo różne rzeczy przytrafiały się samochodom, które odważyly się tam
zapuścić. Droga znajduje się na terytorium Indian. Jeżdżą więc po niej tylko
wielkie autobusy, ktore pędza z zasloniętymi oknami i
nie zatrzymują się nawet na chwilę.

W innych miejscach może sie zdarzyć tak, że
droga nagle się kończy, prowadząc donikąd.

Organizuje Pani wyprawy dla początkujących do dżungli amazońskiej. Proszę
coś o nich opowiedzieć.


Jedziemy do dzungli i robimy to, co Indianie:
pływamy czółnem, łowimy piranie, polujemy na kajmany, wchodzimy na szczyt
pięćdziesięciometrowego drzewa i spędzamy tam noc na specjalnej platformie,
robimy indiańskie tatuaże. Wedrujemy po dżungli, spotykamy pająki, skorpiony,
anakondy. Spimy w dżunglowym obozowisku. To czysta adrenalina najprawdziwsza
amazońska przygoda, ktorej może doświadczyc każdy, kto pojedzie na te wyprawę
razem ze mną.

Zwykle nie zabieram więcej niż dziesięć osób, bo w przypadku poważnego
zagrożenia, muszę mieć szansę uratowania
wszystkich. Poza tym w takiej niewielkiej grupie latwiej sie ze soba
zaprzyjaźnic. Wyprawy trwają zwykle dwa tygodnie, a jeżdżą ze mną menedżerowie,
pracownicy agencji reklamowych, właściciele firm, lekarze.

Czy czuje się Pani bezpieczniej w dżungli amazońskiej niż idąc nocą
warszawską ulicą?


Pewnie, choć zdarzały mi się niebezpieczne sytuacje w dżungli. Atakowały mnie
tropikalne choroby, węże, skorpiony... ale szczęśliwie zawsze udawało mi się
wrócić do domu...

Od kogo nauczyła się Pani chodzić po dżungli?

Od Indian. Tylko od nich można się tego nauczyć.

Kiedy pierwszy raz wyjechała Pani na wyprawę? Skąd wzięła Pani na nią wtedy
pieniądze?


Często słyszę to pytanie, ale odpowiedź jest bardzo prosta. Szybko uświadomiłam
sobie, że tyle samo czasu i energii, ile musiałabym poświęcić na znalezienie
sponsora, zajmie mi zarobienie potrzebnych
pieniędzy. Nigdy nie miałam sponsora. Uważam, że to nie ma sensu.
Wolę sama zainwestować w wyprawę, a potem sprzedać mediom i wydawnictwom
materiały, jakie zebrałam na wyprawie. Poza tym po powrocie zawsze czuje sie
bogatsza wewnętrznie. Bo wyjeżdżam przede wszystkim dla siebie.

Jakie cechy powinien mieć dobry podróżnik? Krótko mówiąc, co łączy chociażby
Tony’ego Halika, Ryszarda Kapuścińskiego i Beatę Pawlikowską?


Po pierwsze samodzielność, czyli umiejętność liczenia na własne siły. Po
drugie, ciekawość świata, pozwalająca elastycznie przystosować się do
różnych zaskakujących sytuacji oraz zrozumieć ludzi wyznających inną
religię, posiadających inne obyczaje. Po trzecie, pozytywne nastawienie do
świata, ludzi i samego siebie.

Czy ma Pani idola, zawodowy wzór, który chciałaby naśladować?

Gdybym była tylko reporterem albo tylko podróżnikiem, to może bym miała. Ale
ja piszę książki, reportaże, fotografuję, rysuję, podróżuję, prowadze program
w radiu... Musiałabym więc mieć kilka
wzorów. Chyba jednak nie mam żadnego. Zawsze podziwiałam ludzi, którzy
potrafią być wolni i twórczy. Uwielbiałam więc Beatlesów, Gertrudę Stein,
Pabla Picasso.

Czy wyjeżdżając do dzikich - z naszej perspektywy - krajów, nigdy nie miała
Pani wrażenia, że poznawane kultury są gorsze?


Nigdy. Zawsze miałam świadomość tego, że przyjeżdżając do jakiegoś miejsca na
krótko nie ma możliwości zrozumieć w jaki sposób myślą i czują mieszkający tam
ludzie. Zawsze zakładam, że poznawani ludzie są z natury
dobrzy, nawet jeśli pewne zachowania wydają mi się dziwne, staram się ich
nie oceniać. Przypomina mi się historia, która udowadnia, jak bardzo można
się rozminąć w rozumieniu tej samej rzeczy. Papuasi wierzą, że opiekują się
nimi bogowie mieszkający w niebie. I jeśli bogowie widzą, że Papuasom
czegoś brakuje, to od razu zrzucają im to z nieba. Niestety czasami między
światem bogów a światem
Papuasów przelatuje samolot z białymi ludźmi, ktorzy przechwytują dary bogów
przeznaczone dla Papuasów. Inaczej mówiąc: biali ludzie w samolotach sa
zwykłymi zlodziejami. Kiedy Papuas przychodzi do chaty białego misjonarza i
widzi nowe garnki, to co może sobie pomysleć? Chce odzyskac swoją wlasność,
podstępnie przejętą przez misjonarza. Nocą zakrada się do chaty i zabiera to, co
jest jego... A misjonarz myśli: Papuasi to złodzieje. Czyli dokładnie to
samo, co Papuasi myślą o misjonarzu. I kto w takiej sytuacji ma rację?...

Czy Mysiadło, podwarszawske miasteczko, w którym obecnie Pani mieszka,
będzie miejscem, gdzie będzie Pani żyła przez kolejne lata, czy
przypuszczalnie zamieszka Pani kiedyś w jakimś egzotycznym miejscu daleko od
Polski.


Dom w Mysiadle nie jest moim
ostatnim miejscem na Ziemi. Jest pierwszym własnym, ktore sama urzadziłam od
początku do końca. Ale jest bardzo mozliwe, że pewnego dnia znajdę się w takim
zakątku swiata, gdzie pomyślę: to jest moje miejsce i tu chcę zostać do końca
życia. I tam zostanę.

Rozmawiał Paweł Urbaniak


Powrót