|
|
`Farmacja i ja` - sierpień 2005
Beata Pawlikowska Pół życia spędzam w dżungli
- Połowę swojego życia spędza Pani w amazońskiej dżungli. Dlaczego właśnie tam?
Dżungla dopełnia moje życie i jest jego drugą połową. W amazońskim lesie wszystko podporządkowane jest rytmowi przyrody, wobec której człowiek jest maleńki i kruchy. Tam jest tak, jak było na początku w raju...
A w miastach żyjemy według wskazówek zegarów, są ludzie (na szczęście nie zaliczam się do nich), których co rano ze snu wyrywają dwięki budzików. Gdyby zapytać Indian, co o tym sądzą, złapaliby się za głowy! Oni uważają, że śpiącego człowieka nie wolno gwałtownie budzić! A to dlatego, że każdy z nas ma delikatną i samowolną duszę, która podczas naszego snu wychodzi na spacer. Jeśli ktoś lub coś gwałtownie nas zbudzi, dusza może nie zdążyć do nas wrócić. Człowiek, który zgubił swoją duszę, czuje się chory, osowiały, rozdrażniony. Wtedy powinien zrobić sobie chwilę wolnego od codziennych zajęć, spać tyle, ile potrzebuje, robić to, na co ma ochotę zachowywać się tak, by jego dusza odnalazła drogę powrotną.
- Czego jeszcze nauczyła się Pani od Indian?
Nauczyłam się korzystać ze wszystkich zmysłów. W dżungli człowiek jest w stałym poczuciu zagrożenia. Roślinność jest tak gęsta i bujna, że wokół panuje półmrok. Wtedy na najwyższych obrotach pracują wszystkie zmysły, a szczególnie: powonienia i słuchu. Budzi się też siódmy zmysł. Dlatego czasami widzę, co myślą inni ludzie. Nauczyłam się tego w dżungli, bo tam często trzeba umieć szybko określić stan bezpieczeństwa i ewentualne zagrożenia szczególnie kiedy naprzeciwko stoi jaguar albo wojownik z łukiem i strzałami. I jeszcze jedno: Indianie uważają, że większość chorób bierze się z duszy. Według nich ludzie, którzy dławią w sobie złe emocje (np. kogoś nienawidzą, komuś czegoś zazdroszczą, są rozczarowani), zaczynają odczuwać różne fizyczne dolegliwości, bo w ich ciałach zatykają się kanały, przez które przepływają życiodajne soki.
- Ta indiańska mądrość doskonale przekłada się i na nasze życie... Czy zdarzyło się Pani być pacjentką indiańskiego szamana?
Tak, kilka razy. Raz choroba została ze mnie wyciśnięta dosłownie. Nie mogłam wstać z hamaka, tak mnie bolało wszystko w środku. Przypuszczam, że zatrułam się niedojrzałymi bananami warzywnymi, których nie wolno jeść na surowo. Na szczęście poprzedniego wieczoru dotarłam do wioski indiańskiej leżącej głęboko w puszczy amazońskiej w dorzeczu Orinoko. Szaman usiadł za moimi plecami, objął mnie ramionami i ścisnął. A potem uścisk przenosił stopniowo coraz wyżej i wyżej, tak jakby wygniatał ze mnie coś, co utkwiło mi w środku. Aż wreszcie wyciągnął mi chorobę z czubka głowy i ją wyrzucił. Natychmiast poczułam się lepiej.
- Jakich innych sposobów leczenia używają szamani?
Wielu z nich stosuje różne magiczne środki np. wywar z liany ayahuasca czy sok z tytoniu. Dzięki nim szaman może przenosić się do świata, w którym rozmawia z roślinami, spotyka przodków albo demony. Może im zadawać pytania i uzyskuje dzięki temu wiedzę pomocną do leczenia Indian. Od roślin dowiaduje się gdzie ma szukać lekarstw i jak je przyrządzać. Poza tym każdy szaman ma swych duchowych pomocników u Indian mieszkających w puszczy na pograniczu Peru i Ekwadoru są to tsentsaki. Takiego tsentsaka można wysłać w kierunku człowieka, z konkretną misją do wykonania. Czasem tstentsak sam stanowi o sobie i robi się niebezpieczny...
- Jednak nie zawsze indiańskie sposoby działają na białego człowieka. Jak przygotowuje się Pani do wypraw w amazońską puszczę?
Myślę, że indiańskie sposoby zawsze działają ale nie zawsze można liczyć na to, że podczas egzotycznej podróży uda się spotkać uzdrawiającego szamana. Dlatego dobrze jest zabezpieczyć się przed kilkoma gronymi chorobami, na które można się zaszczepić. Radzę skorzystać z tej możliwości i zaszczepić się na żółtą febrę (wystarczy raz na dziesięć lat), na żółtaczkę typu A i B (po trzech szczepieniach uzyskuje się odporność na całe życie), dur brzuszny, tężec, polio. Jeśli chcą Państwo jechać w regiony, gdzie istnieje niebezpieczeństwo malarii, dobrze jest brać leki profilaktyczne można je dostać tylko z przepisu lekarza. Warto też pamiętać o tym, że zaczyna się je zażywać tydzień przed wyjazdem, bierze się je przez cały czas podczas podróży i jeszcze przez 3-4 tygodnie po powrocie do kraju. Oprócz malarii moskity mogą też przenosić gorączkę tropikalną dengue, na którą nie ma szczepionki ani leków profilaktycznych. Dengue zaczyna się jak grypa: łamie w kościach, bolą mięśnie, pojawiają się problemy z oddychaniem, wreszcie krwotoki z nosa, uszu i innych miejsc. Pod żadnym pozorem nie wolno wtedy zażywać aspiryny! Ja zawsze mam ze sobą niewielki zapas paracetamolu.
- Zdarzyło się tak, że musiała Pani walczyć z dengue i ten paracetamol bardzo się przydał?
Tak, tym bardziej, że na gorączkę dengue nie ma lekarstwa. Można tylko próbować obniżyć gorączkę i nieco złagodzić ból całego ciała zażywając właśnie tabletkę paracetamolu co sześć godzin.
- Jakie leki, oprócz paracetamolu, pakuje Pani do plecaka, z którym wyrusza w dżunglę?
Zabieram środki przeciw kłopotom żołądkowym, witaminy, plastry, bandaż i tabletki rozpuszczalnego wapna. Znakomicie łagodzi ono wszelkie uczulenia i podrażnienia spowodowane ukąszeniami owadów, których w dżungli jest zatrzęsienie. Ale muszę pani powiedzieć, że stada moskitów to nic w porównaniu z isangami mikroskopijnymi pajączkami żyjącymi w trawie. One włażą pod skórę i gnieżdżą się pod cebulkami włosów. Najgorzej jest w nocy, kiedy człowiek śpi, a temperatura jego ciała rośnie. Wtedy isangi rozpoczynają żerowanie. Wszystko pod skórą! Potworne swędzenie i ból!
- Nie można ich jakoś wytępić?
Niestety nie. Trzeba odczekać 3-4 dni, aż się najedzą i same wyjdą. Ból i swędzenie może załagodzić posmarowanie się spirytusem i pastą z olejkami eterycznymi.
- Niektórzy wybierający się w tropiki zabierają ze sobą plecaki pełne antybiotyków, surowic przeciwko ukąszeniom węży. Czy to jest potrzebne?
Proszę przeczytać co jest napisane na każdym opakowaniu antybiotyku: że należy go przechowywać w miejscu suchym, chłodnym i ciemnym. Puszcza amazońska, Karaiby, azjatyckie miasto czy afrykańska sawanna na pewno nie spełniają takich warunków, a nie sądzę, żeby ktokolwiek wyruszał na urlop z przenośną lodówką. Zwykle po tygodniu w klimacie tropikalnym czyli gorącym i wilgotnym antybiotyki nadają się tylko do wyrzucenia. Poza tym trzeba mieć precyzyjną wiedzę na temat działania okreslonego rodzaju antybiotyku. Lepiej samodzielnie nie eksperymentować. Podobnie jest z surowicą na ukąszenie węża trzeba wiedzieć na jaki gatunek węża działa konkretna surowica.
- W ciepłych krajach najbardziej obawiamy się problemów gastrycznych. Jak skutecznie im zapobiegać?
Są dwie szkoły. Pierwsza mówi, żeby nie jeść niczego z przydrożnych barów, straganów, unikać surowych owoców i warzyw. Druga, którą ja stosuję, zaleca jedzenie wszystkiego i tam, gdzie jedzą tubylcy, dzięki czemu żołądek szybko się przestawia się na nową dietę. Trzeba tylko pamiętać o kilku zasadach. Często myć ręce, dokładnie myć surowe owoce i warzywa. Jeść w tych barach, gdzie pachnie świeżym jedzeniem i gdzie jest dużo ludzi. W tropikach radzę bardzo uważać na owoce morza i podroby, które bardzo szybko się psują. Unikać surowych warzyw rosnących w ziemi lub blisko niej przede wszystkim marchewki, sałaty i kapusty bo gnieżdżą się tam ameby. Nie wolno też jeść pestek arbuza, w których czają się niebezpieczne pasożyty.
- A co z wodą do picia?
W mieście należy pić tylko wodę butelkowaną i za każdym razem sprawdzać, czy jest fabrycznie zamknięta. Trzeba zapomnieć o kostkach lodu, bo często są robione z kranówki. Natomiast w dżungli najlepiej obserwować tubylców i ufać im. Zawsze bezpieczna jest woda, która wartko płynie (strumyki, rzeczki, ródełka). Pod żadnym pozorem nie wolno pić wody stojącej (ze stawów, jezior, kałuż czy lagun w lesie), bo w niej namnażają się ameby.
- Jakimi przysmakami częstowali Panią amazońscy Indianie?
Indianie gotują bardzo smacznie. Ich posiłki to głównie mięso: pieczone w ogniu, gotowane, wędzone. Jadłam też mrówki, larwy, zupę z małpy, mięso węża, piranii czy tapira... Kiedyś do pewnej wioski przypłynęłam strasznie głodna, bo przez tydzień żywiłam się kaszą z manioku z dodatkiem rzecznej wody. Poczęstowano mnie... świńską głową, a właściwie czaszką, obraną ze skóry. Nie wahałam się ani chwili. Obgryzłam ją do czysta.
- Na początku naszej rozmowy, wspominała Pani o zgubionej duszy. Każdemu zdarza się ją zgubić, a potem odnaleć. Gdzie Pani odnalazła swoją?
Właśnie tam, w amazońskiej dżungli. Dlatego zaczęłam o niej pisać książki i chętnie zabieram ze sobą początkujących podróżników i pokazuję im tamto bogactwo świata roslin, zwierząt i wierzeń. Najbliższą wyprawę do dzungli dla początkujących organizuję w listopadzie. Ale wcale nie trzeba wyjeżdżać tak daleko, żeby odnaleć swoją duszę. Wolność amazońskiej dżungli można znaleć nawet kilkanaście kilometrów od domu. Wystarczy tylko uwolnić się od pędu codzienności i zapomnieć o tym, że... są budziki...
Rozmawiała Agnieszka Wrzesień
fe7
|