|
|
"M jak Milość" - luty 2007

Telenowela jest jak narkotyk: uzależnia. Serialomaniacy podporządkowują jej codzienne zajęcia. W godzinie emisji wyłączajà telefony, udają, ze nie ma ich w domu. Sà tylko oni i świat ich bohaterów. Czy była pani kiedyś uzależniona od serialu?
Tak, kilkanaście lat temu, kiedy mieszkałam w Koszalinie. Udzielałam wtedy lekcji angielskiego, ale zawsze umiałam znaleźć czas na spotkanie z bohaterami mojego ulubionego serialu „Santa Barbara”. Śledziłam watki, miałam ulubionych bohaterów. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że kolorowy, nierealny świat telenoweli miał mi zastąpić prawdziwe życie.
Tasiemcowiec był erzacem, czymś zamiast?
Tak. Seriale zostały stworzone dla ludzi, którzy tęsknią za swoimi marzeniami, ale nie majà odwagi ich spełniać. Zamiast żyć swoim życiem, wskakują w historie innych, wymyślonych postaci. Oglądanie kolejnego odcinka telenoweli to jak wizyta u interesujących znajomych.
Serial jest jak guma do żucia. Nie można się nią najeść. Mimo to, nie potrafimy się bez niej obejść. To smutne...
Raczej podstępne. I tylko pozornie może zastąpić prawdziwe życie. Bo przecież pewnego poranka człowiek obudzi się i dostrzeże, że we własnym życiu nie ma nic, co go cieszy – z wyjątkiem telewizora i półgodzinnego odcinka serialu. W prawdziwym życiu trzeba ciągle coś budować, zmieniać na lepsze, realizować cele i marzenia. To daje poczucie prawdziwego spełnienia.
Od wielu lat nie mieszka pani w Koszalinie. Realizuje pani swoje marzenia i żyje w pośpiechu: prowadzi program w radio, pisze książki i felietony do gazet, podróżuje. Znajduje pani chwile, żeby rzuciç okiem na telewizor?
Rzucam okiem na telewizor, ale zwykle nie mam czasu go włączyć. Mam w życiu kilka pasji, które pochłaniają mnie całkowicie. Ale zaraz, pamiętam, że kilka miesięcy temu widziałam parę fragmentów serialu „M jak Miłość”. Pamiętam, że Kamil był rozpaczliwie zakochany w Madzi, a ona związała się ze starszym mężczyzną, Jerzym. On był chyba nawet ojcem Kamila, prawda?
Jak na osobę, która rzadko ogląda serial ma pani dobra pamięć do imion i postaci!
Bohaterowie M jak Miłość są bardzo wyrazisci, łatwo ich zapamiętać. Pamiętam tez inna scenę z tego serialu: Kacper, mąż Hanki kandyduje na stanowisko wójta swojej rodzinnej wsi. I nagle w okolicy pojawia się jego pierwsza narzeczona, Grażyna. Pomaga mu wygrać z groźnym kontrkandydatem, Peterem. Ta scena szczególnie utkwiła mi w pamięci, bo jest bliska życiu. To właśnie odróżnia M jak Miłość od amerykańskich i latynoskich telenowel z wyższych sfer. W polskiej telenoweli pokazuje się prawdziwe życie i zwykła rzeczywistość, w której ludzie borykają się z codziennymi problemami. I powiedziałabym nawet, że tutaj rola takiego serialu jak „M jak Miłość” jest bardzo pozytywna – bo pokazuje jak sobie poradzić w różnych sytuacjach. Serialowy Kacper był załamany i nie wierzył we własne siły. I wtedy ktoś mu powiedział, że musi walczyć, musi znać swój cel i próbować go zrealizować. Nie wolno się poddawać i biernie płynąc przez życie. To świetna nauka.
Seriale popychajà nas do różnych działań. Gdy bohaterka hiszpańskiej telenoweli Cristal, zachorowała na białaczkę, liczba dawców szpiku wzrosła czterysta razy!
Tak, bo w XXI wieku żyjemy w dwóch światach: tym prawdziwym, namacalnym i tym drugim, wirtualnym. I dobrze jest, jeżeli telenowela pokazuje świat takim, jaki jest. Jestem przeciwna serialom, które rzeczywistość wykrzywiają, pokazuja sytuacje kompletnie nierealne np. jakieś dziwne komplikacje rodzinne w stylu odnaleziony brat, siostra, która okazuje się córka itd.
Słowem, Kacper może byç wójtem, ale lepiej, żeby nie okazał się zaginionym bratem Petera. Chociaż, kto wie, co scenarzyści wymyśla, zeby uatrakcyjnić serial...
Na szczęście, ja się o tym raczej nie dowiem. Lada dzień wyjeżdżam do Afryki!
|